|
TEMATY
I REFLEKSJE
Ludzie, książki, zdarzenia,
Z Krystyną Poborską o Hannie Malewskiej
rozmawiają Dorota Zańko i Jarosław Gowin
DOROTA ZAŃKO, JAROSŁAW GOWIN: Hanna Malewska była nie tylko
wielką pisarką (niezasłużenie dziś zapomnianą), ale i niezwykłym
człowiekiem. Równocześnie jednak nawet dla swych najbliższych przyjaciół
pozostawała postacią tajemniczą i nieodgadnioną. Kim była dla Pani
i w jaki sposób znalazłyście się Panie we wspólnym mieszkaniu, tu,
przy ulicy Sobieskiego w Krakowie?
KRYSTYNA POBORSKA: Było między nami bardzo bliskie pokrewieństwo
(nasze matki były przyrodnimi siostrami), ale dość duża różnica
wieku. Nie mieszkałyśmy od razu tutaj, tylko najpierw w dwóch innych
mieszkaniach. Kiedy uciekając przed UB w lutym 1946 roku, przyjechałam
z Lublina do Krakowa, przygarnęły mnie Hanka i ciocia Jadzia, jej
matka. Obarczenie się taką młodą osobą było dla nich dużym kłopotem
i pewno nie każdy by tak postąpił.
Wprowadziłyśmy się tutaj w 1947 roku i mieszkałyśmy w czwórkę (czwartą
osobą była Stasia, która pomagała w domu) do śmierci cioci. Hanka
mieszkała w pokoju po przeciwnej stronie mieszkania, z oknem wychodzącym
na ogród. Pracowała bardzo dużo. Zastanawiam się, co w tym okresie
pisała. Prawdopodobnie Przemija postać świata.
Pisała na maszynie czy ręcznie?
Pisała od razu na maszynie, potem czytała maszynopisy i poprawiała.
Wszystko też, co napisała, czytała jej matka. Pamiętam dobrze te
rozmowy. Ciocia leżała tutaj, na kanapie, Hanka pracowała w pokoju.
Ciocia czytała tekst i wołała: "Haniu, tak nie może być!".
Hanka prawie zawsze zgadzała się z sugestiami matki. Ciocia miała
bardzo wyrobiony smak literacki. Oczywiście te ingerencje były niewielkie,
ale rozmawiały na ten temat często. Rozumiały się świetnie i bardzo
były ze sobą związane.
Hanka na pisaniu spędzała też zawsze cały urlop. Lubiła jeździć
nad morze, do Świnoujścia, do Sobieszewa. Wybierała jakiś dom położony
w pobliżu lasu i w tym lesie chroniła się, żeby nikt jej nie przeszkadzał
w pracy. Do domu wracała ewentualnie na obiad. Potem znowu zaszywała
się w lesie albo szła na spacer.
Jeszcze innym miejscem, gdzie pisała, był lokal redakcji "Znaku",
która mieściła się wtedy tu, przy Sobieskiego, w kamienicy naprzeciwko,
na trzecim piętrze. Chodziła tam pisać popołudniami.
Mimo że mieszkanie było takie duże, przeszkadzała jej obecność
innych osób?
Wtedy mieszkało nas tu więcej. We trójkę mieszkałyśmy tylko do
śmierci cioci, do 1949 roku.
Matka Hanki zmarła na serce w czasie pobytu na wakacjach w leśniczówce
koło Gorlic, dokąd czasami wyjeżdżała. Tamtego roku lato było upalne.
Któregoś popołudnia ciocia pospiesznie wracała ze spaceru, żeby
uciec przed burzą, szła pod górę i źle się poczuła. To był zawał.
Nie chciała, żeby zawiadamiano Hankę i odrywano ją od pracy. Twierdziła,
że jej to przejdzie. Tak przetrwała do nocy, potem przeszła chyba
drugi zawał i zmarła następnego dnia po południu, bez żadnych lekarstw.
W takie odludne miejsce trudno było sprowadzić lekarza. Poza tym
pani, u której mieszkała (sama wiekowa), uważała widać, że dla starszego
człowieka jest naturalne, że musi umrzeć. Telegramy o chorobie i
śmierci przyszły do Krakowa jednocześnie.
Czyli w chwili śmierci nie było przy niej nikogo bliskiego...
Tak. Hania była wstrząśnięta, że matka odeszła, i to w taki sposób.
Po jej śmierci musiała domeldować kogoś do tego dużego mieszkania.
Postanowiła zaproponować to księgowej Znaku, pani Janinie Dulębinie,
i jej córce. W dwa lata po śmierci mamy Hani zmarł na raka wuj Czesław
Hincz. Hanka długo opiekowała się nim, potem zaproponowała cioci
Hinczowej, żeby zamieszkała z nami. Oprócz tego w służbówce mieszkała
Stasia, pomoc domowa, którą zaangażowała jeszcze ciocia Jadzia.
Po jakimś czasie Stasia przestała zajmować się domem, dorobiła sobie
jakieś brakujące klasy szkoły podstawowej i podjęła pracę w "Wawelu".
Kiedyś zapytała Hankę, czy może z nią zamieszkać jej siostra. Hania
zgodziła się, więc w dwójkę gnieździły się w służbówce. Było nas
wobec tego już siedem - do roku 1953, kiedy wyszłam za mąż i wyprowadziłam
się. W tym właśnie okresie Hanka całkiem straciła możliwość pisania
w domu i pracowała w redakcji naprzeciwko.
Jak powstawały książki? Czy siadając do pisania, Hanna
Malewska miała już gotową i skończoną koncepcję? Twierdziła podobno,
że bohaterowie powieściowi zyskują w pewnym momencie autonomię i
autor musi się temu poddać.
Myślę jednak, że zasiadając do pisania, miała już wszystko przemyślane.
Przemija postać świata to przecież ogromne dzieło, obejmujące bardzo
długi okres, a wszystko jest tam całkowicie spójne. Ale na pewno
wiele czerpała też z życia. Na przykład jestem przekonana, że opis
narodzin dziecka w Opowieści o siedmiu mędrcach powstał pod wpływem
narodzin mojej córki Teresy. Bo ja jej oczywiście dużo opowiadałam
o urodzeniu i chowaniu małego dziecka, o tym, jak bardzo się o nie
boję itp.
Ale musiała też mieć niezwykłą intuicję pisarską. W jej
książkach są na przykład wspaniałe opisy miłości, jak chociażby
w Przemija postać świata. Widać w tym znajomość, lub właśnie intuicyjne
wyczucie, męskiej duszy...
Była przecież świetną pisarką. Mam nadzieję, że odzyska kiedyś
należne jej w polskiej literaturze miejsce.
Jej pisarstwo jest niesłychanie erudycyjne. Czy wprowadzając
jakieś szczegółowe opisy przedmiotów, które dawno już nie istnieją,
czy jakichś detali (na przykład uprzęży końskiej), konsultowała
to ze znawcami tematu?
Nie umiem powiedzieć, ale w końcu była z wykształcenia historykiem.
Natomiast na uprzęży końskiej sama znała się świetnie. Nasz wuj
Czesław kochał konie. Na wszystkich swoich dzierżawach hodował konie
wyścigowe pełnej krwi. Wszyscy w rodzinie, głównie młodzież, zarażeni
byli tą końską manią. W ich domu czytało się "Jeźdźca i hodowcę".
Do pisania więc na ten akurat temat Hanka była bardzo dobrze przygotowana.
Jej wiedza o wszystkich innych rzeczach oparta była na pewno na
szczegółowych studiach, ale też na własnym doświadczeniu. Myślę
na przykład, że w opisie oblężenia Rzymu z Przemija postać świata
wykorzystała własne wspomnienia z Powstania Warszawskiego, kiedy
ze Starówki ewakuowała się kanałami do śródmieścia.
Była Pani jedną z pierwszych czytelniczek jej książek,
mieszkała Pani w tym samym mieszkaniu... Czy Hanna Malewska wprowadziła
Panią też w swoje środowisko?
Tak, chociaż kiedy przychodzili do niej goście ze "Znaku"
czy z "Tygodnika" i odbywały się w jej pokoju dyskusje
(miałam wtedy około 20 lat), ciotka, która bardzo przestrzegała
zasad dobrego wychowania, pozwalała mi tam wchodzić, lecz mówiła:
"Możesz z nimi siedzieć, ale nic nie mów". Więc siadałam
w kącie przy piecu i z zachwytem słuchałam najrozmaitszych debat,
od literackich do politycznych, i bardzo wiele się przy tym uczyłam.
Gołubiew na przykład nauczył nas prawdy w pisaniu.
Nas?
Bo on potem zorganizował coś w rodzaju seminarium dziennikarskiego.
Oczywiście z wielką ostrożnością, bo bał się narażać młodzież, a
poza tym nie chciał zaszkodzić "Tygodnikowi" i sprowokować
oskarżenia, że w katolickim piśmie powstała nielegalna organizacja.
Skupił wokół siebie gromadkę młodych ludzi, których uczył sztuki
dziennikarskiej, i właśnie tam odkryłam tę jego dbałość o prawdę.
Nazywano nas "barankami Gołubiewa". Pisaliśmy różne wypracowania
- felietony, reportaże, na przykład reportaż z Rynku krakowskiego...
Pamiętam, jak mnie zapytał: "Czy pani naprawdę widziała, że
te sznurowadła wisiały na tym haku co nóż? Bo może się pani to tylko
tak ładnie napisało?". To było dla niego bardzo charakterystyczne.
Coś takiego miała też Hanka. Od nich nauczyłam się prawdy w pisaniu,
choć właściwie sama nie piszę.
Ale jest Pani tłumaczką. Przełożyła Pani między innymi
Mertona, na przykład Znak Jonasza. Czy pracy translatorskiej podjęła
się Pani pod wpływem Hanny Malewskiej?
Tak. Jeśli chodzi o tłumaczenia i redagowanie tekstu, Hanka nauczyła
mnie bardzo wiele. Dość wcześnie dawała mi do robienia różne drobne
prace: "Zdarzenia - książki - ludzie", przeglądy prasy
zagranicznej, tłumaczenia artykułów... Widziałam, czego wymaga.
To była wspaniała lekcja czystości polszczyzny, jasności budowy
zdania, kształtowania zdania w przekładzie. Może miałam trochę zdolności
w tym kierunku, bo tak bardzo mnie nie poprawiała, ale to, co poprawiała,
zapamiętywałam sobie. Jak wiadomo, bardzo wiele wysiłku wkładała
zawsze w pracę z autorami. Szczegółowo analizowała z nimi ich teksty,
robiła wnikliwe uwagi na temat koniecznych według niej poprawek.
Panowała zresztą opinia, że jeśli ktoś ma zamiar przynieść jej do
oceny jakieś własne utwory, bezpieczniej będzie, jeśli najpierw
napisze dobry artykuł do miesięcznika.
Wracając do Mertona: przeczytałam wówczas Siedmiopiętrową górę i
przetłumaczyłam stamtąd dwa wiersze, a potem zapragnęłam przeczytać
jego poezje, o których tam wspomina. Myślałam, że mogłabym może
coś przetłumaczyć... I chyba ciocia powiedziała wtedy: "Napisz
do niego". Więc napisałam. Proszę sobie wyobrazić, że mi odpisał!
Dostałam od niego karteczkę, broszurkę z jego tekstem, którą opatrzył
dedykacją, oraz trzy tomy poezji: Figures for an Apocalypse, A Man
in the Divided Sea i cienki tomik Tears of the Blind Lions. Podpisał
się swoim klasztornym imieniem Louis. Z tomu Figures for an Apocalypse
przetłumaczyłam esej Poezja i kontemplacja, a także trzy wiersze.
Wydrukował to "Tygodnik Powszechny". Wysłałam gazetę do
klasztoru i dostałam podziękowanie od opata. Po jakimś czasie Merton
przysłał mi Znak Jonasza. Prawdopodobnie to był jeden z powodów,
dla którego dostałam tę książkę do przekładu, bo nikt w Polsce jeszcze
jej nie miał.
Przekład był robiony już na zamówienie Wydawnictwa Znak?
Tak, szefował wtedy Jacek Woźniakowski. To było chyba w trzecim
roku istnienia wydawnictwa.
Podczas wojny Hanna Malewska mieszkała w Warszawie, uczestniczyła
w tajnym nauczaniu, należała do AK, brała udział w Powstaniu Warszawskim.
Czy opowiadała Pani coś o swojej wojennej przeszłości?
Niewiele. Kiedy w Polsce ogłoszono akcję ujawniania się, Hanka
zgłosiła się, podała swój adres, zawód i to, co robiła w czasie
wojny, ale nie sądzę, żeby powiedziała całą prawdę. Matka Hani powiedziała
mi tylko bardzo oględnie, że Hanka pracowała w komórce szyfranckiej
Komendy Głównej AK w Warszawie. Wszystkich, których interesuje ten
okres jej życia, odsyłam do niewydanej noweli Czyste mieszkanie,
w której Hanka to opisuje. Maszynopis, z bardzo licznymi poprawkami,
znajduje się obecnie w Bibliotece Jagiellońskiej. Po 1956 roku Hanka
nosiła się z zamiarem przerobienia tej noweli tak, aby mogła zostać
wydana w Polsce. I napisała drugą wersję, o wiele bardziej złagodzoną,
gdzie pominęła wiele szczegółów. Nie zdecydowała się jednak na oddanie
tego do druku. Twierdziła, że jej się to nie udało.
Kiedyś powiedziała mi: "Miałam taką intuicję, że z tych niedokładnych
depesz rozpoznawałam według rytmu słów utwór, który był podstawą
szyfru. Czasem posługiwano się Kochanowskim, czasem Mickiewiczem...".
W jej dokumentach znalazłam potem wydaną w Londynie legitymację
Krzyża Walecznych. Nie pokazywała tego nikomu i nie sądzę, żeby
starała się o to odznaczenie. Być może jej brat przebywający na
emigracji w Londynie poczynił w tym kierunku jakieś kroki.
Co mówiła o Powstaniu?
W 3 numerze "Znaku" z okazji rocznicy Powstania ukazał
się jej tekst na temat szafowania krwią - że to już dość, "że
takiej krwi nie wolno światu raz jeszcze wytoczyć na bruk, bo zginiemy".
To nie było przeciwko samej idei Powstania, tylko przeciw tej hekatombie,
jaka wtedy nastąpiła. Ona uważała, że patriotyzm nie może się wyrażać
taką straszną ofiarą.
Była osobą głęboko religijną. Czy w jakikolwiek sposób
to ujawniała?
Jej wiara była nieostentacyjna, a jednocześnie bardzo przemyślana.
Wyczuwało się, że świadomie całe swoje życie podporządkowuje wierze
i kontaktowi z Bogiem. Ale prawie nigdy o tym nie mówiła i nikomu
nie starała się nic narzucać.
Pamiętam, że przez pewien czas przeżywałam bliżej niesprecyzowane
trudności religijne. Kiedyś zaczepnie powiedziałam do cioci, że
jestem co prawda katoliczką, ale gdyby ktoś umiał mi przedstawić
w zachęcający sposób jakąś inną wiarę, to pewno bym na nią przeszła.
Ciotka była oburzona i zaczęła robić mi wyrzuty. Na to Hanka powiedziała
tylko: "Mamusiu, daj jej spokój". Uznała, że jest to moja
osobista sprawa.
Jestem przekonana, że jej kontakt z Bogiem był o wiele bliższy aniżeli
przeciętnego katolika.
Istnieją świadectwa wskazujące na to, że mogła doświadczać
przeżyć mistycznych.
Jestem tego niemal pewna, choć tylko raz wspomniała mi o czymś
takim. Była bardzo dyskretna. Wiem, że czytywała mistyków, między
innymi św. Teresę z Avila, chyba także św. Jana, znała Ruysbroecka
i Obłok niewiedzy. Pamiętam, jak zachwycała się Ruysbroeckiem.
Czy jej osobista samotność była konsekwencją
podporządkowania życia Bogu?
Nie wiem. Myślę, że we wczesnej młodości nie wykluczała założenia
rodziny. Powiedziała mi tylko, że raz w życiu spotkała kogoś, kto
mógłby ją był namówić do małżeństwa, ale mówiła też, że kiedyś zamierzała
wstąpić do klasztoru. Potem zdecydowała się jednak na inny wybór.
Swoją wiarę wcielała w życie. Dowodem na to jest chociażby mój pobyt
w jej domu.
Przez kilka lat opiekowała się też pewną starą kobietą, która żyła
w wielkiej biedzie. Kiedy ktoś Hani powiedział, że ta staruszka
jest przecież pijaczką, odpowiedziała: "Gdybym ja żyła w takich
warunkach, może też bym piła". Wystarała się dla niej o miejsce
w domu starców, gdzie ta kobieta potem zmarła. Pamiętam, że Hanka
była dość zaabsorbowana całą tą sytuacją, czasem musiała interweniować,
bo sąsiedzi skarżyli się, że pijana staruszka rozrabia. Hanka śmiała
się, że ma z nią trochę kłopotów.
Pomagała też chyba wielu innym ludziom, choć nigdy o tym nie mówiła.
Ale w jej pokoju natrafiało się czasem na jakieś dziwne rzeczy,
które kupowała od kogoś, kto akurat potrzebował pieniędzy i przynosił
to na sprzedaż do redakcji. Jej w ogóle nie interesowała praktyczna
strona życia, zajmowała się tym jej matka. To ona obmyślała, jak
urządzić mieszkanie i co Hania będzie nosić. Hanka uważała, że to
strata czasu.
W sprawę jej ubrania w rozmaitych okresach zaangażowane były różne
osoby. W tamtych czasach o bardziej przyzwoitą odzież było trudno.
Ciocia mnie czasem prosiła: "Krysiu, jak będziesz chodziła
po mieście, poszukaj dla Hani czegoś zielonego, co by się nadawało
na płaszcz...". Chodziłyśmy razem do krawcowej, którą też trzeba
było "zdobyć". Później, ze względu na dzieci, miałam już
mniej czasu i kiedy w latach 60. Hanka zaczęła wyjeżdżać za granicę
albo podróżować po Polsce z odczytami, nagle okazywało się, że nie
bardzo ma się w co ubrać.
W wyjazdach z odczytami przeszkadzała jej zresztą jeszcze inna komplikacja.
Hanię dręczyły uporczywe migreny. Nie wiem, od kiedy je miała, ale
widząc ją w takim stanie, zastanawiałam się, jak ona mogła z tą
dolegliwością pracować w konspiracji. Być może jednak wtedy tego
jeszcze nie odczuwała. Paradoksalnie, ciężkie warunki wojenne, zagrożenie
życia, głód, czasem powodowały, że ludzie nie chorowali.
Cierpiała więc podobnie jak Simone Weil, która skądinąd
była dla niej bardzo ważną postacią. W czasie tych napadów bólu
nie była pewno w stanie pracować?
W ogóle nie była w stanie żyć. Miała zawroty głowy, nudności, nadwrażliwość
na światło - zasłaniała okna, a my chodziliśmy na palcach. Kiedy
więc zapraszano ją do wygłoszenia odczytu w jakiejś miejscowości,
wprawiało ją to w wielkie zakłopotanie, bo nigdy nie wiedziała,
czy będzie się w stanie wywiązać. Skarżyła się: "Jak mam powiedzieć:
nie przyjadę, bo boli mnie głowa? Przecież to śmieszne, nikt mi
nie uwierzy". Próbowała się leczyć, ale nic jej nie pomagało.
Potem od przyjaciółki-lekarki dostawała recepty na jakiś bardzo
silny środek. Jeżeli chorowała dzień czy dwa i nie zanosiło się
na poprawę, robiła sobie zastrzyk i zwykle po 2-3 godzinach mogła
wreszcie wyjść z pokoju. Tak było przez wiele lat. Potem te bóle
trochę się zmniejszyły, ale nie na skutek leczenia.
A wracając do zakupów odzieżowych, wiem, że pomagały jej w tym również
jakieś znajome panie. Przy jej wzroście nie było zresztą łatwo kupić
gotowe rzeczy. Była bardzo wysoka, podobnie jak moja córka Kasia:
173-174 centymetry. Kasia w ogóle bardzo ją przypomina. To niebywałe,
jak głęboko może sięgać rodzinne podobieństwo.
Jak wspominają ją Pani córki?
Były z nią bardzo związane i bardzo wiele jej zawdzięczały. Hania
uczestniczyła we wszystkich naszych uroczystościach domowych. Wigilię
zawsze spędzała u nas, aż do tego roku, kiedy już nie mogła wychodzić
z domu. Była na ślubie Teresy, swojej chrześniaczki, dla której
kupiła mieszkanie; na ślub Kasi, w 1982 roku, czyli na rok przed
śmiercią, już nie zdołała przyjść.
Ale młodzi, nie uprzedzając nikogo, zaraz po ślubie zniknęli. Okazało
się, że pojechali najpierw pokazać się Hance, dopiero potem przyszli
na przyjęcie weselne.
Moje córki uwiecznione są w Apokryfie rodzinnym na samym końcu.
To te dwie dziewczynki, które grają na skrzypcach.
Czy udzielała Pani jakichś rad wychowawczych? Podobno robiła
to czasem w stosunku do różnych osób.
Mnie nie doradzała, natomiast myślę, że ona sama wychowała mnie
w bardzo dużym stopniu przez własną postawę. Chyba chciała mnie
tak troszkę "ustawić" życiowo. Nauczyła mnie odpowiedzialności
za siebie, za rodzinę, za innych... To nie było pouczanie - to była
atmosfera.
Nauczyłam się też na przykład na całe życie, że nie wolno mówić
źle o innych. Przy Hance po prostu nie dało się tego robić. Nie
wiem, na czym to polegało, ale gdy padały jakieś nieżyczliwe uwagi
na temat innych, wyraźnie wyczuwało się jej wewnętrzny odpór, choć
nie mówiła nic wprost. Jej zachowanie zamykało usta. I bardzo dobrze,
bo wtedy można było rozmawiać o rzeczach ważnych i przyjemnych,
zamiast plotkować. Myślę, że coś z tego przekazałam moim dzieciom.
Pani Hanna prowadziła skromny, może nawet ascetyczny tryb
życia. Jadwiga Żylińska opowiadała nam, że kiedy pani Malewska odwiedziła
ją pewnego razu w Warszawie, na propozycję pójścia na lody odpowiedziała:
"Wiesz, ja właściwie nigdy takich rzeczy nie jadam, bo zawsze
wtedy myślę o tych, którzy nie mają nawet na chleb. Ale z tobą bardzo
chętnie zjem te lody". Czy surowość życia, jaką sobie narzuciła,
nie odbijała się na jej stosunkach z innymi? Jaka była w kontaktach
z ludźmi?
Bardzo prosta i naturalna. Można było z nią rozmawiać o wszystkim,
chociaż nie była osobą wylewną ani kimś, kto łatwo zżywa się z jakimś
towarzystwem. Była może trochę nieśmiała i stąd brała się jej rezerwa,
ale to nie była rezerwa duchowa. To była rezerwa człowieka nieśmiałego.
Najbliższe było jej środowisko "Znaku". Przyjaźniła się
z Gołubiewem, jego żoną Janką, z Jerzym Turowiczem... Tu, w tym
mieszkaniu, bywało u niej bardzo wiele osób. Poza tym Gołubiewowie
organizowali spotkania brydżowe, a Hanka bardzo dobrze grała w brydża,
spotykali się więc też u nich.
Kiedy w 1959 roku Hanka przeniosła się do kamienicy przy placu Axentowicza
4, gdzie mieszkała już do końca, odwiedzała ją tam Halina Bortnowska,
Bohdan Cywiński, Henryk Woźniakowski, Andrzej Sulikowski, który
pisał z jej prac doktorat. Bardzo często zaglądał tam Franciszek
Blajda. On też chyba najbardziej pomagał jej potem w czasie choroby.
Najbardziej przyjaźniła się z Anną Morawską. Dla niej ta przyjaźń
była wielką pociechą i podporą życiową. Śmierć Morawskiej to początek
wielkiego osamotnienia Hanki. Mam wrażenie, że świadomie próbowała
z tym walczyć. Jeszcze wcześniej, chyba za namową Anny Morawskiej,
kupiła telewizor. Zapraszała mnie we wszystkie czwartki na Kobrę.
Próbowała jakoś zorganizować sobie wolny czas i nie poddawać się
depresji. Obiektywnie nie była tak bardzo samotna, ale brakowało
jej kogoś naprawdę bliskiego. Jej samotność była autentyczna. Przecież
człowiek może się czuć bardzo samotny w domu pełnym rodziny, tym
bardziej więc gdy tej najbliższej rodziny nie ma. Była bardzo przywiązana
do swojego brata, ale on nie mieszkał w Polsce. Pisywali do siebie
często. Hanka przechowywała wszystkie jego listy.
Poza tym listów nie lubiła specjalnie pisać i pisywała je, moim
zdaniem, według własnego klucza: do wybranych ludzi, którzy według
niej potrzebowali tego. Na przykład przez pewien czas korespondowała
z mężczyzną, który w listach wydawał opinie na temat jej książek
i jej samej... Hanka zorientowała się, że jest chory psychicznie
i zawsze mu odpisywała.
Ja wieczorami, kiedy dzieci już spały, chętnie uciekałam tam do
niej od obowiązków rodzinnych. Mogłyśmy wtedy spokojnie porozmawiać
o jej książkach, o moich dzieciach, bardzo często o polityce...
W drugiej połowie lat 70. w mieszkaniu pani Malewskiej
odbywały się tajne spotkania młodzieżowej opozycji skupionej w Studenckim
Komitecie Solidarności.
Jeśli to miała być tajemnica, to udało się ją utrzymać, bo ja nic
o tym nie wiedziałam.
Jakie były poglądy polityczne Hanny Malewskiej? Czy jej
antykomunizm był bardzo radykalny?
Bardzo, ale to nie było podejście wrogie, na przykład uważała,
że trzeba poprzeć Gomułkę w 1956 roku. Antykomunizm, antytotalizm,
antykłamstwo w jej oczach w oczywisty sposób łączyły się ze sobą.
Nie potrafiła wyszukiwać kompromisów. Nie dlatego, żeby była bardzo
agresywnie nastawiona do tamtej rzeczywistości, tylko po prostu
moralnie nie widziała takiej możliwości. To, co pisała wtedy prasa,
to było okropne kłamstwo. Gazet nie dało się po prostu czytać. Ja
nie czytałam ich przez całe lata. Hanka musiała czytać, bo była
redaktorem, i czasem gorszyła się, że ja nie czytam.
A jak przyjęła powstanie "Solidarności"?
Oczywiście była po stronie "Solidarności", choć chyba
trochę obawiała się, jak się to wszystko skończy, zresztą nie ona
jedna.
Mogła się obawiać choćby ze względu na doświadczenie Powstania
Warszawskiego.
Tak, poza tym ze względu na jakieś granice możliwości. "Solidarność"
przesunęła je bardzo daleko. Kto mógł przypuszczać, że kolos zacznie
się rozpadać? Istniała możliwość krwawego konfliktu, ludzie obawiali
się, że znowu będą wywózki i zabijanie. Tylko młodzi się nie bali,
ale tak jest zawsze.
W czasach "Solidarności" była już bardzo chora.
Jak przyjmowała tę chorobę?
Nie skarżyła się, ale w gruncie rzeczy niecierpliwiła się, że nikt
jej nie może pomóc. Ona miała kult dobrej roboty, nie mieściło jej
się więc w głowie, że zajmowało się nią tylu lekarzy (pod koniec
jej życia naliczyłam ich siedmiu, choć często przypadkowych) i nic
z tego nie wynikało. W ostatnim też roku zajęła się nią bardzo serdecznie
pani doktor Potocka - niestety, niewiele już mogła zrobić.
Hanka sama zresztą zupełnie nie dbała o siebie. W pewnym momencie
zorientowałam się, że chyba od dłuższego czasu nie jada obiadów.
Jakoś za często na moje pytanie, co jadła, odpowiadała: "A,
otworzyłam sobie puszkę groszku". Wtedy już stanowczo postanowiłam
się w to włączyć i ciepłe posiłki zaczęła gotować jej pomoc domowa,
pani Helena. Ale Hanka słabła coraz bardziej, w ostatnich latach
pracy w redakcji przychodziła na Sienną tylko na dwie godziny, potem
na Małym Rynku brała taksówkę i półżywa wracała do domu. To nie
mógł być normalny spadek sił związany z wiekiem. Coraz częściej
miewała ataki duszności, a lekarze nie wiedzieli, co jej jest. Leczono
ją na serce, na astmę... Chciała jeszcze jak dawniej jeździć na
lato do Pewli, ale była często w takim stanie, że musiano ją tam
sprowadzać ze schodów.
Że to była gruźlica, okazało się właściwie tuż przed śmiercią?
Tak. To, że pod koniec XX wieku ktoś może umrzeć na gruźlicę bez
żadnych leków, jest prawie nie do pojęcia. Gruźlica była już wtedy
chorobą stosunkowo prostą do wyleczenia. Ale nie postawiono prawidłowej
diagnozy. Sama Hanka zresztą też nie ułatwiała nam zadania. Nie
miała ochoty ani siły wysiadywać w kolejkach, żeby zrobić sobie
badania, a na pobyt w szpitalu absolutnie nie mogłam jej namówić.
"Jak będzie mi duszno, to włączę sobie w domu wiaterek...".
W końcu przekonał ją Franciszek Blajda. Odwiedzałyśmy ją z Kasią
codziennie, ale nie miałam wrażenia, żeby ktokolwiek tam się nią
zajmował. Potwierdziła to Halina Bortnowska: "Przecież oni
jej w ogóle nie leczą". Postanowiliśmy ją stamtąd zabrać, w
domu zajęli się nią inni lekarze, ale też bez efektów, i znowu upłynęło
trochę czasu. W czasie drugiego pobytu w szpitalu zrobiono jej wreszcie
porządnie wszystkie badania, ale było już za późno. Wynik posiewu
odebraliśmy już po jej śmierci.
Jakie przesłanie zostawiła nam Hanna Malewska? Co z jej
przemyśleń powinniśmy przenieść w ten wiek, który rozpoczął się
hekatombą 11 września i może wcale nie będzie bardziej ludzki i
mądrzejszy niż minione stulecia? W Przemija postać świata napisała:
"Idą znów hordy - trzeba im mostu do mądrości". Wraz z
wieżami na Manhattanie w wielu ludziach runęła wiara w człowieka
i w porządek świata. Jakiej mądrości trzeba, żeby ją odbudować?
W tej książce padają też słowa: "Gdy walczą i upadają państwa
ludzkie, cóż wiemy o Państwie Bożym? Może zakwita ono właśnie wśród
pożogi - albo gnije w pomyślności?".
Na gruzach dawnego świata, po upadku Rzymu, stary mnich czyta tam
O pocieszeniu, jakie daje filozofia Boecjusza, a jego towarzysze
pracowicie przepisują wydobyte z popiołów księgi, żeby ludzką myśl
ocalić dla następnych pokoleń. Przepisują z obowiązku czy z miłości?
- zastanawia się mnich. A przecież "miłość bywa jak ziarno
gorczyczne".
Rozmawiali: Dorota Zańko i Jarosław Gowin
KRYSTYNA HORODYSKA-POBORSKA, ukończyła Wyższą Szkołę Ekonomiczną
w Krakowie; przełożyła m.in. Znak Jonasza Tomasza Mertona oraz niektóre
jego wiersze zamieszczone w Wyborze wierszy (Kraków 1986), a także
poemat Walta Whitmanna Pieśń ze szlaku z tomiku Źdźbła trawy. Poezje
wybrane (Warszawa 1966).
Jeśli to miała być tajemnica, to udało się ją utrzymać, bo ja nic
o tym nie wiedziałam.
Jakie były poglądy polityczne Hanny Malewskiej? Czy jej
antykomunizm był bardzo radykalny?
Bardzo, ale to nie było podejście wrogie, na przykład uważała,
że trzeba poprzeć Gomułkę w 1956 roku. Antykomunizm, antytotalizm,
antykłamstwo w jej oczach w oczywisty sposób łączyły się ze sobą.
Nie potrafiła wyszukiwać kompromisów. Nie dlatego, żeby była bardzo
agresywnie nastawiona do tamtej rzeczywistości, tylko po prostu
moralnie nie widziała takiej możliwości. To, co pisała wtedy prasa,
to było okropne kłamstwo. Gazet nie dało się po prostu czytać. Ja
nie czytałam ich przez całe lata. Hanka musiała czytać, bo była
redaktorem, i czasem gorszyła się, że ja nie czytam.
A jak przyjęła powstanie "Solidarności"?
Oczywiście była po stronie "Solidarności", choć chyba
trochę obawiała się, jak się to wszystko skończy, zresztą nie ona
jedna.
Mogła się obawiać choćby ze względu na doświadczenie Powstania
Warszawskiego.
Tak, poza tym ze względu na jakieś granice możliwości. "Solidarność"
przesunęła je bardzo daleko. Kto mógł przypuszczać, że kolos zacznie
się rozpadać? Istniała możliwość krwawego konfliktu, ludzie obawiali
się, że znowu będą wywózki i zabijanie. Tylko młodzi się nie bali,
ale tak jest zawsze.
W czasach "Solidarności" była już bardzo chora.
Jak przyjmowała tę chorobę?
Nie skarżyła się, ale w gruncie rzeczy niecierpliwiła się, że nikt
jej nie może pomóc. Ona miała kult dobrej roboty, nie mieściło jej
się więc w głowie, że zajmowało się nią tylu lekarzy (pod koniec
jej życia naliczyłam ich siedmiu, choć często przypadkowych) i nic
z tego nie wynikało. W ostatnim też roku zajęła się nią bardzo serdecznie
pani doktor Potocka - niestety, niewiele już mogła zrobić.
Hanka sama zresztą zupełnie nie dbała o siebie. W pewnym momencie
zorientowałam się, że chyba od dłuższego czasu nie jada obiadów.
Jakoś za często na moje pytanie, co jadła, odpowiadała: "A,
otworzyłam sobie puszkę groszku". Wtedy już stanowczo postanowiłam
się w to włączyć i ciepłe posiłki zaczęła gotować jej pomoc domowa,
pani Helena. Ale Hanka słabła coraz bardziej, w ostatnich latach
pracy w redakcji przychodziła na Sienną tylko na dwie godziny, potem
na Małym Rynku brała taksówkę i półżywa wracała do domu. To nie
mógł być normalny spadek sił związany z wiekiem. Coraz częściej
miewała ataki duszności, a lekarze nie wiedzieli, co jej jest. Leczono
ją na serce, na astmę... Chciała jeszcze jak dawniej jeździć na
lato do Pewli, ale była często w takim stanie, że musiano ją tam
sprowadzać ze schodów.
Że to była gruźlica, okazało się właściwie tuż przed śmiercią?
Tak. To, że pod koniec XX wieku ktoś może umrzeć na gruźlicę bez
żadnych leków, jest prawie nie do pojęcia. Gruźlica była już wtedy
chorobą stosunkowo prostą do wyleczenia. Ale nie postawiono prawidłowej
diagnozy. Sama Hanka zresztą też nie ułatwiała nam zadania. Nie
miała ochoty ani siły wysiadywać w kolejkach, żeby zrobić sobie
badania, a na pobyt w szpitalu absolutnie nie mogłam jej namówić.
"Jak będzie mi duszno, to włączę sobie w domu wiaterek...".
W końcu przekonał ją Franciszek Blajda. Odwiedzałyśmy ją z Kasią
codziennie, ale nie miałam wrażenia, żeby ktokolwiek tam się nią
zajmował. Potwierdziła to Halina Bortnowska: "Przecież oni
jej w ogóle nie leczą". Postanowiliśmy ją stamtąd zabrać, w
domu zajęli się nią inni lekarze, ale też bez efektów, i znowu upłynęło
trochę czasu. W czasie drugiego pobytu w szpitalu zrobiono jej wreszcie
porządnie wszystkie badania, ale było już za późno. Wynik posiewu
odebraliśmy już po jej śmierci.
Jakie przesłanie zostawiła nam Hanna Malewska? Co z jej przemyśleń
powinniśmy przenieść w ten wiek, który rozpoczął się hekatombą 11
września i może wcale nie będzie bardziej ludzki i mądrzejszy niż
minione stulecia? W Przemija postać świata napisała: "Idą znów
hordy - trzeba im mostu do mądrości". Wraz z wieżami na Manhattanie
w wielu ludziach runęła wiara w człowieka i w porządek świata. Jakiej
mądrości trzeba, żeby ją odbudować?
W tej książce padają też słowa: "Gdy walczą i upadają państwa
ludzkie, cóż wiemy o Państwie Bożym? Może zakwita ono właśnie wśród
pożogi - albo gnije w pomyślności?".
Na gruzach dawnego świata, po upadku Rzymu, stary mnich czyta tam
O pocieszeniu, jakie daje filozofia Boecjusza, a jego towarzysze
pracowicie przepisują wydobyte z popiołów księgi, żeby ludzką myśl
ocalić dla następnych pokoleń. Przepisują z obowiązku czy z miłości?
- zastanawia się mnich. A przecież "miłość bywa jak ziarno
gorczyczne".
Rozmawiali: Dorota Zańko i Jarosław Gowin
KRYSTYNA HORODYSKA-POBORSKA, ukończyła Wyższą Szkołę Ekonomiczną
w Krakowie; przełożyła m.in. Znak Jonasza Tomasza Mertona oraz niektóre
jego wiersze zamieszczone w Wyborze wierszy (Kraków 1986), a także
poemat Walta Whitmanna Pieśń ze szlaku z tomiku Źdźbła trawy. Poezje
wybrane (Warszawa 1966).
POCZĄTEK
STRONY |