Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

MAJ 2003 NUMER 576



Miesięcznik Znak, nr 576

Gdzie jest Europa?

 


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

 

 

Temat miesiąca:


Ameryka gotuje, Europa zmywa?, Leopold Unger

" Long live the King of France!". Tak rozkazał generał i dodał wiwat z armat, ognie sztuczne i czarkę rumu dla każdego z jego 12 tysięcy żołnierzy. To było dawno: był rok 1778, a generał nazywał się George Washington. Ale już wtedy markiz de Lafayette, wielki, jak wiadomo, przyjaciel i znawca Ameryki, uprzedzał swego ministra spraw zagranicznych, mniej dziś znanego Charles’a Gravier de Vergennes, że "nie można zaprzeczyć, iż z Amerykanami nie jest łatwo sobie radzić, zwłaszcza kiedy się jest Francuzem...".

Bywało i na odwrót. Ówczesny ambasador, a późniejszy prezydent, cnotliwy John Adams nie radził sobie z Francją i dumnie nie uległ pokusom Paryża - "stolicy rozpusty i nonsensu". Bardziej od niego czuły na paryski charme, także ambasador i także prezydent, Thomas Jefferson chętnie ulegał pokusom, ale również był zdania, że Francja nie nadaje się "na partnera w poważnych sprawach". Ówczesną kropkę nad "i" postawił pewien mniej subtelny oficer amerykański, który raportował hierarchii: "Nasi ludzie nie lubią Francuzów; kogo nie rozumieją, tego biorą za Francuza...".

Ponad dwa wieki później w rejestrze tym niewiele się właściwie zmieniło. Dwie XVIII-wieczne rewolucje ciągle na siebie krzywo patrzą, Francuzi ciągle z trudem radzą sobie z Amerykanami, a Amerykanie ciągle uważają, że Francuzi to nie najlepszy partner w poważnych sprawach. Na przykład w sprawie Iraku.

Nie wiadomo, jaki będzie los Iraku i Saddama. Wiadomo natomiast, że sprawa wojny z Irakiem wywołała największy spór w bogatej historii nieporozumień francusko- czy - pars pro toto - europejsko-amerykańskich. Że sięga on daleko poza normalne różnice zdań między sojusznikami, takie dla przykładu, jakie aktualnie toczą się lub też niedawno toczyły wokół traktatu z Kioto czy powołania Międzynarodowego Trybunału Karnego. Żaden spór francusko- czy (częściowo) europejsko-amerykański nie rzucił na ulice takich tłumów jak te, które manifestowały 14 lutego tego roku we wszystkich właściwie, poza... Moskwą, głównych miastach naszego kontynentu.

Mniejsza o źródła sukcesu owej mobilizacji. Pomogła jej zapewne fatalna amerykańska nieznajomość europejskiej psychologii. Żadnej wojny, powiadają cynicy, nie należy uzasadniać ani - dodają perfidni - zapowiadać na długo przed jej rozpętaniem. Ale Bush przesadził. Niekończącym się gadulstwem, odwoływaniem się ciągle do tych samych argumentów i mało przekonywających dowodów, Bush umożliwił narodziny samonapędzającej się dynamiki masowego ruchu. Umożliwił zgrupowanie, pod wspólnym, ale często fałszywym (stanowiącym nieraz po prostu parawan dla politycznej manipulacji) hasłem pokoju, wszystkich możliwych frustracji, skutkiem czego obok prawdziwych przeciwników wojny (bardzo dużo ludzi przecież, łącznie chyba z Bushem, jej nie chce) na ulice wyszli zwyczajni i nadzwyczajni przeciwnicy Ameryki wszystkich kolorów, od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy, od otumanionych neotrockistów czy naiwnej młodzieży antyglobalistycznej aż po pseudointelektualistów i cynicznych manipulatorów. Wynik: świat krzyczał nie tylko "nie chcemy wojny", ale także "nie chcemy USA". Jasne, "nafta rządzi światem", jak dawno już pisał Anton Zischka, i o nią też, obok arsenałów Saddama, toczy się ta wojna. Niewykluczone także, że amerykańskie plany sięgają poza Irak i zakładają jakąś nieokreśloną na razie próbę uporządkowania sytuacji w tym tak bogatym i tak nieszczęśliwym regionie. Ale to wszystko nie zmienia faktu, o czym niektórzy wolą zapomnieć, a o czym Amerykanie nie przestają przypominać, że Irak jest naprawdę niebezpiecznym państwem, częścią prawdziwej "osi piekła", a Saddam okrutnym i groźnym satrapą, który pod nieobecność nieuchwytnego bin Ladena ucieleśnia wszystkie cechy diabła. Saddam i jego Irak stanowią splot największych zagrożeń, jakie wiszą dziś nad cywilizowanym światem: produkują i posiadają broń masowego rażenia (chemicznej i biologicznej już użyli), są w stanie przekazać ją terrorystom bin Ladena czy innym. A przecież masy szły, wołając "precz z Bushem" albo i gorzej, ale nie krzyczały albo krzyczały, ale bardzo cicho, "nie chcemy Saddama". I taki był, wracając do sformułowań sprzed dwóch wieków, najbardziej masowy objaw trudności w radzeniu sobie Francuzów czy Europejczyków z Amerykanami i amerykańskich trudności w znalezieniu w Europie partnerów do poważnych spraw.

NATO, bardziej dyskretnie, ale z dużym trudem przeżywało (czy przeżyje, to się okaże) kryzys iracki. Kiedy Rosja "pozbawiła Zachód wroga", czyli cementu, który spajał jedność i solidarność NATO, nasiliła się tradycyjna nieufność Francji wobec amerykańskiej polityki, przybierając postać niemal obsesji. Paryż ma ambicje europejskie, ma ambicje globalne, ale nie ma środków do ich realizacji. Pozostaje, to łatwe i dziś niczym nie grozi, sprzeciw wobec USA. Można by się zastanowić, czy Chirac nie ma racji, odrzucając obecną strategię Amerykanów, gdyby na przykład powiedział, że są na świecie punkty bardziej niż Irak zapalne, które należy wcześniej wygasić, na przykład Korea Północna, i że od północnokoreańskiego Kima, a nie od Saddama, należy zacząć porządki. Ale Chirac tego nie powiedział. Chirac nie chce porządków amerykańskich, Chirac chce swoich porządków, z zasady sprzecznych (wszystko jedno w jakiej sprawie) z poglądem Amerykanów. Dlatego doprowadził NATO na skraj przepaści i... absurdu: przy pomocy Niemiec i Belgii sprzeciwił się mianowicie udzieleniu przez NATO hipotetycznej, na wypadek wojny, pomocy sojuszu dla jednego z sojuszników, Turcji mianowicie. W końcu sprawę załatwiono w... osiemnastkę, bez Francji, która, od czasu de Gaulle’a, nie należy do wojskowej struktury sojuszu. Ale i przedtem było wiadomo, że stosunki sekretarza generalnego NATO Anglika Robertsona i amerykańskich dyplomatów w Brukseli z francuskim ambasadorem przy NATO Benoit d’Aboville’em (znanym z arogancji także w Warszawie) są okropne i że podstawą francuskiej dyplomacji w Brukseli jest podejrzenie, że Waszyngton chce za wszelką cenę wplątać NATO do wojny z Irakiem, czego Francja właśnie chce za wszelką cenę uniknąć. Lament w Brukseli był ogromny. Lord Robertson wyraził prywatnie pogląd (ale w Brukseli nie ma nic prywatnego), że Francja "rozbiła" NATO. Nie do końca, naturalnie - nawet de Gaulle’owi, choć się bardzo starał, to się nie udało, ale takie popękanie sojuszu to jeszcze jeden przejaw "nieradzenia" sobie "francuskiej" Europy z Ameryką. I nawzajem.

"Turecki" kryzys sojuszu euro-atlantyckiego wybuchł w niedobrym momencie. Momencie bardzo długim. Sojusz już od lat stoi w obliczu koniecznej transformacji: stracił tradycyjnego wroga, potrzebował (potrzebuje) nowej identity, świeżej racji bytu. Ciężka maszyna NATO z trudem dopasowuje się do nowych wyzwań (wystarczy przypomnieć egzamin w Bośni czy Kosowie), do konieczności zmiany geograficznego zasięgu działania sojuszu już tylko z nazwy "atlantyckiego". Szczególnie dotyczy to globalizacji innych niebezpieczeństw, na przykład terroryzmu, narkotyków, nielegalnej emigracji czy też misji kontroli pokoju, na przykład któregoś dnia na Bliskim Wschodzie. Do tego dochodzi trudne, ale konieczne, zwłaszcza po 11 września, pogodzenie się z rosnącą hegemonią USA, z amerykańskim priorytetem wojny z terroryzmem i związaną z tym polityką dobierania sobie sojuszników w zależności od koniunktury. Stąd obecność w koalicji antyterrorystycznej Rosji czy Pakistanu i Arabii Saudyjskiej, ale nieobecność NATO czy Europy w ogóle poza Wielką Brytanią.

NATO jest więc na zakręcie. I choć doniesienia o jego śmierci są, jak u Twaina, stanowczo przesadzone, sojuszowi grozi marginalizacja, a spór wokół Iraku tylko takie wątpliwości pogłębia.

Zjawisko to jest tym bardziej niepokojące, że Unia Europejska, choć jeszcze definitywnie nierozszerzona, już się rozłupała. Systematycznie antyamerykańska i antynatowska polityka Francji (wspomaganej przez wskrzeszony pacyfizm niemiecki i raczej zabawny "manewr" belgijski) wywołała podwójną reakcję. Najpierw amerykański sekretarz obrony Rumsfeld określił oś Paryż-Berlin (Belgię zignorował) mianem, w jego mniemaniu obelżywym, "starej Europy". Potem osiemnaście państw "nowej Europy", w tym Wielka Brytania i Polska, podpisało dwa listy w obronie solidarności euro--atlantyckiej. Chirac bardzo się pogniewał i w bardzo starannie przygotowanej "improwizacji" zarzucił sygnatariuszom, zwłaszcza tym, którzy - jak to grzecznie wyraził - "ciągle pukają do drzwi Unii", że "zmarnowali znakomitą okazję do milczenia", i dał im subtelnie do zrozumienia, żeby się nie zdziwili, gdyby w ostatniej fazie integracji wydarzył się jakiś wypadek po drodze... Krótko mówiąc, państwa uznające, że Francja i Niemcy oraz Belgia, która - jak w takich okolicznościach mówiła sowiecka "Prawda" - do nich się przyłączyła, to nie cała Europa i że należy umacniać, a nie likwidować więzy euro-atlantyckie, zostały określone jako marionetki i koń trojański Ameryki.

Chirac popełnił błąd, a to, jak wiadomo, w polityce jest gorsze od zbrodni. Mniejsza o to, jak listy 8 państw czy kolejnych 10 powstały, nieważne, czy były napisane z inspiracji "Wall Street Journal" czy redagowali je Aznar i Blair, czy też, jak doniósł "The New York Times", pisał je amerykański lobbysta proatlantycki Bruce Jackson. Nieważne także, że pretensje Chiraca były niegrzeczne, a miejscami wręcz ordynarne, że jego "retoryka" kojarzyła się ze skandalem wywołanym przez Putina, który na konferencji prasowej w Brukseli dziennikarzom za bardzo interesującym się masakrą w Czeczenii zaproponował przejście na islam i obrzezanie w Moskwie, "ale tak, aby nic nie zostało". Ważne, że rekryminacje Chiraca były pozbawione sensu. Francja to nie cała Europa. Arogancja nie zastąpi dyplomacji. Próba dyktatu ze strony Niemiec i Francji, które wykorzystały 40-lecie "traktatu elizejskiego" (pojednanie de Gaulle-Adenauer), aby wyprodukować, bez żadnej konsultacji, propozycje podwójnie "prezydenckiej" Europy i próbować jednostronnie, także bez żadnej konsultacji, narzucić antyatlantyckie stanowisko przeciwko wojnie z Irakiem, także nie ma nic wspólnego z dyplomacją. Nie było więc, ciągle nie ma i szybko, jeśli w ogóle, nie będzie (w tej chwili nie warto nawet próbować) jednej wspólnej linii dyplomatycznej, wobec której Polska i 17 pozostałych państw, nawet gdyby chciały, mogły być lojalne. List czy listy 8+10 były więc prawidłowe, albowiem francuskie chaotyczne pokrzykiwania takiej wspólnej linii nie zastąpią.

Można mieć spore wątpliwości co do nieomylności Waszyngtonu, sporo zastrzeżeń co do dalekowzroczności amerykańskiej ekipy i jej szefa. Ale nie należy ich traktować jak stada durniów i trzeba, ryzykując ogromną pomyłkę, uwzględnić to, że w odróżnieniu od "starej Europy" Stany Zjednoczone są dziś prawdziwym supermocarstwem ("hipermocarstwem", jak to złośliwie, jego zdaniem, określił były minister spraw zagranicznych Francji Hubert Vedrine), które chce i jest w stanie bić się o jakiś porządek w świecie. Oczywiście Amerykanie ryzykują na razie pieniądze, a jutro może życie, przede wszystkim we własnym interesie. To najzupełniej normalne, z tym że tak się składa, iż często w przeszłości leżało to, a i dziś czasem także leży, w interesie innych. Polacy najlepiej pamiętają choćby o tym, że bez Stanów nie zostaliby wpuszczeni do NATO, że bez Reagana i jego walki z "imperium zła" zimna wojna może by jeszcze trwała. Że Amerykanów nie było w 1938 roku na "wyprzedaży" Czechosłowacji w Monachium (byli w Jałcie, ale tam sytuacja była inna: Sowieci byli już pod Berlinem), że tylko oni (i Watykan) nigdy nie uznali sowieckiej aneksji Bałtów i że dwa razy przyjechali ratować Europę nie w żadnej drôle de guerre, ale "na poważnie", płacąc bardzo wysoką cenę, i daleko do końca...

Polska naturalnie bez "starej Europy" obejść się nie potrafi i nie powinna nawet próbować. Ale europejskie korzenie nie wymazują historycznej pamięci. Wprost przeciwnie. Polska leży od zawsze między Niemcami a Rosją, nie może nie śledzić z uwagą pojawienia się niemieckiego neopacyfizmu (kto wołał "ohne uns" albo "better red than dead", kiedy Reagan prosił o miejsce dla pershingów?) ani lekceważyć Putina snów o potędze. Wszelkie apele natury rzekomo "moralnej" i oskarżanie sygnatariuszy tych listów o wasalstwo wobec USA jest więc nadużyciem. Ale przede wszystkim osłabianiem Europy. Tylko pozbawiona egoizmów, naprawdę zjednoczona, a więc rozszerzona o (co najmniej) nową dziesiątkę, Unia Europejska będzie mogła zacząć, jeżeli zechce, myśleć o wspinaczce ku pozycji globalnego aktora na świecie. Pogarda Chiraca wobec "pukających do drzwi" i jego tęsknota za zjawą de Gaulle’a nie stanowi drabiny w tej wspinaczce.

Inaczej i krótko mówiąc, zanim padł pierwszy strzał w wojnie o Irak, Saddam Husajn wygrał już pierwszą bitwę: rozbił świat demokratyczny, ujawnił wielkie podziały i małe ambicje jego polityków. Krajobraz po bitwie nie jest pociągający. Dlaczego tak się stało? Źródeł można szukać głęboko w historii (to jednak ponad dwa wieki), ale wystarczy wrócić do 11 września 2001.
Tego dnia wolna Ameryka, czego Europa ciągle nie może pojąć, znalazła się w stanie wojny. Tego dnia wojna z międzynarodowym terroryzmem stała się kategorycznym priorytetem, zastąpiła wszystkie imperatywy amerykańskiej polityki USA. Nastąpiła zmiana definicji sojuszów: to - powiedział Biały Dom - "misja wyznacza sojusze, a nie odwrotnie". W nowych warunkach NATO okazało się mało przydatne, a Amerykanie zignorowali propozycje sojuszu uruchomienia artykułu 5 Karty NATO: "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego", bo ci wszyscy, czyli struktura NATO, nie pasowali do nowego wyzwania. Tego dnia skłonność administracji Busha do jednostronności, do unilateralizmu w działaniu nabrała ostrego przyspieszenia, a niezreformowana, od dawna nie szanowana w USA, ociężała ONZ mogła tylko do pewnego stopnia przeszkadzać Waszyngtonowi w uprawianiu jego polityki, w tym także w strategii wobec Iraku Saddama Husajna. Słusznie czy niesłusznie, ale na tym właśnie polega unilateralizm uznanego za ważne ogniwo antyterrorystycznego frontu.

Tego dnia zmieniła się także polityka Rosji. Putin pierwszy zrozumiał skalę zwrotu w amerykańskiej strategii. I pierwszy zareagował, pierwszy zatelefonował do Busha, pierwszy, wbrew swoim generałom, udostępnił Ameryce infrastrukturę wojskową przydatną w wojnie z terroryzmem: bazy w posowieckiej Azji, dane wywiadu, doświadczenie z wojny w Afganistanie. W sumie obiecał (i obietnicy dotrzymał) partnerską lojalność. Tym samym zachował się odwrotnie do "starej Europy", która, po wstępnym szoku ("wszyscy jesteśmy Amerykanami" wołał dziennik "Le Monde"), bardzo szybko zaczęła formułować coraz liczniejsze zastrzeżenia wobec priorytetu polityki USA i jej realizacji, czyli powszechnej wojny z terroryzmem.

Jasne, nie chodziło tu o filantropię. Putin uzyskał w zamian wolne ręce w Czeczenii, nadzieje na wielkie inwestycje oraz redukcję arsenału amerykańskiego i rosyjskiego do poziomu, który byłby do wytrzymania dla budżetu Rosji. Putin odniósł serię prestiżowych sukcesów: ósme, całkowicie merytorycznie nieuzasadnione, miejsce dla Rosji w G-7, inna, symbolicznie wyższa, pozycja wobec NATO (nie 19+1, lecz 20). Tego dnia Putin zrozumiał, że nie jest ważna liczebność Sojuszu, lecz ważna jest jego skuteczność, a raczej nieskuteczność. Stąd obojętność Rosji wobec big bangu, czyli ogromnego jednorazowego (w Pradze) rozszerzenia NATO. Putin liczy na "rozmiękczanie" NATO: im liczebniejszy sojusz, tym bardziej jest polityczny, a mniej wojskowy. Hipoteza Putina zakłada także (raczej lekkomyślnie, trzeba mieć nadzieję), że USA będą się coraz bardziej odwracać od krytycznych, niepewnych i kapryśnych sojuszników, na przykład Francji czy Niemiec, w stronę pragmatycznej, lojalnej i potencjalnie bardzo pożytecznej Rosji.

Tego dnia okazało się, że istniejący od dawna, pełzający w Europie i na świecie antyamerykanizm, tę nową utopię wyrosłą na zachodnich gruzach marksizmu, albo, jak to określił jeden z trzeźwiejszych filozofów francuskich Pascal Bruckner, parafrazując Bebla, tę "postępowość idiotów", także należy włączyć do procesu oddalającego Amerykę od Europy. Pamiętamy przecież, jak stalinowska fascynacja intelektualistów i komunistów francuskich czy włoskich paraliżująco nieraz działała na rządy ich krajów. Po 11 września okazało się, że współczesny antyamerykanizm może funkcjonować na podobnej zasadzie. Tak jak kiedyś jego wyznawcy szerzyli brednie o stonce kolorado w Korei, tak teraz ogromnym powodzeniem cieszyła się we Francji książka Thierry Meyssana, negująca wrześniowy atak na Pentagon. Dziś znowu, nawet bardziej niż kiedyś, chodzi o "mianowanie" (europejska, zwłaszcza francuska lewica ma tutaj niewątpliwą złotą palmę) kozła ofiarnego, odpowiedzialnego za wszystkie europejskie, a tym bardziej muzułmańskie czy trzecioświatowe, trudności, katastrofy i klęski. Nie ma już Eluarda, Romain Rollanda czy (przez pewien okres) Sartre’a wielbiących Stalina. Są za to bardzo wysublimowani francuscy intelektualiści (kiedyś Foucault, niedawno Baudrillard, teraz się ich namnożyło), którzy doszli, tak jak przed nimi Chomeini i bin Laden, do wniosku, że Amerykanie są nieodpowiedzialnymi imperialistami, rzecznikami globalnego kapitalizmu wyniszczającego ludzkość, że zatem, jeżeli są celem agresji, to z własnej winy. Hiperterroryzm islamski stanowi w tej logice naturalną odpowiedź na hiperpotegę USA. Ameryka w tym ujęciu odpowiedzialna jest za całe zło na świecie, a bin Laden to bicz Boży i zasłużona kara Boska.

Tego dnia zaczęła się nowa faza procesu oddalania się części Europy od Ameryki, wzrostu względnego i bezwzględnego potęgi i hegemonii USA i osłabiania się, także względnego i bezwzględnego, Europy. Rozważaniami na ten temat zapisano już tomy. Profesor Porębski cytuje komentarz Roya Denmana, byłego dyrektora generalnego w Komisji Unii Europejskiej w Brukseli i byłego jej ambasadora w Waszyngtonie. Ameryka, zdaniem Denmana (który nawiązuje nieświadomie do Jeffersona), potraktuje Europę poważnie, kiedy "zacznie ona wypowiadać się jednym głosem na temat polityki zagranicznej i gdy jej słowne deklaracje na temat polityki obronnej znajdą pokrycie w pieniądzach". Podobne, jeżeli nie identyczne opinie wypowiedzieli już, bez żadnych złudzeń co do ich realizmu, wszyscy chyba publicyści w Europie. W istocie jednak nie jest to kwestia ani jednomyślności, ani finansów. Nie ma jednej Europy, jest kilka jej modeli. Spór o wojnę w Iraku jest tylko przejawem tej różnorodności. Robert Kagan, jeden z ideologów neokonserwatyzmu amerykańskiego, podjął próbę analizy psychologicznych aspektów zmiany w stosunkach amerykańsko-europejskich. Wniósł niewiele nowego, ale jest to interesujące kompendium amerykańskiej wizji Europy u początku XXI wieku. Kagan uważa, że drogi USA i Europy rozchodzą się i zapewne się rozejdą. Co wtedy, Kagan nie pisze, a konkluzje zastępuje metaforami rodem z Zodiaku: USA byłyby, według niego, spod znaku Marsa, Europa - spod znaku Wenus. Na astrologii się nie znam, ale jego formuła wzięta nie z horoskopów "Madame Soleil", a z książki kucharskiej jest prawidłowa: Ameryka, pisze Kagan, gotuje, a Europa - zmywa.

Nie jest to komplement. Proces "słabnięcia" Europy i "rozchodzenia się" jej z Ameryką jest naturalnie starszy niż atak z 11 września. Tyle że słabość i rozchodzenie się ukryte były przez zimną wojnę, w czasie której Europa, pod skrzydłami USA, choć właściwie o niczym samodzielnie nie decydowała, odgrywała jednak ważną rolę po prostu jako teatr zmagań. Kiedy ZSRR, upadając, zniszczył cement europejsko-amerykańskiego spoiwa, prawda zaczęła wychodzić na jaw. Okazało się wtedy, że integracja Europy, która była ogromnym sukcesem gospodarczym i psychologicznym (wystarczy przykład euro, to znaczy równoczesnej rezygnacji kilku państw z własnego pieniądza, istotnego atrybutu suwerenności, co było prawdziwą rewolucją w mentalności kilku narodów Europy), w rzeczywistości nie obejmowała strefy obrony i polityki zagranicznej. Superpotęga gospodarcza nie miała ani ambicji, ani zamiaru bić się o status także superpotęgi wojskowej. Widełki budżetów wojskowych Europy i USA coraz bardziej się rozszerzały. Niedozbrojona i zapóźniona w wojskowej technologii Europa nie była zdolna do działania nawet na własnym podwórku: USA okazały się niezbędne w Bośni czy Kosowie, a nawet, co zakrawa na farsę, w załatwieniu sporu marokańsko-hiszpańskiego o kawałek skalnej wysepki zwanej Pietruszką...

USA stały się jedyną superpotegą na świecie nie w wyniku ich własnej strategii czy likwidowania przez marines potencjalnych konkurentów, a z braku realnego kandydata, który mógłby stworzyć przeciwwagę. Rosja i Chiny mają zapewne takie ambicje. Może kiedyś dojdą do takiej pozycji, ale na razie nie mają możliwości. Zjednoczona Europa ma niezbędny potencjał, ale nie ma takiej ambicji. I do braku ambicji dopasowała filozofię. W skrócie: wraz z ZSRR znikło zagrożenie wojskowe, ale pozostało ryzyko socjalne, rosnące problemy społeczne. Europa uznała, że grozi jej nie wojna, a destabilizacja społeczna i że powinna ratować nie zagrożony w Iraku pokój, a swoje państwa opiekuńcze. Priorytet mają więc wydatki socjalne kosztem wojskowych. Stąd także różnica w liście priorytetów. Dla USA są to: terroryzm, proliferacja broni masowego rażenia, "oś zła", czyli Irak, Korea Północna i Iran (w tej zapewne kolejności). Dla Europy: bezrobocie, przyrost gospodarczy, nielegalna imigracja i przestępczość zorganizowana... oraz strach przed prewencyjną wojną w Iraku. W niedawnej kampanii prezydenckiej we Francji ani jeden z kandydatów - zwłaszcza cudem, dzięki podzielonej lewicy wybrany Chirac - nie odniósł się do wydarzeń z 11 września, nie pytał, czy czasem w świetle 11 września nie należałoby czegoś zmienić w polityce europejskiej.

Nic dziwnego, że właśnie po 11 września i takim ustaleniu priorytetów nasiliła się, zrazu delikatnie, a potem coraz wyraźniej, europejska krytyka amerykańskiej strategii. Widziana z Ameryki Europa po prostu obawia się potęgi amerykańskiej i skutków jej skłonności do awantur, czyli do załatwiania sporów siłą. Bardziej obawia się gotowości USA do użycia broni niż przyczyn, dla których ta broń miałaby być użyta, na przykład zapasów broni chemicznej czy biologicznej znajdującej się w ręku Saddama i czekającej może na transport do arsenału bin Ladena.

Z takiej analizy wniosek nasuwa się cyniczny: zdaniem sporej części Europy nie trzeba się zbroić, ryzykować napięć społecznych, bo w razie czego Amerykanie i tak będą Europy bronić. Jest to założenie historycznie sprawdzone, ale może być ryzykowne. Alternatywą europejskiej kakofonii, wojskowej niemożności, słabnącego partnerstwa mógłby stać się izolacjonizm amerykański albo całkowita przebudowa sojuszów.
W istocie, dylemat rysuje się jasny, choć nie prosty. Albo, hipoteza pierwsza, Europa i Ameryka uznają, że są na siebie skazane i wysnują z tego odpowiednie wnioski. Ten przede wszystkim, że tylko razem, w prawdziwym sojuszu i dużym kosztem, będą mogły sprostać ogromnym prawdziwym wyzwaniom XXI wieku: rosnącym ambicjom Chin i Rosji, szokowi cywilizacji, religii, systemów, ekspansji fanatycznej części świata muzułmańskiego, zagrożeniom ekologicznym, narkotycznej inwazji, nędzy Trzeciego Świata pukającego, a nawet z rozpaczy wyłamującego drzwi do naszego świata, czy pandemii AIDS, też coraz bardziej realnej (lista jest niepełna).

Albo, i to jest hipoteza druga, skłócona, słaba Europa pogodzi się z tym, że - aby stawić czoło groźbie światowej anarchii i tym wszystkim wyzwaniom - niezbędny jest światowy żandarm, dysponujący środkami i wolą ich użycia. Zakłada to koniec konstrukcji euro-atlantyckiej z takim trudem i z takim pożytkiem zbudowanej po drugiej wojnie światowej, oznacza całkowitą marginalizację ONZ i paraliż ambicji Konwentu Europejskiego, który naraziłby się na śmieszność, gdyby w tych warunkach próbował uchwalić paragraf o wspólnej polityce zagranicznej i obronnej w konstytucji europejskiej.

Czy jest w tej opowiesci jakiś morał? Chyba taki, że nikt nie powinien, z jednej strony, proklamować szlachetnych haseł pokoju, zgody i sprawiedliwości społecznej, a z drugiej - tolerować, bez próby i woli interwencji, masakr, wojen, czystek rasowych, arsenałów masowego zabijania, byle znajdowały się one w bezpiecznym od nas oddaleniu. Hipokryzja, demagogia i transparenty nad ulicami bezpiecznych i bogatych miast nie zastąpią rozumu i odwagi. Zwłaszcza obu razem, to znaczy tej najrzadszej, jak powiedział Victor Hugo, odwagi myślenia.

LEOPOLD UNGER, ur. 1922 we Lwowie. Wojnę przetrwał w Rumunii. Do emigracji w 1969 r. pracował w "Życiu Warszawy", później w belgijskim dzienniku "Le Soir". Był stałym współpracownikiem paryskiej "Kultury" i Radia Wolna Europa, regularnie drukował komentarze w "International Herald Tribune". Wydał m.in.: Orzeł i Reszta (1986), Z Brukseli (1991). Od 1990 roku jest publicystą "Gazety Wyborczej".

 

 



 

POCZĄTEK STRONY


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

Š Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez J. Kucharskiego i M. Samka