|
Temat miesiąca:
Ameryka gotuje, Europa zmywa?,
Leopold Unger
" Long live the King of France!". Tak rozkazał generał
i dodał wiwat z armat, ognie sztuczne i czarkę rumu dla każdego
z jego 12 tysięcy żołnierzy. To było dawno: był rok 1778, a generał
nazywał się George Washington. Ale już wtedy markiz de Lafayette,
wielki, jak wiadomo, przyjaciel i znawca Ameryki, uprzedzał swego
ministra spraw zagranicznych, mniej dziś znanego Charlesa Gravier
de Vergennes, że "nie można zaprzeczyć, iż z Amerykanami nie
jest łatwo sobie radzić, zwłaszcza kiedy się jest Francuzem...".
Bywało i na odwrót. Ówczesny ambasador, a późniejszy prezydent,
cnotliwy John Adams nie radził sobie z Francją i dumnie nie uległ
pokusom Paryża - "stolicy rozpusty i nonsensu". Bardziej
od niego czuły na paryski charme, także ambasador i także prezydent,
Thomas Jefferson chętnie ulegał pokusom, ale również był zdania,
że Francja nie nadaje się "na partnera w poważnych sprawach".
Ówczesną kropkę nad "i" postawił pewien mniej subtelny
oficer amerykański, który raportował hierarchii: "Nasi ludzie
nie lubią Francuzów; kogo nie rozumieją, tego biorą za Francuza...".
Ponad dwa wieki później w rejestrze tym niewiele się właściwie
zmieniło. Dwie XVIII-wieczne rewolucje ciągle na siebie krzywo patrzą,
Francuzi ciągle z trudem radzą sobie z Amerykanami, a Amerykanie
ciągle uważają, że Francuzi to nie najlepszy partner w poważnych
sprawach. Na przykład w sprawie Iraku.
Nie wiadomo, jaki będzie los Iraku i Saddama. Wiadomo natomiast,
że sprawa wojny z Irakiem wywołała największy spór w bogatej historii
nieporozumień francusko- czy - pars pro toto - europejsko-amerykańskich.
Że sięga on daleko poza normalne różnice zdań między sojusznikami,
takie dla przykładu, jakie aktualnie toczą się lub też niedawno
toczyły wokół traktatu z Kioto czy powołania Międzynarodowego Trybunału
Karnego. Żaden spór francusko- czy (częściowo) europejsko-amerykański
nie rzucił na ulice takich tłumów jak te, które manifestowały 14
lutego tego roku we wszystkich właściwie, poza... Moskwą, głównych
miastach naszego kontynentu.
Mniejsza o źródła sukcesu owej mobilizacji. Pomogła jej zapewne
fatalna amerykańska nieznajomość europejskiej psychologii. Żadnej
wojny, powiadają cynicy, nie należy uzasadniać ani - dodają perfidni
- zapowiadać na długo przed jej rozpętaniem. Ale Bush przesadził.
Niekończącym się gadulstwem, odwoływaniem się ciągle do tych samych
argumentów i mało przekonywających dowodów, Bush umożliwił narodziny
samonapędzającej się dynamiki masowego ruchu. Umożliwił zgrupowanie,
pod wspólnym, ale często fałszywym (stanowiącym nieraz po prostu
parawan dla politycznej manipulacji) hasłem pokoju, wszystkich możliwych
frustracji, skutkiem czego obok prawdziwych przeciwników wojny (bardzo
dużo ludzi przecież, łącznie chyba z Bushem, jej nie chce) na ulice
wyszli zwyczajni i nadzwyczajni przeciwnicy Ameryki wszystkich kolorów,
od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy, od otumanionych neotrockistów
czy naiwnej młodzieży antyglobalistycznej aż po pseudointelektualistów
i cynicznych manipulatorów. Wynik: świat krzyczał nie tylko "nie
chcemy wojny", ale także "nie chcemy USA". Jasne,
"nafta rządzi światem", jak dawno już pisał Anton Zischka,
i o nią też, obok arsenałów Saddama, toczy się ta wojna. Niewykluczone
także, że amerykańskie plany sięgają poza Irak i zakładają jakąś
nieokreśloną na razie próbę uporządkowania sytuacji w tym tak bogatym
i tak nieszczęśliwym regionie. Ale to wszystko nie zmienia faktu,
o czym niektórzy wolą zapomnieć, a o czym Amerykanie nie przestają
przypominać, że Irak jest naprawdę niebezpiecznym państwem, częścią
prawdziwej "osi piekła", a Saddam okrutnym i groźnym satrapą,
który pod nieobecność nieuchwytnego bin Ladena ucieleśnia wszystkie
cechy diabła. Saddam i jego Irak stanowią splot największych zagrożeń,
jakie wiszą dziś nad cywilizowanym światem: produkują i posiadają
broń masowego rażenia (chemicznej i biologicznej już użyli), są
w stanie przekazać ją terrorystom bin Ladena czy innym. A przecież
masy szły, wołając "precz z Bushem" albo i gorzej, ale
nie krzyczały albo krzyczały, ale bardzo cicho, "nie chcemy
Saddama". I taki był, wracając do sformułowań sprzed dwóch
wieków, najbardziej masowy objaw trudności w radzeniu sobie Francuzów
czy Europejczyków z Amerykanami i amerykańskich trudności w znalezieniu
w Europie partnerów do poważnych spraw.
NATO, bardziej dyskretnie, ale z dużym trudem przeżywało (czy
przeżyje, to się okaże) kryzys iracki. Kiedy Rosja "pozbawiła
Zachód wroga", czyli cementu, który spajał jedność i solidarność
NATO, nasiliła się tradycyjna nieufność Francji wobec amerykańskiej
polityki, przybierając postać niemal obsesji. Paryż ma ambicje europejskie,
ma ambicje globalne, ale nie ma środków do ich realizacji. Pozostaje,
to łatwe i dziś niczym nie grozi, sprzeciw wobec USA. Można by się
zastanowić, czy Chirac nie ma racji, odrzucając obecną strategię
Amerykanów, gdyby na przykład powiedział, że są na świecie punkty
bardziej niż Irak zapalne, które należy wcześniej wygasić, na przykład
Korea Północna, i że od północnokoreańskiego Kima, a nie od Saddama,
należy zacząć porządki. Ale Chirac tego nie powiedział. Chirac nie
chce porządków amerykańskich, Chirac chce swoich porządków, z zasady
sprzecznych (wszystko jedno w jakiej sprawie) z poglądem Amerykanów.
Dlatego doprowadził NATO na skraj przepaści i... absurdu: przy pomocy
Niemiec i Belgii sprzeciwił się mianowicie udzieleniu przez NATO
hipotetycznej, na wypadek wojny, pomocy sojuszu dla jednego z sojuszników,
Turcji mianowicie. W końcu sprawę załatwiono w... osiemnastkę, bez
Francji, która, od czasu de Gaullea, nie należy do wojskowej struktury
sojuszu. Ale i przedtem było wiadomo, że stosunki sekretarza generalnego
NATO Anglika Robertsona i amerykańskich dyplomatów w Brukseli z
francuskim ambasadorem przy NATO Benoit dAbovilleem (znanym z
arogancji także w Warszawie) są okropne i że podstawą francuskiej
dyplomacji w Brukseli jest podejrzenie, że Waszyngton chce za wszelką
cenę wplątać NATO do wojny z Irakiem, czego Francja właśnie chce
za wszelką cenę uniknąć. Lament w Brukseli był ogromny. Lord Robertson
wyraził prywatnie pogląd (ale w Brukseli nie ma nic prywatnego),
że Francja "rozbiła" NATO. Nie do końca, naturalnie -
nawet de Gaulleowi, choć się bardzo starał, to się nie udało, ale
takie popękanie sojuszu to jeszcze jeden przejaw "nieradzenia"
sobie "francuskiej" Europy z Ameryką. I nawzajem.
"Turecki" kryzys sojuszu euro-atlantyckiego wybuchł
w niedobrym momencie. Momencie bardzo długim. Sojusz już od lat
stoi w obliczu koniecznej transformacji: stracił tradycyjnego wroga,
potrzebował (potrzebuje) nowej identity, świeżej racji bytu. Ciężka
maszyna NATO z trudem dopasowuje się do nowych wyzwań (wystarczy
przypomnieć egzamin w Bośni czy Kosowie), do konieczności zmiany
geograficznego zasięgu działania sojuszu już tylko z nazwy "atlantyckiego".
Szczególnie dotyczy to globalizacji innych niebezpieczeństw, na
przykład terroryzmu, narkotyków, nielegalnej emigracji czy też misji
kontroli pokoju, na przykład któregoś dnia na Bliskim Wschodzie.
Do tego dochodzi trudne, ale konieczne, zwłaszcza po 11 września,
pogodzenie się z rosnącą hegemonią USA, z amerykańskim priorytetem
wojny z terroryzmem i związaną z tym polityką dobierania sobie sojuszników
w zależności od koniunktury. Stąd obecność w koalicji antyterrorystycznej
Rosji czy Pakistanu i Arabii Saudyjskiej, ale nieobecność NATO czy
Europy w ogóle poza Wielką Brytanią.
NATO jest więc na zakręcie. I choć doniesienia o jego śmierci
są, jak u Twaina, stanowczo przesadzone, sojuszowi grozi marginalizacja,
a spór wokół Iraku tylko takie wątpliwości pogłębia.
Zjawisko to jest tym bardziej niepokojące, że Unia Europejska,
choć jeszcze definitywnie nierozszerzona, już się rozłupała. Systematycznie
antyamerykańska i antynatowska polityka Francji (wspomaganej przez
wskrzeszony pacyfizm niemiecki i raczej zabawny "manewr"
belgijski) wywołała podwójną reakcję. Najpierw amerykański sekretarz
obrony Rumsfeld określił oś Paryż-Berlin (Belgię zignorował) mianem,
w jego mniemaniu obelżywym, "starej Europy". Potem osiemnaście
państw "nowej Europy", w tym Wielka Brytania i Polska,
podpisało dwa listy w obronie solidarności euro--atlantyckiej. Chirac
bardzo się pogniewał i w bardzo starannie przygotowanej "improwizacji"
zarzucił sygnatariuszom, zwłaszcza tym, którzy - jak to grzecznie
wyraził - "ciągle pukają do drzwi Unii", że "zmarnowali
znakomitą okazję do milczenia", i dał im subtelnie do zrozumienia,
żeby się nie zdziwili, gdyby w ostatniej fazie integracji wydarzył
się jakiś wypadek po drodze... Krótko mówiąc, państwa uznające,
że Francja i Niemcy oraz Belgia, która - jak w takich okolicznościach
mówiła sowiecka "Prawda" - do nich się przyłączyła, to
nie cała Europa i że należy umacniać, a nie likwidować więzy euro-atlantyckie,
zostały określone jako marionetki i koń trojański Ameryki.
Chirac popełnił błąd, a to, jak wiadomo, w polityce jest gorsze
od zbrodni. Mniejsza o to, jak listy 8 państw czy kolejnych 10 powstały,
nieważne, czy były napisane z inspiracji "Wall Street Journal"
czy redagowali je Aznar i Blair, czy też, jak doniósł "The
New York Times", pisał je amerykański lobbysta proatlantycki
Bruce Jackson. Nieważne także, że pretensje Chiraca były niegrzeczne,
a miejscami wręcz ordynarne, że jego "retoryka" kojarzyła
się ze skandalem wywołanym przez Putina, który na konferencji prasowej
w Brukseli dziennikarzom za bardzo interesującym się masakrą w Czeczenii
zaproponował przejście na islam i obrzezanie w Moskwie, "ale
tak, aby nic nie zostało". Ważne, że rekryminacje Chiraca były
pozbawione sensu. Francja to nie cała Europa. Arogancja nie zastąpi
dyplomacji. Próba dyktatu ze strony Niemiec i Francji, które wykorzystały
40-lecie "traktatu elizejskiego" (pojednanie de Gaulle-Adenauer),
aby wyprodukować, bez żadnej konsultacji, propozycje podwójnie "prezydenckiej"
Europy i próbować jednostronnie, także bez żadnej konsultacji, narzucić
antyatlantyckie stanowisko przeciwko wojnie z Irakiem, także nie
ma nic wspólnego z dyplomacją. Nie było więc, ciągle nie ma i szybko,
jeśli w ogóle, nie będzie (w tej chwili nie warto nawet próbować)
jednej wspólnej linii dyplomatycznej, wobec której Polska i 17 pozostałych
państw, nawet gdyby chciały, mogły być lojalne. List czy listy 8+10
były więc prawidłowe, albowiem francuskie chaotyczne pokrzykiwania
takiej wspólnej linii nie zastąpią.
Można mieć spore wątpliwości co do nieomylności Waszyngtonu, sporo
zastrzeżeń co do dalekowzroczności amerykańskiej ekipy i jej szefa.
Ale nie należy ich traktować jak stada durniów i trzeba, ryzykując
ogromną pomyłkę, uwzględnić to, że w odróżnieniu od "starej
Europy" Stany Zjednoczone są dziś prawdziwym supermocarstwem
("hipermocarstwem", jak to złośliwie, jego zdaniem, określił
były minister spraw zagranicznych Francji Hubert Vedrine), które
chce i jest w stanie bić się o jakiś porządek w świecie. Oczywiście
Amerykanie ryzykują na razie pieniądze, a jutro może życie, przede
wszystkim we własnym interesie. To najzupełniej normalne, z tym
że tak się składa, iż często w przeszłości leżało to, a i dziś czasem
także leży, w interesie innych. Polacy najlepiej pamiętają choćby
o tym, że bez Stanów nie zostaliby wpuszczeni do NATO, że bez Reagana
i jego walki z "imperium zła" zimna wojna może by jeszcze
trwała. Że Amerykanów nie było w 1938 roku na "wyprzedaży"
Czechosłowacji w Monachium (byli w Jałcie, ale tam sytuacja była
inna: Sowieci byli już pod Berlinem), że tylko oni (i Watykan) nigdy
nie uznali sowieckiej aneksji Bałtów i że dwa razy przyjechali ratować
Europę nie w żadnej drôle de guerre, ale "na poważnie",
płacąc bardzo wysoką cenę, i daleko do końca...
Polska naturalnie bez "starej Europy" obejść się nie
potrafi i nie powinna nawet próbować. Ale europejskie korzenie nie
wymazują historycznej pamięci. Wprost przeciwnie. Polska leży od
zawsze między Niemcami a Rosją, nie może nie śledzić z uwagą pojawienia
się niemieckiego neopacyfizmu (kto wołał "ohne uns" albo
"better red than dead", kiedy Reagan prosił o miejsce
dla pershingów?) ani lekceważyć Putina snów o potędze. Wszelkie
apele natury rzekomo "moralnej" i oskarżanie sygnatariuszy
tych listów o wasalstwo wobec USA jest więc nadużyciem. Ale przede
wszystkim osłabianiem Europy. Tylko pozbawiona egoizmów, naprawdę
zjednoczona, a więc rozszerzona o (co najmniej) nową dziesiątkę,
Unia Europejska będzie mogła zacząć, jeżeli zechce, myśleć o wspinaczce
ku pozycji globalnego aktora na świecie. Pogarda Chiraca wobec "pukających
do drzwi" i jego tęsknota za zjawą de Gaullea nie stanowi
drabiny w tej wspinaczce.
Inaczej i krótko mówiąc, zanim padł pierwszy strzał w wojnie o
Irak, Saddam Husajn wygrał już pierwszą bitwę: rozbił świat demokratyczny,
ujawnił wielkie podziały i małe ambicje jego polityków. Krajobraz
po bitwie nie jest pociągający. Dlaczego tak się stało? Źródeł można
szukać głęboko w historii (to jednak ponad dwa wieki), ale wystarczy
wrócić do 11 września 2001.
Tego dnia wolna Ameryka, czego Europa ciągle nie może pojąć, znalazła
się w stanie wojny. Tego dnia wojna z międzynarodowym terroryzmem
stała się kategorycznym priorytetem, zastąpiła wszystkie imperatywy
amerykańskiej polityki USA. Nastąpiła zmiana definicji sojuszów:
to - powiedział Biały Dom - "misja wyznacza sojusze, a nie
odwrotnie". W nowych warunkach NATO okazało się mało przydatne,
a Amerykanie zignorowali propozycje sojuszu uruchomienia artykułu
5 Karty NATO: "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego",
bo ci wszyscy, czyli struktura NATO, nie pasowali do nowego wyzwania.
Tego dnia skłonność administracji Busha do jednostronności, do unilateralizmu
w działaniu nabrała ostrego przyspieszenia, a niezreformowana, od
dawna nie szanowana w USA, ociężała ONZ mogła tylko do pewnego stopnia
przeszkadzać Waszyngtonowi w uprawianiu jego polityki, w tym także
w strategii wobec Iraku Saddama Husajna. Słusznie czy niesłusznie,
ale na tym właśnie polega unilateralizm uznanego za ważne ogniwo
antyterrorystycznego frontu.
Tego dnia zmieniła się także polityka Rosji. Putin pierwszy zrozumiał
skalę zwrotu w amerykańskiej strategii. I pierwszy zareagował, pierwszy
zatelefonował do Busha, pierwszy, wbrew swoim generałom, udostępnił
Ameryce infrastrukturę wojskową przydatną w wojnie z terroryzmem:
bazy w posowieckiej Azji, dane wywiadu, doświadczenie z wojny w
Afganistanie. W sumie obiecał (i obietnicy dotrzymał) partnerską
lojalność. Tym samym zachował się odwrotnie do "starej Europy",
która, po wstępnym szoku ("wszyscy jesteśmy Amerykanami"
wołał dziennik "Le Monde"), bardzo szybko zaczęła formułować
coraz liczniejsze zastrzeżenia wobec priorytetu polityki USA i jej
realizacji, czyli powszechnej wojny z terroryzmem.
Jasne, nie chodziło tu o filantropię. Putin uzyskał w zamian wolne
ręce w Czeczenii, nadzieje na wielkie inwestycje oraz redukcję arsenału
amerykańskiego i rosyjskiego do poziomu, który byłby do wytrzymania
dla budżetu Rosji. Putin odniósł serię prestiżowych sukcesów: ósme,
całkowicie merytorycznie nieuzasadnione, miejsce dla Rosji w G-7,
inna, symbolicznie wyższa, pozycja wobec NATO (nie 19+1, lecz 20).
Tego dnia Putin zrozumiał, że nie jest ważna liczebność Sojuszu,
lecz ważna jest jego skuteczność, a raczej nieskuteczność. Stąd
obojętność Rosji wobec big bangu, czyli ogromnego jednorazowego
(w Pradze) rozszerzenia NATO. Putin liczy na "rozmiękczanie"
NATO: im liczebniejszy sojusz, tym bardziej jest polityczny, a mniej
wojskowy. Hipoteza Putina zakłada także (raczej lekkomyślnie, trzeba
mieć nadzieję), że USA będą się coraz bardziej odwracać od krytycznych,
niepewnych i kapryśnych sojuszników, na przykład Francji czy Niemiec,
w stronę pragmatycznej, lojalnej i potencjalnie bardzo pożytecznej
Rosji.
Tego dnia okazało się, że istniejący od dawna, pełzający w Europie
i na świecie antyamerykanizm, tę nową utopię wyrosłą na zachodnich
gruzach marksizmu, albo, jak to określił jeden z trzeźwiejszych
filozofów francuskich Pascal Bruckner, parafrazując Bebla, tę "postępowość
idiotów", także należy włączyć do procesu oddalającego Amerykę
od Europy. Pamiętamy przecież, jak stalinowska fascynacja intelektualistów
i komunistów francuskich czy włoskich paraliżująco nieraz działała
na rządy ich krajów. Po 11 września okazało się, że współczesny
antyamerykanizm może funkcjonować na podobnej zasadzie. Tak jak
kiedyś jego wyznawcy szerzyli brednie o stonce kolorado w Korei,
tak teraz ogromnym powodzeniem cieszyła się we Francji książka Thierry
Meyssana, negująca wrześniowy atak na Pentagon. Dziś znowu, nawet
bardziej niż kiedyś, chodzi o "mianowanie" (europejska,
zwłaszcza francuska lewica ma tutaj niewątpliwą złotą palmę) kozła
ofiarnego, odpowiedzialnego za wszystkie europejskie, a tym bardziej
muzułmańskie czy trzecioświatowe, trudności, katastrofy i klęski.
Nie ma już Eluarda, Romain Rollanda czy (przez pewien okres) Sartrea
wielbiących Stalina. Są za to bardzo wysublimowani francuscy intelektualiści
(kiedyś Foucault, niedawno Baudrillard, teraz się ich namnożyło),
którzy doszli, tak jak przed nimi Chomeini i bin Laden, do wniosku,
że Amerykanie są nieodpowiedzialnymi imperialistami, rzecznikami
globalnego kapitalizmu wyniszczającego ludzkość, że zatem, jeżeli
są celem agresji, to z własnej winy. Hiperterroryzm islamski stanowi
w tej logice naturalną odpowiedź na hiperpotegę USA. Ameryka w tym
ujęciu odpowiedzialna jest za całe zło na świecie, a bin Laden to
bicz Boży i zasłużona kara Boska.
Tego dnia zaczęła się nowa faza procesu oddalania się części Europy
od Ameryki, wzrostu względnego i bezwzględnego potęgi i hegemonii
USA i osłabiania się, także względnego i bezwzględnego, Europy.
Rozważaniami na ten temat zapisano już tomy. Profesor Porębski cytuje
komentarz Roya Denmana, byłego dyrektora generalnego w Komisji Unii
Europejskiej w Brukseli i byłego jej ambasadora w Waszyngtonie.
Ameryka, zdaniem Denmana (który nawiązuje nieświadomie do Jeffersona),
potraktuje Europę poważnie, kiedy "zacznie ona wypowiadać się
jednym głosem na temat polityki zagranicznej i gdy jej słowne deklaracje
na temat polityki obronnej znajdą pokrycie w pieniądzach".
Podobne, jeżeli nie identyczne opinie wypowiedzieli już, bez żadnych
złudzeń co do ich realizmu, wszyscy chyba publicyści w Europie.
W istocie jednak nie jest to kwestia ani jednomyślności, ani finansów.
Nie ma jednej Europy, jest kilka jej modeli. Spór o wojnę w Iraku
jest tylko przejawem tej różnorodności. Robert Kagan, jeden z ideologów
neokonserwatyzmu amerykańskiego, podjął próbę analizy psychologicznych
aspektów zmiany w stosunkach amerykańsko-europejskich. Wniósł niewiele
nowego, ale jest to interesujące kompendium amerykańskiej wizji
Europy u początku XXI wieku. Kagan uważa, że drogi USA i Europy
rozchodzą się i zapewne się rozejdą. Co wtedy, Kagan nie pisze,
a konkluzje zastępuje metaforami rodem z Zodiaku: USA byłyby, według
niego, spod znaku Marsa, Europa - spod znaku Wenus. Na astrologii
się nie znam, ale jego formuła wzięta nie z horoskopów "Madame
Soleil", a z książki kucharskiej jest prawidłowa: Ameryka,
pisze Kagan, gotuje, a Europa - zmywa.
Nie jest to komplement. Proces "słabnięcia" Europy i
"rozchodzenia się" jej z Ameryką jest naturalnie starszy
niż atak z 11 września. Tyle że słabość i rozchodzenie się ukryte
były przez zimną wojnę, w czasie której Europa, pod skrzydłami USA,
choć właściwie o niczym samodzielnie nie decydowała, odgrywała jednak
ważną rolę po prostu jako teatr zmagań. Kiedy ZSRR, upadając, zniszczył
cement europejsko-amerykańskiego spoiwa, prawda zaczęła wychodzić
na jaw. Okazało się wtedy, że integracja Europy, która była ogromnym
sukcesem gospodarczym i psychologicznym (wystarczy przykład euro,
to znaczy równoczesnej rezygnacji kilku państw z własnego pieniądza,
istotnego atrybutu suwerenności, co było prawdziwą rewolucją w mentalności
kilku narodów Europy), w rzeczywistości nie obejmowała strefy obrony
i polityki zagranicznej. Superpotęga gospodarcza nie miała ani ambicji,
ani zamiaru bić się o status także superpotęgi wojskowej. Widełki
budżetów wojskowych Europy i USA coraz bardziej się rozszerzały.
Niedozbrojona i zapóźniona w wojskowej technologii Europa nie była
zdolna do działania nawet na własnym podwórku: USA okazały się niezbędne
w Bośni czy Kosowie, a nawet, co zakrawa na farsę, w załatwieniu
sporu marokańsko-hiszpańskiego o kawałek skalnej wysepki zwanej
Pietruszką...
USA stały się jedyną superpotegą na świecie nie w wyniku ich własnej
strategii czy likwidowania przez marines potencjalnych konkurentów,
a z braku realnego kandydata, który mógłby stworzyć przeciwwagę.
Rosja i Chiny mają zapewne takie ambicje. Może kiedyś dojdą do takiej
pozycji, ale na razie nie mają możliwości. Zjednoczona Europa ma
niezbędny potencjał, ale nie ma takiej ambicji. I do braku ambicji
dopasowała filozofię. W skrócie: wraz z ZSRR znikło zagrożenie wojskowe,
ale pozostało ryzyko socjalne, rosnące problemy społeczne. Europa
uznała, że grozi jej nie wojna, a destabilizacja społeczna i że
powinna ratować nie zagrożony w Iraku pokój, a swoje państwa opiekuńcze.
Priorytet mają więc wydatki socjalne kosztem wojskowych. Stąd także
różnica w liście priorytetów. Dla USA są to: terroryzm, proliferacja
broni masowego rażenia, "oś zła", czyli Irak, Korea Północna
i Iran (w tej zapewne kolejności). Dla Europy: bezrobocie, przyrost
gospodarczy, nielegalna imigracja i przestępczość zorganizowana...
oraz strach przed prewencyjną wojną w Iraku. W niedawnej kampanii
prezydenckiej we Francji ani jeden z kandydatów - zwłaszcza cudem,
dzięki podzielonej lewicy wybrany Chirac - nie odniósł się do wydarzeń
z 11 września, nie pytał, czy czasem w świetle 11 września nie należałoby
czegoś zmienić w polityce europejskiej.
Nic dziwnego, że właśnie po 11 września i takim ustaleniu priorytetów
nasiliła się, zrazu delikatnie, a potem coraz wyraźniej, europejska
krytyka amerykańskiej strategii. Widziana z Ameryki Europa po prostu
obawia się potęgi amerykańskiej i skutków jej skłonności do awantur,
czyli do załatwiania sporów siłą. Bardziej obawia się gotowości
USA do użycia broni niż przyczyn, dla których ta broń miałaby być
użyta, na przykład zapasów broni chemicznej czy biologicznej znajdującej
się w ręku Saddama i czekającej może na transport do arsenału bin
Ladena.
Z takiej analizy wniosek nasuwa się cyniczny: zdaniem sporej części
Europy nie trzeba się zbroić, ryzykować napięć społecznych, bo w
razie czego Amerykanie i tak będą Europy bronić. Jest to założenie
historycznie sprawdzone, ale może być ryzykowne. Alternatywą europejskiej
kakofonii, wojskowej niemożności, słabnącego partnerstwa mógłby
stać się izolacjonizm amerykański albo całkowita przebudowa sojuszów.
W istocie, dylemat rysuje się jasny, choć nie prosty. Albo, hipoteza
pierwsza, Europa i Ameryka uznają, że są na siebie skazane i wysnują
z tego odpowiednie wnioski. Ten przede wszystkim, że tylko razem,
w prawdziwym sojuszu i dużym kosztem, będą mogły sprostać ogromnym
prawdziwym wyzwaniom XXI wieku: rosnącym ambicjom Chin i Rosji,
szokowi cywilizacji, religii, systemów, ekspansji fanatycznej części
świata muzułmańskiego, zagrożeniom ekologicznym, narkotycznej inwazji,
nędzy Trzeciego Świata pukającego, a nawet z rozpaczy wyłamującego
drzwi do naszego świata, czy pandemii AIDS, też coraz bardziej realnej
(lista jest niepełna).
Albo, i to jest hipoteza druga, skłócona, słaba Europa pogodzi
się z tym, że - aby stawić czoło groźbie światowej anarchii i tym
wszystkim wyzwaniom - niezbędny jest światowy żandarm, dysponujący
środkami i wolą ich użycia. Zakłada to koniec konstrukcji euro-atlantyckiej
z takim trudem i z takim pożytkiem zbudowanej po drugiej wojnie
światowej, oznacza całkowitą marginalizację ONZ i paraliż ambicji
Konwentu Europejskiego, który naraziłby się na śmieszność, gdyby
w tych warunkach próbował uchwalić paragraf o wspólnej polityce
zagranicznej i obronnej w konstytucji europejskiej.
Czy jest w tej opowiesci jakiś morał? Chyba taki, że nikt nie
powinien, z jednej strony, proklamować szlachetnych haseł pokoju,
zgody i sprawiedliwości społecznej, a z drugiej - tolerować, bez
próby i woli interwencji, masakr, wojen, czystek rasowych, arsenałów
masowego zabijania, byle znajdowały się one w bezpiecznym od nas
oddaleniu. Hipokryzja, demagogia i transparenty nad ulicami bezpiecznych
i bogatych miast nie zastąpią rozumu i odwagi. Zwłaszcza obu razem,
to znaczy tej najrzadszej, jak powiedział Victor Hugo, odwagi myślenia.
LEOPOLD UNGER, ur. 1922 we Lwowie. Wojnę przetrwał w Rumunii. Do
emigracji w 1969 r. pracował w "Życiu Warszawy", później
w belgijskim dzienniku "Le Soir". Był stałym współpracownikiem
paryskiej "Kultury" i Radia Wolna Europa, regularnie drukował
komentarze w "International Herald Tribune". Wydał m.in.:
Orzeł i Reszta (1986), Z Brukseli (1991). Od 1990 roku jest publicystą
"Gazety Wyborczej".
POCZĄTEK
STRONY |