|
Temat
miesiąca
Czy
będziemy żyć wiecznie?
Sen
o nieśmiertelności
Michał
Bardel
Pytanie
o to, czy będziemy żyć wiecznie, stawiane w różnych okolicznościach
nabierać może sensu religijnego lub medyczno-antropologicznego.
W gruncie rzeczy jednak obydwa znaczenia, jakie nadajemy życiu wiecznemu,
zdają się sprowadzać do jednego wspólnego źródła: marzenia o nieśmiertelności,
największego i najpłodniejszego z ludzkich marzeń, tak starego jak
sam człowiek, a przynajmniej tak starego jak wytworzona przez niego
kultura.W elementarnych zmaganiach z przyrodą, które człowiek wciąż
jeszcze dzieli z innymi gatunkami zwierząt, nie dostrzegamy jeszcze
owego pędu ku nieśmiertelności. Życie biologiczne jednostki wraz
ze wszystkimi swoimi wymogami, zamyka się w cyklu indywidualnych
narodzin i indywidualnej śmierci. Dopiero tam, gdzie śmierć staje
się wyzwaniem, rozpoczynają się dzieje ludzkiej kultury. Marzenie
o nieśmiertelności zrodziło przecież sztukę ("płodzenie w pięknie"
- jak pisał Platon - namiastkę wieczności) religie z ich eschatologicznymi
nadziejami czy wreszcie filozofię, której historyczne narodziny
nieodwołalnie łączą się z ideą unieśmiertelnienia (athanatizein)
dzięki odróżnieniu kruchego i przemijającego ciała od mocnej i wiecznej
- bo w swej istocie boskiej - duszy.
Powrót do alchemii
Od czasów starożytnych aż po wiek osiemnasty na
przecięciu religii, sztuki i filozofii powstawały syntetyczne konstrukcje
alchemików, nieuleczalnie zarażonych marzeniem o pokonaniu śmierci.
Idea "kamienia filozofów", substancji dzięki której możliwa
stać się miała przemiana zwykłych metali w złoto, przynajmniej od
czasów Zosimosa z Panopolis (III/IV w.) łączona jest z pojęciem
"eliksiru życia". Lapis philosophorum miał posiadać nie
tylko moc oczyszczania metali, ale także oczyszczania ludzkiego
ciała, regeneracji sił i przedłużania życia w nieskończoność. Nie
przypadkiem więc pośród najwybitniejszych alchemików średniowiecznej
i nowożytnej Europy spotykamy nazwiska największych lekarzy przeszłości:
Arnolda de Villanovy czy Filipa Aureola Teofrasta Bombasta von Hohenheim,
lepiej znanego jako Paracelsus.
Współczesna nauka, wyszydzając metody alchemików,
odziedziczyła alchemiczne ambicje i to w większym stopniu, niżby
się chciała do tego przyznać. Badania nad klonowaniem żywych organizmów,
plany hodowli narządów służących jako materiał do przeszczepów -
wszystko to przypomina stare alchemiczne próby powoływania do życia
golemów, bazyliszków i homunkulusów, żywych istot, które zgodnie
z teorią palingenezy, przychodzą na świat z pominięciem łona matki.
Alchemiczna wiara w ścisłą jedność żywej i martwej przyrody odżywa
współcześnie w: cybernetyce (opartej na idei podobieństwa między
procesami sterowniczymi maszyn i biologicznymi procesami organizmów
żywych), nanotechnologii (zajmującej się wytwarzaniem struktur o
rozmiarach pojedynczych cząsteczek, m. in. mikromaszyn mających
zastosowanie w informatyce, medycynie, przemyśle zbrojeniowym itp.)
czy biotechnologii (wykorzystującej potencjał tworów organicznych
dla celów przemysłowych, np. przy produkcji kamizelek kuloodpornych
z tworzywa łączącego w sobie niezwykłą trwałość z równie niezwykłą
lekkością, tj. z nici pajęczych). Wreszcie alchemiczne poszukiwania
eliksiru młodości przybierają współcześnie formę badań nad procesami
starzenia się organizmów, których celem ma być ich ograniczenie
lub całkowita likwidacja. Jeśli uda nam się jednoznacznie określić,
co w naszym organizmie powoduje jego degenerację, tylko krok będzie
nas dzielił od recepty na długowieczność.
I tak żyjemy dłużej
W szalonej pogoni za nieśmiertelnością coraz częściej
zapominamy o pewnym dość oczywistym fakcie: niezależnie od wysiłku
lekarzy i antropologów długość życia współczesnego człowieka w porównaniu
z jego starożytnymi czy średniowiecznymi przodkami już uległa gigantycznemu
przedłużeniu. Jeśli spojrzymy na nasze życie z nieco ogólniejszej
perspektywy, bez wielkiej przesady możemy powiedzieć, że żyjemy
obecnie co najmniej kilkadziesiąt razy dłużej niż przed kilku setkami
lat. Korzystając z dobrodziejstw nowoczesnych technologii, jesteśmy
w stanie w ciągu miesiąca zwiedzić więcej zakątków świata, niż najbogatszy
nawet mieszkaniec imperium rzymskiego zdołałby objechać w ciągu
całego swojego życia. Mnich średniowieczny, wędrujący od klasztoru
do klasztoru, by zawiadomić konfratrów o śmierci zakonnika, poświęcał
swej misji nierzadko kilka lat. Dziś taka podróż z "rulonem
zmarłych" zajęłaby mu nie więcej niż kilka tygodni, o ile oczywiście
nie skorzystałby z możliwości przekazania tragicznej wieści z pomocą
poczty, telefonu czy Internetu. W tym ostatnim przypadku owe kilka
długich lat współcześnie skracają się do kilku minut spędzonych
przed komputerem. O ile więc medycyna i genetyka kuszą nas obietnicami
wydłużenia naszego życia od kilku do kilkunastu lat, dzięki nowoczesnym
środkom transportu, przede wszystkim zaś dzięki szalonemu postępowi
w zakresie przekazywania informacji, zyskujemy wielokrotnie więcej
- długość naszego istnienia na ziemi z roku na rok rośnie w zastraszającym
tempie.
Przekleństwa nieśmiertelności
Z perspektywy naszej zachłanności w eksploracji
świata - czy to w sensie geograficznym czy naukowym (nie musimy
już dzisiaj czekać latami na przepisanie i przysłanie z drugiego
krańca Europy interesującego nas dzieła) -rosnące tempo naszego
życia jest błogosławieństwem. Wydaje się jednak, że gdzieś w połowie
XX stulecia przekroczyliśmy granicę, za którą to, co wydaje się
nam sprzyjać, w istocie może zmienić się w przekleństwo. Co z tego,
że w ciągu dwóch tygodni jesteśmy w stanie sprowadzić właściwie
każdą książkę z dowolnego miejsca w świecie, skoro czytamy niewiele
szybciej od średniowiecznych mnichów, a publikacji na interesujący
nas temat nie jest już kilkanaście czy kilkadziesiąt, ale parę tysięcy?
Internet pozwala nam błyskawicznie zdobywać potrzebne informacje,
ale jest ich już tyle, że prawie nigdy nie możemy mieć pewności,
czy pochodzą z wiarygodnego źródła. Co z tego, że dysponujemy coraz
większą liczbą szybkich samochodów, skoro właśnie ta potęgująca
się ich liczba wydłuża nasz czas stracony w korkach? Wydajemy się
zatem żyć w czasach, w których postęp nowoczesnych technologii zatoczył
koło - osiągnąwszy punkt kulminacyjny w przyspieszaniu naszej życiowej
aktywności, zaczyna ją mimowolnie hamować.
Na znacznie poważniejsze trudności napotyka jednak ta druga, medyczno-genetyczna
droga ku nieśmiertelności. Przedłużenie życia nie idzie bowiem w
parze z przedłużeniem młodości, ale raczej z rozciągnięciem wieku
starczego - a to skutkuje pojawieniem się chorób wieku podeszłego.
Można więc spodziewać się, że każdy kolejny "darowany"
nam rok to jednocześnie kilka nowych schorzeń, z którymi będziemy
musieli sobie radzić.
Jednak zagrożenia, jakie mogą wynikać z nieznacznego
nawet wydłużenia naszego biologicznego życia, znacznie wyrastają
poza dziedzinę biologii czy medycyny. Ponieważ docelowo nie chodzi
tu o przedłużenie życia pojedynczych osobników, ale całego gatunku
ludzkiego, już dzisiaj obserwujemy niepokojące zmiany społeczne.
Przeciętny Rzymianin około roku 100 n.e. dożywał dwudziestu kilku
lat, średniowieczny zakonnik mógł mówić o szczęściu, jeśli dociągnął
czterdziestki, a jeszcze w XIX wieku średnia długość życia nie przekraczała
46 lat. Dziś żyjemy przeciętnie 76 lat i coraz dotkliwiej zaczynamy
odczuwać skutki starzenia się społeczeństw w krajach wysoko rozwiniętych.
W 2006 roku liczba osób przechodzących na emeryturę we Francji będzie
już dwukrotnie wyższa niż w latach 90. Albo więc trzeba będzie wydłużyć
czas pracy (taką propozycję Francuzi zdążyli już nieraz oprotestować),
albo radykalnie podwyższyć podatki (co wydaje się działaniem bardzo
krótkowzrocznym), albo też otworzyć granice dla masowego napływu
młodych imigrantów z krajów Trzeciego Świata, którzy zdolni będą
zapracować na utrzymanie wysoko rozwiniętych społeczeństw emerytów.
Każde z tych rozwiązań rodzi lawinę kolejnych społecznych zagrożeń.
Warto przy tym pamiętać, że nieuchronnie starzejemy
się także jako gatunek. Zmniejszająca się płodność mieszkańców współczesnej
Europy nie wynika tylko ze zwiększenia tempa życia, któremu nie
sprzyja posiadanie zbyt dużej (jeśli w ogóle) liczby dzieci. Mamy
coraz słabszy materiał genetyczny, jakość i liczba plemników w nasieniu
współczesnego mężczyzny w porównaniu ze spermogramem naszych dziadków
budzi uzasadnione obawy o przyszłość naszego gatunku. W końcu prawdopodobnie
z tych samym przyczyn swego czasu wyginęły dinozaury...
Auri sacra fames - tak nazywali średniowieczni
alchemicy swój opętańczy sen o Wielkim Dziele, transmutacji przemieniającej
zwykłe kruszce w złoto. Ów "święty głód złota" był dla
nich zarazem "świętym głodem nieśmiertelności". Kto odkryje
receptę na złoto, ten posiądzie bowiem absolutną, boską wiedzę o
wszystkich tajnikach przyrody. Dziś chyba coraz lepiej rozumiemy,
dlaczego posłużyli się łacińskim sacra, w którym kryją się dwa możliwe
sensy: "święty" może znaczyć także "przeklęty".
MICHAŁ BARDEL, ur. 1976, redaktor "Znaku", wykładowca
filozofii w Collegium Civitas w Warszawie. Wydał: Mocna jak
śmierć. Zagadnienie miłości w antropologii filozoficznej Franza
Rosenzweiga (2001).
POCZĄTEK
STRONY
|