|

Zawartość
cukru w cukrze
ks. Zbigniew Paweł Maciejewski
Katecheza jest dla wierzących, dla tych, którzy wyznali, że Jezus
jest Panem. Bez tego katechetyczne wysiłki na nic się zdają.
Jednym z epizodów dramatu, jaki przeżywa ukrywający się w damskim
przebraniu bohater filmu Poszukiwany, poszukiwana, jest praca
u człowieka zajmującego się domową produkcją bimbru. Właściwa profesja
pracodawcy pozostaje, oczywiście, głęboko zakonspirowana, a zajęcie
głównej postaci filmu polega przede wszystkim na kupowaniu cukru.
W odpowiedzi na pytania o sens tych zakupów właściciel mieszkania
mówi, że... prowadzi badania naukowe nad zawartością cukru w cukrze.
To hasło - zawartość cukru w cukrze - jest także myślą przewodnią
(i tytułem) poniższego tekstu. Artykuł nie traktuje jednak o polskim
przemyśle cukrowym ani o nielegalnych gorzelniach, ale o katechezie.
Pomimo tak odmiennej tematyki tytuł ten nadaje się tu idealnie.
Twierdzę bowiem, że rzeczywistość polskiej katechezy jest w swoich
opisach mocno lukrowana, oraz że należałoby dać wreszcie odpowiedź
na pytanie o zawartość katechezy w katechezie.
Wygasły już gorące dyskusje związane z wejściem religii do szkół.
Śmieszne wydają się wygłaszane przed laty proroctwa o nietolerancji,
wręcz krwawych prześladowaniach. Pospolite ruszenie katechetów,
które trafiło w 1990 roku do szkół, zostało mocno przeczyszczone,
a ci, co zostali, zdobyli odpowiednie kwalifikacje. Żaden z uczniów
nie pamięta już, że kiedyś chodziło się do salek przy kościele.
Dla młodzieży katecheza i stanowi normalny element edukacyjnego
krajobrazu. Zawrót głowy od sukcesów potęgują statystyki. Dla wielu
szkół będzie to 100% uczniów deklarujących chęć uczęszczania na
religię. Średnia wielu diecezji oscyluje wokół 99%. (Gorzej jest
w dużych miastach, ale to nadal są bardzo dobre wyniki). Dodatkowym
źródłem optymizmu ludzi Kościoła może być fakt, że dzięki katechezie
w szkole dzieci mają więcej godzin religii, nauka zaczyna się od
1 września, a lekcje trwają od dzwonka do dzwonka. W salkach katechetycznych
bywało z tym różnie.
Czy godzi się zatem czepiać tego pięknego, sielskiego obrazu? Godzi
się, a nawet trzeba się czepiać, a zachętą niech stanie się powieść
Jana Grzegorczyka Adieu. Przypadki księdza Grosera.
Pojawienie się tej książki wywołało falę komentarzy, zachwytów
i krytyk. Mnie jako księdzu jest ona bliska, gdyż czytam w niej
o sobie - o wzlotach i upadkach. Bez lukru i bez złośliwości. Myślę,
że warto na kanwie tej powieści zastanowić się nad kondycją szkolnej
katechezy w Polsce. Wątek ten pojawia się w książce, kiedy ks. Groser
przychodzi do nowej parafii. Ma być w niej rezydentem, obowiązki
katechety sprawuje tu młody ksiądz Leszek Grajek. Jednak później
w katechezę włączy się również Groser. Ich perypetie, a jednocześnie
ich "filozofia" katechezy będzie ilustracją moich rozważań.
Chciałbym zaproponować pewną typologię szkolnej katechezy. Można
ją zatytułować: Drogi i bezdroża szkolnej katechezy. Zarówno na
drogach, jak i na bezdrożach wystąpią trzy ścieżki. Zacznijmy zatem
od bezdroży. Pierwsza ścieżka (raczej bezdroże) i pierwszy typ to
katecheza jako walka. Wyobraźmy sobie, że jest 1 września
i katecheta przekracza próg szkoły. Spotyka się z uczniami i próbuje
ich poznać. Może to zrobić na dwa sposoby: wziąć do ręki socjologiczne
opracowania dotyczące młodzieży, ich świata wartości, religijności
i moralności, po prostu z nimi być. W jednym i drugim przypadku
włos może mu się zjeżyć na głowie: poprzestawiany świat wartości,
wybiórczość w uznawaniu prawd wiary, lekkie traktowanie religijnych
praktyk, negacja zasad moralnych. Dodajmy do tego niepoważne traktowanie
przedmiotu, który nie wpływa na promocję ani na średnią ocen. Co
wtedy robi katecheta? Wrząc Bożym gniewem, rusza na krucjatę. Wydaje
wojnę uczniowskim poglądom i zachowaniom, próbuje ich wychować.
Najlepiej szybko i na siłę. Czasami wyrazi się to we wrzasku: "jesteście
bandą łobuzów... idiotów... heretyków.... dzieciobójców...".
Bywa, że katecheta sięga po restrykcje (jedynki, prace domowe, skargi
składane wychowawcy, rodzicom i dyrektorowi, niekiedy nawet przemoc).
Czasem to może być także intelektualne zmiażdżenie ucznia. Ksiądz
Tischner wspominał, jak u początków swojego duszpasterstwa zmiażdżył
studentów konferencją na temat bodajże etyki seksualnej. Jedna z
osób, stojąca z tyłu kościoła, wyszła i... już więcej tu nie wróciła.
To wydarzenie dobrze ilustruje, jakie są skutki katechezy jako walki.
Na katechezie księdza Grosera
powstało jakiś zamieszanie. Spojrzenia wszystkich powędrowały
do ostatniej ławki. Siedział w niej chłopak z miną wodza indiańskiego.
Z uszu zwisały mu nadmuchane prezerwatywy pomalowane we wzorki
pisakami. Wacław (...) odczekał, aż przycichną śmiechy, i spokojnie
zwrócił się do dowcipnisia. - Ładnie, ale mamusia cię nie nauczyła,
gdzie się to zakłada? - Dzika salwa śmiechu uderzyła w Indianina
(s. 141-142).
Wielu pogratulowałoby sobie takiej odzywki. Ona byłaby nawet do
przyjęcia, gdyby adresat odebrał ją jako żart i umiał roześmiać
się z samego siebie. W tej sytuacji jednak Groser "zdał sobie
sprawę, że tym jednym zdaniem przegrał. (...) [Indianin] zgarnął
plecaczek i demonstracyjnie wyszedł z klasy" (s. 142).
Owocem katechezy jako walki jest zerwanie więzi. Katecheta może
wywalczyć spokój na lekcji, może nawet uzyskać potoki pięknie brzmiących
prawd płynących z ust uczniów (,,a niech tam, niech usłyszy, co
chce, będę miał święty spokój") i otrzymać nagrodę dyrektora
i pochwałę proboszcza. Ale on przecież powinien być specjalistą
od budowania więzi (religio), a tej nie zbuduje się za pomocą walki.
W walce można przeciwnika pokonać, ale nigdy nawrócić.
Warto tu dodać, że również uczniowie sięgają po swoją broń. Spóźnianie
się, spadanie z krzeseł, pytania nie na temat, ciągły kaszel. Albo
środki dużo bardziej drastyczne: bierny opór, otwarty bunt, pyskówki,
wyzwiska, przemoc... Katecheta wcale nie musi tej wojny ,,wygrać"
- wchodzi wtedy na dwie inne ścieżki: golgoty lub zawieszenia broni
(to znaczy: zgniłego kompromisu).
Katecheza jako golgota to sytuacja, w której katecheta się
poddał. Wyrwano mu ster z ręki, nie panuje nad klasą, nie ma możliwości
zrobienia czegokolwiek. Mała grupa uczniów, a nawet jakaś silna
osobowość w pojedynkę może pokrzyżować wszelkie jego plany i zamiary
- kompletnie rozwalić lekcję. Katecheta czuje wtedy bezradność,
swą małą wartość, boi się iść na lekcje, ma poczucie klęski. Jeśli
potrafi tę sytuację przeżyć z wiarą i ofiarować za uczniów swój
krzyż - jest w tym jakaś nadprzyrodzona wartość. Częściej jednak
spotkać można poczucie bezsensu. Wkrada się myślenie, że ,,wszystkie
moje wysiłki są zmarnowane", ,,dlaczego mam się wysilać? W
imię czego mam się angażować, przygotowywać do zajęć? Dla kogo?!".
Golgota to przypadek księdza Leszka i jego 3f:
To nie jest zwykły stres. Ja się po prostu panicznie boję chodzić
do szkoły. Czuję się jak żołnierz na froncie. Tylko że jestem
sam, a naprzeciw siedzi cała armia. (...) Raz mi przynieśli ,,Fakty
i Mity" i spytali, czy chcę sobie poczytać. Nie wiem, jak
reagować w takich sytuacjach. Co bym nie zrobił, to czuję, że
oni się ze mnie śmieją. (...) Ja już więcej tam nie pójdę. Czego
ja ich mogę nauczyć? Przecież oni się z nas śmieją. Śmieją się
ze wszystkiego. Mają w dupie nas i to, co mówimy (s. 98-99).
Od paru tygodni Leszek chodził do szkoły tylko z jedną myślą:
przeżyć 3f. (...) Wszędzie dawał sobie jakoś radę, tylko ta jedna
przeklęta klasa była jak góra, która mu wszystko przesłania i
na którą nie potrafi się wspiąć. Przynajmniej bez szklaneczki
whisky. Sam zdawał sobie sprawę z faktu, że popada w obsesję.
Ale co z tego, że zdawał sobie sprawę? Obsesja od tej świadomości
nie znikała (s. 113).
I szczyt golgoty:
Próbował zachować opanowanie, uśmiechniętą twarz. Ktoś trącił
go prowokacyjnie. Nie zwrócił uwagi, przeszli. Za chwilę dobiegł
go krzyk, wynaturzony, z ust przykrytych ręką, chrypiący (...).
Odwrócił się instynktownie. Salwa śmiechu. (...) Zobaczył tylko
anonimowy tłum rozbawionych uczniów. Grupa prowokatorów skryła
się za rogiem korytarza. Tłumiąc strach, odwrócił się. (...) Przed
oczami wirowały mu czarne płaty. Ledwo dotarł do plebanii (s.
113).
Innym bezdrożem jest katecheza jako zawieszenie broni: ,,Wy
żyjcie ze mną w zgodzie, a ja będę żył z wami w zgodzie. Ja będę
udawał, że was uczę, a wy będziecie udawać, że się uczycie. Ja poczytam
gazetę, a wy poodrabiajcie sobie lekcje. Piętnaście minut dla mnie,
reszta dla was".
Nie potępiam tych katechetów; wątpię, by te postawy wynikały z
wyrachowania czy cynizmu. Chodzi tu o prostą sprawę - walka wyczerpuje,
a cierpieć nikt nie chce. Jeśli zatem nie krucjata i nie golgota,
to pozostaje zgniły kompromis. Katecheta ma wtedy trochę wytchnienia
- nikt na przykład nie opluje mu pleców na korytarzu. Pozostaje
jednak sumienie, które wyrzuca, że coś się sprzedało, że coś jest
nie tak. Bywa więc, że katecheta znowu rusza na wojnę, bywa, że
znowu idzie na krzyż...
Raz jeszcze oddajmy głos księdzu Leszkowi:
Marcin zapytał mnie, czy wiem, jak poznać kleryków z Poznania.
Wzruszyłem ramionami. ,,Nie" - odparłem, choć wiedziałem,
że to podpucha. ,,Po tym, że sutannę mają zapinaną z tyłu".
Zaśmiałem się. Chciałem pokazać, że jestem z nimi. W nagrodę opowiedzieli
mi kolejne dwa dowcipy. I poczułem wtedy momentalnie obrzydzenie
do siebie. Jakbym się zaparł czegoś, ale nie wiem czego. Czułem
się jak zdrajca... (s. 108).
Te trzy ścieżki - walkę, golgotę i zawieszenie broni - zaliczam
do bezdroży, gdyż mimo iż są często uczęszczane, do niczego nie
prowadzą.
Jakie są zatem drogi katechezy? Pierwsza z nich to katecheza
jako spotkanie. Nie przymykając oczu na grzechy młodych, katecheta
chce z nimi nawiązać dialog, jakąś nić porozumienia. Jeśli ma to
być coś więcej niż socjotechniczna sztuczka, wymaga to od niego
zaangażowania, otwartości, życzliwości, dobrze rozumianej tolerancji
i cierpliwości. Spotkanie wymaga obecności dwóch stron. Podobne
predyspozycje, przynajmniej w zalążku, powinny istnieć i w klasie.
Życie podpowiada, że to trudne, ale jednak możliwe - nawet w 3f.
Cała sprawa polega na tym, że spotkanie z
uczniem może nastąpić jedynie w tym punkcie, w którym ten uczeń
właśnie się znajduje. To jest to, czym on żyje, co obejrzał
wczoraj w telewizji, to jego muzyka i książki. Chciałoby się może
zacząć od obłoków i od Pana Boga, a trzeba często zejść do rynsztoku.
Schodzimy tam nie dlatego, że jest ładnie, ale dlatego, że tam jest
nasz uczeń, którego chcemy stamtąd wyprowadzić. Stąd zabiegi Grosera,
żeby wyjść naprzeciw zainteresowaniom uczniów, odpowiadać na ich
prowokacyjne pytania. To dlatego zaprosił perkusistę ,,Skaldów"
Jana Budziaszka i planował zapraszać innych, którzy mogliby mu pomóc
nawiązać kontakt z młodzieżą. To w czasie lekcji z nawróconym perkusistą
wydarza się coś ważnego: "A co z narkotykami? Artyści mówią,
że dzięki nim docierają do swego wnętrza - spytał Darek, który do
tej pory nigdy się nie odzywał" (s. 217; zaznaczenie
zpm). To odezwanie się (po raz pierwszy!) jest może najlepszą ilustracją
tego, o co chodzi w katechezie jako spotkaniu. Ten sam Darek przyznaje
się pod koniec książki do swojej niewiary, wyznaje swoje nawrócenie
i... pragnienie wstąpienia do seminarium. Czy nie warto było zejść
do rynsztoku?
Trzeba jednak zaznaczyć, że katecheza jako spotkanie to sztuka.
Łatwo ją pomylić z kompromisem, łatwo stracić cierpliwość. Trzeba
dużo pracy i szczególnych zdolności. Nić porozumienia z uczniami
jest bardzo cienka. Nietrudno związać ich ze sobą, zasłonić sobą
Pana Boga. Nie myli się jednak tylko ten, kto nic nie robi.
Można powiedzieć, że tak rozumiane spotkanie w sposób naturalny
zmierza do katechezy jako ewangelizacji, której fundamentem
ma być więź, jaka powinna łączyć katechizowanego z Jezusem. Katecheza
jest dla wierzących, dla tych, którzy wyznali, że Jezus jest Panem.
Bez tego katechetyczne wysiłki na nic się zdają.
Katecheci, widząc wśród uczniów praktyczne pogaństwo, rezygnują
z pewnych tematów albo w ogóle odkładają podręcznik - zaczynają
mówić o sprawach podstawowych, głosić kerygmat. Z jakim skutkiem?
Najczęściej bardzo skromnym, ale czy mają inne wyjście? Ten typ
katechezy stanowi krok w stronę Pana Boga, ale nie jest to jeszcze
właściwa katecheza.
Przejdźmy zatem do katechezy jako katechezy. Nie jest to
wcale masło maślane. Katecheza w sensie teologicznym to systematyczne
wprowadzenie człowieka w całość prawd wiary, liturgii, modlitwy,
to poznanie zasad moralności i życia wspólnotowego oraz budowanie
postawy świadka. Pozostaje tylko zapytać, ile jest tej katechezy
w katechezie szkolnej?
Przy omawianiu katechezy jako ewangelizacji i katechezy jako katechezy
nie było żadnego cytatu z Adieu. Powód jest prosty - nie
ma tam takich katechez. Pytanie o zawartość cukru w cukrze, o kształt
polskiej katechezy, pozostaje otwarte.
Próbę odpowiedzi przynosi sondaż przeprowadzony przeze mnie wśród
171 katechetów gimnazjum. Rok temu, w trakcie warsztatów metodycznych
zorganizowanych w pewnej diecezji (brali w nich udział niemal wszyscy
katecheci gimnazjalni z tej diecezji - zarówno księża, jak i świeccy),
przedstawiłem omówioną powyżej typologię katechezy, a następnie
poprosiłem uczestników, żeby spróbowali odnaleźć w niej swoje własne
doświadczenia katechetyczne. Każdy z nich miał w dowolny sposób
rozdzielić 10 punktów (symbolizujących całość jego doświadczeń katechetycznych)
pomiędzy sześć typów katechezy: walkę, golgotę, zawieszenie broni,
spotkanie, ewangelizację i właściwą katechezę.
Najwięcej punktów uzyskały: katecheza jako spotkanie (24,27%),
jako ewangelizacja (24,04%) i jako katecheza (21,75%). ,,Bezdroża"
pozostały daleko w tyle: katecheza jako walka (13,10%), zawieszenie
broni (9,82%) i golgota (7,02%).
Sumując wyniki ,,dróg szkolnej katechezy" (70,06%), można
by powiedzieć, że nie jest źle. Do tej pory jednak mam przed oczami
kartkę, na której punkty podzielone były równo pomiędzy walkę i
golgotę. Trudno się cieszyć, mając świadomość ludzkich dramatów.
Spróbowałem na ową sondę spojrzeć także nieco inaczej. Ilu jest
katechetów, którzy w ogóle nie doświadczają katechezy jako katechezy
(tacy stosowną rubrykę pozostawili pustą!)? 19,88%. A ilu takich,
którzy jeśli nawet ją mają, to w stopniu minimalnym (ci w odpowiednią
rubrykę wpisali 0 albo 1)? 42,53%. Zaledwie 14,04% katechetów w
rubryce ,,katecheza jako katecheza" wpisało 5 lub więcej punktów.
U 49,12% ankietowanych znalazłem przynajmniej 1 punkt w rubryce
,,katecheza jako golgota" - to znaczy, że tylu (w mniejszym
lub większym stopniu) doświadcza na swoich lekcjach owej ,,drogi
przez mękę". Natomiast aż 64,91% wpisało co najmniej 1 punkt
w rubrykę ,,katecheza jako walka".
Najpierw uwaga dotycząca rzetelności uzyskanych wyników. Sonda
była anonimowa, jednak nie sposób wykluczyć, że jakaś część katechetów
mogła nieco podkoloryzować swoje osiągnięcia. Sytuacja może być
zatem nieco gorsza.
Analizując liczby, można powiedzieć, że ponad połowa katechetów
przeżywa na niektórych swoich lekcjach walkę i porażki. Mam wrażenie,
że Bardzo poważna część sił katechety idzie
na utrzymanie spokoju (przetrwanie do dzwonka) ze szkodą dla samej
lekcji. Trudno powiedzieć, jak bardzo stres związany z pewnymi
klasami czy uczniami wpływa na całość pracy. Może to mieć tak drastyczny
przebieg jak w przypadku księdza Leszka: "Niekiedy rano przed
szkołą szklaneczka [whisky] na odwagę, wieczorem na odprężenie"
(s. 97). Na końcu była próba samobójcza. Wielu katechetów wypala
się zawodowo w mniej spektakularny sposób: odchodzi na urlopy zdrowotne
czy mając dość ciągłego stresu, porzuca ten zawód. Żal, że są wśród
nich naprawdę dobrzy katecheci.
Wśród katechetów panuje przerażająca bezradność, jeśli chodzi o
problem dyscypliny. Składają się na to: słabość psychiki, brak odpowiedniego
przygotowania w ramach studiów, ale też brak odpowiednich instrumentów
prawnych. Oto przykład zaczerpnięty z Adieu.
Na lekcji u Grosera skoczyły do siebie dwie dziewczyny:
- A może powiesz, po co ty tu przyłazisz, skoro tak nienawidzisz
Kościoła? - wobec milczenia księdza Joanna wzięła na siebie ciężar
obrony.
- Bo mam takie prawo... Bo mój ojciec płaci podatki, które idą
na pensje dla katechetów...
Przeciwniczka Joanny miała rację. Można być niewierzącym, można
być praktykującym satanistą, można przychodzić na religię tylko
po to, żeby dokuczyć katechecie i... ma się do tego pełne prawo.
Katecheta nie może nikogo wywalić na korytarz (zabrania mu tego
prawo), nie może zostawić na drugi rok, czasem nie może nawet obniżyć
oceny (bo ocenia się wiadomości, a te mogą być opanowane w stopniu
znakomitym), nie może nikogo skreślić z listy uczniów. Dzieje się
tak dlatego, że stosowne rozwiązania prawne, przyjęte przez Episkopat
i MENiS, mówią wyraźnie, iż o udziale w katechezie decydują rodzice
lub sam uczeń.
Można powiedzieć (sformułujmy to radykalnie, by usłyszało więcej
osób!), że polska katecheza w szkole jest nieewangeliczna i nieeklezjalna.
Pan Jezus mówi do wszystkich: idź za mną, ale każe także brać swój
krzyż - przyjąć wymagania, zasady, pewien porządek. Tradycja Kościoła,
zwłaszcza złoty czas katechumenatu rzymskiego pokazuje, jak bez
pardonu odmawiano rozpoczęcia katechezy (a co dopiero mówić o chrzcie)
tym, którzy nie przeżyli swojego nawrócenia, nie zmienili życia,
nie porzucili pewnych zawodów. Zaiste, Hipolit Rzymski1,
patrząc na to, co się dzieje w naszych szkołach, przewraca się w
grobie.
Druga sprawa dotyczy nadmiernego, moim zdaniem, optymizmu. Mam
w ręku dwa podręczniki do nowego liceum. Przygotowane przez różne
ośrodki noszą tytuły: Jestem świadkiem Chrystusa w Kościele
oraz Świadek Chrystusa w Kościele. Zbieżność tytułów nie
zaskakuje, jeśli się wie, że oba podręczniki są oparte na wspólnej
podstawie programowej. Świadectwo jest bowiem ukoronowaniem pewnego
rozwoju dokonującego się przez etapy edukacyjne klas I-III, IV-VI
i gimnazjum. Jest to logiczne, ale przy założeniu bezproblemowego
procesu katechizowania. Wydaje się jednak, że często gdzieś w gimnazjum
przychodzi załamanie. Z doświadczeń wielu katechetów, z którymi
rozmawiałem, wynika, że bardzo trudne jest podejmowanie w liceum
tematyki świadectwa. Po prostu coraz większej grupie uczniów w liceum
potrzebna jest ewangelizacja. W tym kontekście katecheza świadka
Chrystusa wydaje mi się pomyślana trochę na wyrost. Osobiście skłaniałbym
się nawet do wniosku, że polska szkoła to teren misyjny.
Nie muszę dodawać, że jestem zwolennikiem katechezy w szkole. To
wielka szansa, zadanie dane nam od Boga. Potrzebne jest jednak trzeźwiejsze
spojrzenie na jej rzeczywistość, żeby znaleźć bardziej właściwe
jej formy.
KS. ZBIGNIEW PAWEŁ MACIEJEWSKI, prezbiter od 1990 r., wikariusz
parafii Matki Bożej Królowej Polski w Mławie. Publikuje pomoce dla
katechetów, prowadzi warsztaty metodyczne.
---------------------------------------------------------------------------------------
Przypisy:
1.W starożytności samo dopuszczenie do katechumenatu
(czyli przyjęcie na katechezę) już oznaczało dokonanie selekcji
spośród kandydatów. Por. Hipolit Rzymski. Tradycja Apostolska,
w: Antologia literatury patrystycznej, tom 1, red. M. Michalski,
Warszawa 1975, s. 309.
POCZĄTEK
STRONY
|