Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

WRZESIEŃ 2003 NUMER 580



Miesięcznik Znak, nr 578

Czy będziemy żyć wiecznie...

 


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

 

 



 

       Postępy atawizmu
Polemika z C. Christopherem Hookiem
, 

 

January Weiner

 

Niezbędne wydaje się "ulepszenie człowieka" - ale nie poprzez zwiększanie wydolności mięśni, genitaliów czy nawet mózgu, jak tego atawistycznie pragnie, ale przez samoograniczenie - doskonalenie duchowe, a nie materialne. Od tego zależy, czy przedwcześnie nie podzielimy losu dinozaurów

1. C. Christopher Hook obawia się, że najnowsze postępy techniki rozbudzają nadzieję nie tylko na przywracanie normy (zdrowia), ale na jej przekraczanie - dowolne ulepszanie człowieka, fizyczne i psychiczne. Ta utopia, jego zdaniem, wynika ze złudzeń modernizmu (ubóstwienie nauki) i postmodernizmu, który zrelatywizował wszelkie wartości, ogłaszając nadejście epoki "po-ludzkiej", postulując m.in. odrzucenie "imago Dei", szczególnej wartości, danej nam wraz z człowieczeństwem, i pełną swobodę w jego dowolnym przekształcaniu. Tezę tę Hook ilustruje cytatami napuszonego postmodernistycznego bełkotu oraz fantazjami z kategorii science fiction (widać przy tym, że dla obu tych gatunków literackich wspólne jest mieszanie pojęć czerpanych dowolnie ze słownika nauk ścisłych i przyrodniczych, co, niestety, chwilami udziela się również autorowi). Zdaniem Hooka zauroczenie technologią jest tym bardziej niebezpieczne, że jej obecny rozwój wydaje się bliski wyzwolenia nieobliczalnych sił, które - w rękach garstki szaleńców lub gdy samoczynnie wymkną się spod kontroli - mogą spowodować zagładę ludzkości. A zatem techniczne doskonalenie człowieka jest niebezpieczną mrzonką, zwłaszcza że natury ludzkiej przekroczyć nie można. Doskonalenie rodzaju ludzkiego - pisze Hook - tak, ale duchowe, zgodne z nauką Chrystusa.

2. Nie wiem, jaki zasięg oddziaływania społecznego mają owi modernistyczni i postmodernistyczni myśliciele, naiwni entuzjaści "cybernetyki i nanotechnologii" (słowa-zaklęcia, które mają chyba oznaczać rozwój wszelkich nowoczesnych technologii), których Hook cytuje z dezaprobatą. Ja też bym wolał, żeby ich wpływ nie był duży. Z drugiej strony, trudno nie zauważyć, że współczesna cywilizacja rzeczywiście we wzmożonym tempie generuje dylematy etyczne, do których rozwiązywania nie jesteśmy gotowi. Jednak, kiedy wyłuskać istotę rzeczy ze skorupy niezrozumiałej techniczno-biologicznej terminologii, okaże się, że chodzi o wciąż ten sam problem nurtujący ludzkość od czasu, gdy człowiek przestał być małpą (kto chce, może się spierać, czy było to w Raju czy w Afryce, czy w chwili zerwania fatalnego jabłka, czy wtedy, gdy odpowiednio duży mózg umożliwił rozwój mowy). Od tego czasu ten sam wątek przewija się w teologii, literaturze, filozofii i sztuce: co człowiek mógłby, a co powinien zrobić z życiem swoim i innych ludzi? Jak uzasadnić etykę, gdzie zakotwiczyć system wartości? Bez ustalenia imponderabiliów nie ma odpowiedzi na pytania szczegółowe, jak choćby to, czy wolno, i czy warto, majsterkować przy "naturze ludzkiej" (cokolwiek to oznacza).

3. Chociaż dylematy techno-bio-etyczne dotyczą wszystkich ludzi, to przecież nie wszyscy mogą pomóc w ich rozwiązaniu. Przyrodnicy i technicy nie mają akurat wiele do powiedzenia na temat imponderabiliów - to domena humanistów, także artystów. Wprawdzie każdemu wolno mieć własne zdanie, ale - pilnuj, szewcze, kopyta! Skoro jednak nową podnietę do stawiania tych samych pytań dał rozwój nauk przyrodniczych i ich zastosowań, to może przyrodnik przyda się do uściślenia pewnych pojęć i uporządkowania faktów, nie próbując nawiązać do wszystkich wątków poruszonych przez Hooka.

4. Co to znaczy: "ulepszyć człowieka", co: "ulepszyć nasz gatunek", a co: "ulepszyć ludzkość"? U Hooka nie ma tu konsekwentnego rozróżnienia. Co to jest "natura ludzka" i jakim podlega ograniczeniom, które ewentualnie można by przekroczyć? Wszystkim tym pojęciom można przypisywać różne znaczenia albo w ogóle nie troszczyć się o precyzyjne delimitacje. Niewątpliwie jednak zarówno Hook, jak i inni autorzy zajmujący się tym tematem przynajmniej częściowo odnoszą się do biologicznej natury człowieka, a tu ścisłe rozróżnienia są nie tylko możliwe, ale konieczne.

5. Współczesny postęp nauki, techniki i medycyny, w tym najbardziej bulwersujące osiągnięcia medycyny, genetyki i embriologii, dotyczą manipulacji dokonywanych na indywiduach. Od okularów poprzez sztuczne zęby, sztuczne stawy i sztuczne serca, sztuczne hormony aż po hipotetyczne sztuczne przedłużenie życia czy usprawnienie mózgu zawsze chodzi o konkretne osoby, którym to czy owo się zainstaluje, przyprawi, wstrzyknie lub przyczepi. Zapłodnienie in vitro, klonowanie, a nawet genetyczne manipulacje (już możliwe lub możliwe w przyszłości) polegające na naprawie uszkodzonych (czy też niezadowalających) genów to zawsze operacje na pojedynczych osobnikach, na każdym z nich osobno. Dokonane zmiany same się dalej nie propagują.

Nie jest to nic nowego. Na tym od zarania dziejów polega medycyna. Tylko najprostsze z tych zabiegów naprawczych mają zasięg tak duży, że możemy mówić o ich znaczeniu ogólnoludzkim. Najnowsze i najbardziej zaawansowane zdobycze medycyny, protetyki czy inżynierii genetycznej mają zasięg ograniczony i mogą dotyczyć zaledwie garstki przedstawicieli wielomiliardowej populacji naszego gatunku. Tak było zawsze, tylko dziś - na skutek tego, iż postęp nauki coraz bardziej wyprzedza postęp społeczny, zaś tempo globalnego przekazywania informacji osiągnęło już bodaj maksimum, dylematy etyczne stały się boleśniejsze niż kiedykolwiek. Sytuacja lekarza zmuszonego odmówić pomocy większości potrzebujących (bo pomoc, choć możliwa, jest dla nich niedostępna), okazuje się trudniejsza od sytuacji lekarza, który w ogóle jest bezsilny wobec choroby. Ma rację Hook, ostrzegając, że przyspieszony postęp w warunkach globalizacji prowadzi do coraz większych nierówności między ludźmi. Ale pamiętać trzeba, że jednak niektóre wynalazki, zwłaszcza techniczne, szeroko się upowszechniają - począwszy od wynalazku ognia, koła, rolnictwa, po dżinsy i słuchanie muzyki hip-hop (czy jak jej tam) za pośrednictwem satelitów (jednakowo dostępnych we wszystkich bodaj kulturach i na każdym poziomie zamożności lokalnych społeczeństw).

Jeżeli chodzi o naprawy organizmu, sprawa jest banalna. Ciekawsze jest przyjrzenie się manipulacjom polegającym na poprawieniu organizmu tak, by jego wydolność przekroczyła wrodzone możliwości, aby wyszła poza przeciętność w danej populacji. To też wynalazek nienowy. Czymże innym jest znane od najdawniejszych czasów poszukiwanie afrodyzjaków? Czymże innym zniekształcanie stóp u Japonek czy deformowanie czaszki u starożytnych Inków? A choćby tatuaż, nacinanie skóry, wpinanie kolczyków, farbowanie włosów czy wreszcie ekstrawagancje mody? A "body building", anaboliki i doping w sporcie? Pomysłowość wydaje się niewyczerpana, ale - i to jest właśnie najciekawsze - wszystkie te zabiegi, jak się zdaje, są demonstracją najbardziej prymitywnych, atawistycznych cech natury ludzkiej, przede wszystkim popędu płciowego i jego korelatów: potrzeby rywalizacji i dominacji. Motywy te początkowo przesłaniają nawet lęk przed starością i śmiercią (szaleńcza jazda samochodem to też proteza bardziej naturalnych zachowań związanych z rozrodem), które ujawniają się w późniejszej fazie życia jako dominujący motyw poszukiwania sztucznych sposobów poprawienia organizmu.
Wszystkie te zabiegi napotkać muszą na fizjologiczną barierę. Wiedzą o tym dobrze lekarze sportowi, na co dzień walczący z kontuzjami u zawodników. Organizm ludzki, jak każdy inny, ukształtowany jest przez dobór naturalny w sposób bezwzględnie ekonomiczny. Tak jak w znanej anegdocie o Henrym Fordzie, który miał zlecić zbadanie na złomowiskach, które części jego samochodów są wciąż w dobrym stanie, po czym nakazał zmienić technologię tak, aby szybciej się zużywały, ale były za to tańsze. Dobór naturalny postępuje identycznie (jest to tzw. zasada symmorfozy). Dlatego na dłuższą metę niemożliwe jest zwiększanie wydolności poszczególnych czynności czy narządów bez "przeprojektowania" całego organizmu.
Niestety, dotyczy to również długości naszego życia. Ciało mamy śmiertelne, co jest bezpośrednim skutkiem tego, że mamy również płeć. Organizmy rozmnażające się bezpłciowo, przez podział, są potencjalnie nieśmiertelne (ale gdybyśmy byli myślącym pantofelkiem - powiedzmy paramecium sapiens - to pewnie nurtował by nas dojmujący problem osobistej tożsamości przy permanentnie rozdwajanej jaźni). Strategia rozrodu płciowego polega na tym, że "wieczne" życie mają tylko komórki linii rozrodczej (i to tylko te, które szczęśliwie połączą się z komórkami odmiennej płci i dadzą początek następnym pokoleniom). Reszta ciała - soma - chociaż obdarzona autonomią na czas rozwoju i rozrodu, po wydaniu potomstwa przestaje być dostrzegana przez dobór naturalny. Nasz gatunek ze względu na wielkość ciała i inne szczególne cechy strategii życiowej potrzebuje bardzo dużo czasu, aby doprowadzić swoje potomstwo do gotowości wyprodukowania kolejnego pokolenia (być może potrzebne jest nawet wspomaganie wczesnych faz rozwojowych trzeciego pokolenia - wnuków), dlatego dobór zadbał o zachowanie sprawności organizmu (zwłaszcza osobników płci żeńskiej) jeszcze przez jakiś czas po zakończeniu fazy rozrodu. Ale nie w nieskończoność. Z punktu widzenia biologicznego starość i śmierć nie są odchyleniem od normy, nie okazują się patologią taką jak choroba spowodowana infekcją lub uszkodzeniem ciała. Są nawet gatunki wyposażone w mechanizm szybkiego zabijania jednego lub obojga rodziców zaraz po wydaniu potomstwa, ponieważ to zwiększa szansę przetrwania genów w następnym pokoleniu. Nasz problem polega na tym, że kora mózgowa jest częścią somy, a nie potencjalnie nieśmiertelnej linii genetycznej i z tą właśnie somą utożsamiamy swoją osobę. To, że nasze geny trwają w osobnikach następnych pokoleń, jest zatem niewielką pociechą. Medycyna, a właściwie już sam wzrost komfortu dzięki postępowi cywilizacji spowodowały, że przeciętna długość życia ludzkiego wzrosła. Polega to głównie na wyeliminowaniu dużej śmiertelności osobników we wczesnych fazach życia, co radykalnie wpłynęło na średnią populacyjną. Ale jeżeli chodzi o maksymalną fizjologiczną długość życia, to ta zapewne nie może się wiele zmienić, bo organizm jest "zaprogramowany" przez dobór tylko na tyle lat, ile wynika z optymalnego funkcjonowania rodziny u społecznego gatunku ssaka o danej wielkości ciała i takich, a nie innych, pozostałych przystosowaniach fizjologicznych.

6. "Przeprogramowywanie" gatunków to ewolucja. Czy zatem można mówić o tym, co Hook nazywa "sterowaniem własną ewolucją"? Ewolucja nie dotyczy osobników, tylko puli genowej całej populacji i jedynie cech dziedzicznych (zapisanych w komórkach linii genetycznej), a nie nabytych w ciągu życia nawet tak wyrafinowanych protez jak zmieniony dzięki biologii molekularnej genom osobnika. Manipulacja na materiale genetycznym komórek linii rozrodczej jest teoretycznie możliwa; za jej sprawą sztuczne ulepszenia mogłyby propagować się dalej same. Jednak sterowanie ewolucją wymaga działań na skalę masową, bo ewolucja to zmiana częstości genów w całej populacji.

Człowiek stosujący dobór sztuczny w populacjach hodowanych przez siebie roślin i zwierząt od dawna kieruje ich ewolucją, korzystając jedynie z naturalnej zmienności organizmów. Włączenie do tego procederu zabiegów inżynierii genetycznej przyspiesza ten proces i w radykalny sposób zwiększa możliwy zakres zmienności (wprowadzanie genów obcych dla gatunku), ale istota rzeczy pozostaje ta sama. Rodzi się więc pytanie, czy człowiek mógłby poddać doborowi sztucznemu (wspomaganemu inżynierią genetyczną) swój własny gatunek? Być może na małą skalę, chwilowo i lokalnie. W końcu czymże innym, jak nie sztucznym doborem są obyczaje kastowe czy apartheid w niektórych społeczeństwach. Podobnie eugenika (eliminowanie niepożądanych cech dziedzicznych z puli genowej) miała być próbą zastosowania doboru sztucznego w populacji ludzkiej. Jednak historia uczy, że wszystkie takie próby sztucznego ograniczania przepływu genów u naszego gatunku zawsze zawodzą, co zresztą przewidują też matematyczne modele genetyki populacyjnej. Nie sądzę, żeby ewentualne wspomaganie doboru sztucznego inżynierią genetyczną miało to zmienić, dlatego nie wierzę w możliwość sztucznego "ulepszania" naszego gatunku przez sterowanie jego ewolucją.

7. Zupełnie bez sensu jest użyte przez Hooka porównanie losu naszego gatunku do losu dinozaurów, które rzekomo władały kiedyś naszą planetą, ale w końcu wymarły, czego może unikniemy, przerabiając się na maszyny. Dinozaury żyły tu sobie miliony lat (warto o tym pamiętać, bo trwanie naszego gatunku póki co liczyć można co najwyżej w setkach tysięcy lat), ewoluowały cały czas, a wymarły na skutek gwałtownych zmian w środowisku całej Ziemi. Notabene, planetą i wtedy, i dziś "władały" raczej bakterie, rośliny i owady.

Biorąc pod uwagę czysto fizyczne i biologiczne warunki przetrwania, liczą się nie abstrakcyjne cechy gatunku, tylko ich dopasowanie do warunków środowiska. Zwykle dobór naturalny powoli dopasowuje cechy gatunków do sukcesywnie zmieniających się warunków. Ewolucja człowieka poszła w odwrotnym kierunku: od samego początku istnienia naszego gatunku przystosowanie do środowiska polega nie na mozolnym przekształcaniu puli genowej przez dobór naturalny, lecz na sztucznym manipulowaniu środowiskiem, tak by dopasować warunki do wrodzonych cech naszego organizmu, które od dawna już nie ulegają zmianom. Naturalnym środowiskiem gatunku Homo sapiens jest stworzona przez niego samego cywilizacja (bez tego zasięg naszego gatunku ograniczałby się do niewielkich obszarów tropikalnych, a cała nasza populacja liczyłaby pewnie paręset tysięcy - może parę milionów, a nie sześć miliardów osobników). Zaczęło się od opanowania ognia; dzięki niemu, a potem dzięki rolnictwu radykalnie zwiększyła się pojemność siedliska dla naszej populacji. Człowiek jest jedynym gatunkiem, którego budżet energetyczny nie ogranicza się do energii pobranej przez własny organizm (w postaci światła - jak u roślin, lub pokarmu - jak u zwierząt), ale korzysta z zewnętrznych źródeł energii (ogień, praca zwierząt, aż po wiatraki i elektrownie jądrowe). Od tych zewnętrznych źródeł energii i od całej kolektywnie tworzonej cywilizacji jesteśmy całkowicie uzależnieni. Nasze biologiczne wyposażenie predestynuje nas do takiego właśnie sposobu życia, cechy ukształtowane kiedyś przez dobór umożliwiły bezprecedensową w skali biosfery ekspansję naszego gatunku. Teraz jednak - jak się zdaje - zbliżamy się do kolejnej bariery, bo już nie ma miejsca na poszerzenie zasięgu naszej cywilizacji. Dlatego rodzi się pilna potrzeba szybkiego i radykalnego "ulepszenia ludzkości" - ale nie o nowe protezy osobnicze tu chodzi ani nie o manipulowanie ewolucją gatunku, tylko o zmianę sposobu użytkowania zasobów w warunkach cywilizacji globalnej. Nie ma tu miejsca na rozwijanie wątku "ekorozwoju" naszej cywilizacji.

Warto jednak podkreślić jeden ważny aspekt. Otóż przy stale zwiększającej się liczebności naszej populacji, przy ograniczonych zasobach, nie wystarczy "ulepszanie ludzkości" przez wprowadzanie coraz to nowych technologii. Niezbędne wydaje się również "ulepszenie człowieka" - ale nie poprzez zwiększanie wydolności mięśni, genitaliów czy nawet mózgu, jak tego atawistycznie pragnie, ale właśnie przez samoograniczenie - doskonalenie duchowe, a nie materialne. Od tego zależy, czy przedwcześnie nie podzielimy losu dinozaurów (a może jeszcze gorszego). Dochodzimy oto do identycznego postulatu jak ten, który sformułował C. Christopher Hook, wychodząc z zupełnie innych przesłanek. Zbieżność przypadkowa?


JANUARY WEINER, ur. 1947, profesor w Instytucie Nauk o Środowisku UJ, członek- korespondent PAU i PAN, autor artykułów naukowych, podręczników, prac popularnych i esejów z zakresu ekologii i biologii ewolucyjnej.

 

 

 

POCZĄTEK STRONY


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez J. Kucharskiego i M. Samka