|
 
Postępy atawizmu
Polemika z C. Christopherem Hookiem,
January
Weiner
Niezbędne
wydaje się "ulepszenie człowieka" - ale nie poprzez zwiększanie
wydolności mięśni, genitaliów czy nawet mózgu, jak tego atawistycznie
pragnie, ale przez samoograniczenie - doskonalenie duchowe, a nie
materialne. Od tego zależy, czy przedwcześnie nie podzielimy losu
dinozaurów
1. C. Christopher Hook obawia się, że najnowsze postępy techniki
rozbudzają nadzieję nie tylko na przywracanie normy (zdrowia), ale
na jej przekraczanie - dowolne ulepszanie człowieka, fizyczne i
psychiczne. Ta utopia, jego zdaniem, wynika ze złudzeń modernizmu
(ubóstwienie nauki) i postmodernizmu, który zrelatywizował wszelkie
wartości, ogłaszając nadejście epoki "po-ludzkiej", postulując
m.in. odrzucenie "imago Dei", szczególnej wartości, danej
nam wraz z człowieczeństwem, i pełną swobodę w jego dowolnym przekształcaniu.
Tezę tę Hook ilustruje cytatami napuszonego postmodernistycznego
bełkotu oraz fantazjami z kategorii science fiction (widać przy
tym, że dla obu tych gatunków literackich wspólne jest mieszanie
pojęć czerpanych dowolnie ze słownika nauk ścisłych i przyrodniczych,
co, niestety, chwilami udziela się również autorowi). Zdaniem Hooka
zauroczenie technologią jest tym bardziej niebezpieczne, że jej
obecny rozwój wydaje się bliski wyzwolenia nieobliczalnych sił,
które - w rękach garstki szaleńców lub gdy samoczynnie wymkną się
spod kontroli - mogą spowodować zagładę ludzkości. A zatem techniczne
doskonalenie człowieka jest niebezpieczną mrzonką, zwłaszcza że
natury ludzkiej przekroczyć nie można. Doskonalenie rodzaju ludzkiego
- pisze Hook - tak, ale duchowe, zgodne z nauką Chrystusa.
2. Nie wiem, jaki zasięg oddziaływania społecznego mają owi modernistyczni
i postmodernistyczni myśliciele, naiwni entuzjaści "cybernetyki
i nanotechnologii" (słowa-zaklęcia, które mają chyba oznaczać
rozwój wszelkich nowoczesnych technologii), których Hook cytuje
z dezaprobatą. Ja też bym wolał, żeby ich wpływ nie był duży. Z
drugiej strony, trudno nie zauważyć, że współczesna cywilizacja
rzeczywiście we wzmożonym tempie generuje dylematy etyczne, do których
rozwiązywania nie jesteśmy gotowi. Jednak, kiedy wyłuskać istotę
rzeczy ze skorupy niezrozumiałej techniczno-biologicznej terminologii,
okaże się, że chodzi o wciąż ten sam problem nurtujący ludzkość
od czasu, gdy człowiek przestał być małpą (kto chce, może się spierać,
czy było to w Raju czy w Afryce, czy w chwili zerwania fatalnego
jabłka, czy wtedy, gdy odpowiednio duży mózg umożliwił rozwój mowy).
Od tego czasu ten sam wątek przewija się w teologii, literaturze,
filozofii i sztuce: co człowiek mógłby, a co powinien zrobić z życiem
swoim i innych ludzi? Jak uzasadnić etykę, gdzie zakotwiczyć system
wartości? Bez ustalenia imponderabiliów nie ma odpowiedzi na pytania
szczegółowe, jak choćby to, czy wolno, i czy warto, majsterkować
przy "naturze ludzkiej" (cokolwiek to oznacza).
3. Chociaż dylematy techno-bio-etyczne dotyczą wszystkich ludzi,
to przecież nie wszyscy mogą pomóc w ich rozwiązaniu. Przyrodnicy
i technicy nie mają akurat wiele do powiedzenia na temat imponderabiliów
- to domena humanistów, także artystów. Wprawdzie każdemu wolno
mieć własne zdanie, ale - pilnuj, szewcze, kopyta! Skoro jednak
nową podnietę do stawiania tych samych pytań dał rozwój nauk przyrodniczych
i ich zastosowań, to może przyrodnik przyda się do uściślenia pewnych
pojęć i uporządkowania faktów, nie próbując nawiązać do wszystkich
wątków poruszonych przez Hooka.
4. Co to znaczy: "ulepszyć człowieka", co: "ulepszyć
nasz gatunek", a co: "ulepszyć ludzkość"? U Hooka
nie ma tu konsekwentnego rozróżnienia. Co to jest "natura ludzka"
i jakim podlega ograniczeniom, które ewentualnie można by przekroczyć?
Wszystkim tym pojęciom można przypisywać różne znaczenia albo w
ogóle nie troszczyć się o precyzyjne delimitacje. Niewątpliwie jednak
zarówno Hook, jak i inni autorzy zajmujący się tym tematem przynajmniej
częściowo odnoszą się do biologicznej natury człowieka, a tu ścisłe
rozróżnienia są nie tylko możliwe, ale konieczne.
5. Współczesny postęp nauki, techniki i medycyny, w tym najbardziej
bulwersujące osiągnięcia medycyny, genetyki i embriologii, dotyczą
manipulacji dokonywanych na indywiduach. Od okularów poprzez sztuczne
zęby, sztuczne stawy i sztuczne serca, sztuczne hormony aż po hipotetyczne
sztuczne przedłużenie życia czy usprawnienie mózgu zawsze chodzi
o konkretne osoby, którym to czy owo się zainstaluje, przyprawi,
wstrzyknie lub przyczepi. Zapłodnienie in vitro, klonowanie, a nawet
genetyczne manipulacje (już możliwe lub możliwe w przyszłości) polegające
na naprawie uszkodzonych (czy też niezadowalających) genów to zawsze
operacje na pojedynczych osobnikach, na każdym z nich osobno. Dokonane
zmiany same się dalej nie propagują.
Nie jest to nic nowego. Na tym od zarania dziejów polega medycyna.
Tylko najprostsze z tych zabiegów naprawczych mają zasięg tak duży,
że możemy mówić o ich znaczeniu ogólnoludzkim. Najnowsze i najbardziej
zaawansowane zdobycze medycyny, protetyki czy inżynierii genetycznej
mają zasięg ograniczony i mogą dotyczyć zaledwie garstki przedstawicieli
wielomiliardowej populacji naszego gatunku. Tak było zawsze, tylko
dziś - na skutek tego, iż postęp nauki coraz bardziej wyprzedza
postęp społeczny, zaś tempo globalnego przekazywania informacji
osiągnęło już bodaj maksimum, dylematy etyczne stały się boleśniejsze
niż kiedykolwiek. Sytuacja lekarza zmuszonego odmówić pomocy większości
potrzebujących (bo pomoc, choć możliwa, jest dla nich niedostępna),
okazuje się trudniejsza od sytuacji lekarza, który w ogóle jest
bezsilny wobec choroby. Ma rację Hook, ostrzegając, że przyspieszony
postęp w warunkach globalizacji prowadzi do coraz większych nierówności
między ludźmi. Ale pamiętać trzeba, że jednak niektóre wynalazki,
zwłaszcza techniczne, szeroko się upowszechniają - począwszy od
wynalazku ognia, koła, rolnictwa, po dżinsy i słuchanie muzyki hip-hop
(czy jak jej tam) za pośrednictwem satelitów (jednakowo dostępnych
we wszystkich bodaj kulturach i na każdym poziomie zamożności lokalnych
społeczeństw).
Jeżeli chodzi o naprawy organizmu, sprawa jest banalna. Ciekawsze
jest przyjrzenie się manipulacjom polegającym na poprawieniu organizmu
tak, by jego wydolność przekroczyła wrodzone możliwości, aby wyszła
poza przeciętność w danej populacji. To też wynalazek nienowy. Czymże
innym jest znane od najdawniejszych czasów poszukiwanie afrodyzjaków?
Czymże innym zniekształcanie stóp u Japonek czy deformowanie czaszki
u starożytnych Inków? A choćby tatuaż, nacinanie skóry, wpinanie
kolczyków, farbowanie włosów czy wreszcie ekstrawagancje mody? A
"body building", anaboliki i doping w sporcie? Pomysłowość
wydaje się niewyczerpana, ale - i to jest właśnie najciekawsze -
wszystkie te zabiegi, jak się zdaje, są demonstracją najbardziej
prymitywnych, atawistycznych cech natury ludzkiej, przede wszystkim
popędu płciowego i jego korelatów: potrzeby rywalizacji i dominacji.
Motywy te początkowo przesłaniają nawet lęk przed starością i śmiercią
(szaleńcza jazda samochodem to też proteza bardziej naturalnych
zachowań związanych z rozrodem), które ujawniają się w późniejszej
fazie życia jako dominujący motyw poszukiwania sztucznych sposobów
poprawienia organizmu.
Wszystkie te zabiegi napotkać muszą na fizjologiczną barierę. Wiedzą
o tym dobrze lekarze sportowi, na co dzień walczący z kontuzjami
u zawodników. Organizm ludzki, jak każdy inny, ukształtowany jest
przez dobór naturalny w sposób bezwzględnie ekonomiczny. Tak jak
w znanej anegdocie o Henrym Fordzie, który miał zlecić zbadanie
na złomowiskach, które części jego samochodów są wciąż w dobrym
stanie, po czym nakazał zmienić technologię tak, aby szybciej się
zużywały, ale były za to tańsze. Dobór naturalny postępuje identycznie
(jest to tzw. zasada symmorfozy). Dlatego na dłuższą metę niemożliwe
jest zwiększanie wydolności poszczególnych czynności czy narządów
bez "przeprojektowania" całego organizmu.
Niestety, dotyczy to również długości naszego życia. Ciało mamy
śmiertelne, co jest bezpośrednim skutkiem tego, że mamy również
płeć. Organizmy rozmnażające się bezpłciowo, przez podział, są potencjalnie
nieśmiertelne (ale gdybyśmy byli myślącym pantofelkiem - powiedzmy
paramecium sapiens - to pewnie nurtował by nas dojmujący problem
osobistej tożsamości przy permanentnie rozdwajanej jaźni). Strategia
rozrodu płciowego polega na tym, że "wieczne" życie mają
tylko komórki linii rozrodczej (i to tylko te, które szczęśliwie
połączą się z komórkami odmiennej płci i dadzą początek następnym
pokoleniom). Reszta ciała - soma - chociaż obdarzona autonomią na
czas rozwoju i rozrodu, po wydaniu potomstwa przestaje być dostrzegana
przez dobór naturalny. Nasz gatunek ze względu na wielkość ciała
i inne szczególne cechy strategii życiowej potrzebuje bardzo dużo
czasu, aby doprowadzić swoje potomstwo do gotowości wyprodukowania
kolejnego pokolenia (być może potrzebne jest nawet wspomaganie wczesnych
faz rozwojowych trzeciego pokolenia - wnuków), dlatego dobór zadbał
o zachowanie sprawności organizmu (zwłaszcza osobników płci żeńskiej)
jeszcze przez jakiś czas po zakończeniu fazy rozrodu. Ale nie w
nieskończoność. Z punktu widzenia biologicznego starość i śmierć
nie są odchyleniem od normy, nie okazują się patologią taką jak
choroba spowodowana infekcją lub uszkodzeniem ciała. Są nawet gatunki
wyposażone w mechanizm szybkiego zabijania jednego lub obojga rodziców
zaraz po wydaniu potomstwa, ponieważ to zwiększa szansę przetrwania
genów w następnym pokoleniu. Nasz problem polega na tym, że kora
mózgowa jest częścią somy, a nie potencjalnie nieśmiertelnej linii
genetycznej i z tą właśnie somą utożsamiamy swoją osobę. To, że
nasze geny trwają w osobnikach następnych pokoleń, jest zatem niewielką
pociechą. Medycyna, a właściwie już sam wzrost komfortu dzięki postępowi
cywilizacji spowodowały, że przeciętna długość życia ludzkiego wzrosła.
Polega to głównie na wyeliminowaniu dużej śmiertelności osobników
we wczesnych fazach życia, co radykalnie wpłynęło na średnią populacyjną.
Ale jeżeli chodzi o maksymalną fizjologiczną długość życia, to ta
zapewne nie może się wiele zmienić, bo organizm jest "zaprogramowany"
przez dobór tylko na tyle lat, ile wynika z optymalnego funkcjonowania
rodziny u społecznego gatunku ssaka o danej wielkości ciała i takich,
a nie innych, pozostałych przystosowaniach fizjologicznych.
6. "Przeprogramowywanie" gatunków to ewolucja. Czy zatem
można mówić o tym, co Hook nazywa "sterowaniem własną ewolucją"?
Ewolucja nie dotyczy osobników, tylko puli genowej całej populacji
i jedynie cech dziedzicznych (zapisanych w komórkach linii genetycznej),
a nie nabytych w ciągu życia nawet tak wyrafinowanych protez jak
zmieniony dzięki biologii molekularnej genom osobnika. Manipulacja
na materiale genetycznym komórek linii rozrodczej jest teoretycznie
możliwa; za jej sprawą sztuczne ulepszenia mogłyby propagować się
dalej same. Jednak sterowanie ewolucją wymaga działań na skalę masową,
bo ewolucja to zmiana częstości genów w całej populacji.
Człowiek stosujący dobór sztuczny w populacjach hodowanych przez
siebie roślin i zwierząt od dawna kieruje ich ewolucją, korzystając
jedynie z naturalnej zmienności organizmów. Włączenie do tego procederu
zabiegów inżynierii genetycznej przyspiesza ten proces i w radykalny
sposób zwiększa możliwy zakres zmienności (wprowadzanie genów obcych
dla gatunku), ale istota rzeczy pozostaje ta sama. Rodzi się więc
pytanie, czy człowiek mógłby poddać doborowi sztucznemu (wspomaganemu
inżynierią genetyczną) swój własny gatunek? Być może na małą skalę,
chwilowo i lokalnie. W końcu czymże innym, jak nie sztucznym doborem
są obyczaje kastowe czy apartheid w niektórych społeczeństwach.
Podobnie eugenika (eliminowanie niepożądanych cech dziedzicznych
z puli genowej) miała być próbą zastosowania doboru sztucznego w
populacji ludzkiej. Jednak historia uczy, że wszystkie takie próby
sztucznego ograniczania przepływu genów u naszego gatunku zawsze
zawodzą, co zresztą przewidują też matematyczne modele genetyki
populacyjnej. Nie sądzę, żeby ewentualne wspomaganie doboru sztucznego
inżynierią genetyczną miało to zmienić, dlatego nie wierzę w możliwość
sztucznego "ulepszania" naszego gatunku przez sterowanie
jego ewolucją.
7. Zupełnie bez sensu jest użyte przez Hooka porównanie losu naszego
gatunku do losu dinozaurów, które rzekomo władały kiedyś naszą planetą,
ale w końcu wymarły, czego może unikniemy, przerabiając się na maszyny.
Dinozaury żyły tu sobie miliony lat (warto o tym pamiętać, bo trwanie
naszego gatunku póki co liczyć można co najwyżej w setkach tysięcy
lat), ewoluowały cały czas, a wymarły na skutek gwałtownych zmian
w środowisku całej Ziemi. Notabene, planetą i wtedy, i dziś "władały"
raczej bakterie, rośliny i owady.
Biorąc pod uwagę czysto fizyczne i biologiczne warunki przetrwania,
liczą się nie abstrakcyjne cechy gatunku, tylko ich dopasowanie
do warunków środowiska. Zwykle dobór naturalny powoli dopasowuje
cechy gatunków do sukcesywnie zmieniających się warunków. Ewolucja
człowieka poszła w odwrotnym kierunku: od samego początku istnienia
naszego gatunku przystosowanie do środowiska polega nie na mozolnym
przekształcaniu puli genowej przez dobór naturalny, lecz na sztucznym
manipulowaniu środowiskiem, tak by dopasować warunki do wrodzonych
cech naszego organizmu, które od dawna już nie ulegają zmianom.
Naturalnym środowiskiem gatunku Homo sapiens jest stworzona przez
niego samego cywilizacja (bez tego zasięg naszego gatunku ograniczałby
się do niewielkich obszarów tropikalnych, a cała nasza populacja
liczyłaby pewnie paręset tysięcy - może parę milionów, a nie sześć
miliardów osobników). Zaczęło się od opanowania ognia; dzięki niemu,
a potem dzięki rolnictwu radykalnie zwiększyła się pojemność siedliska
dla naszej populacji. Człowiek jest jedynym gatunkiem, którego budżet
energetyczny nie ogranicza się do energii pobranej przez własny
organizm (w postaci światła - jak u roślin, lub pokarmu - jak u
zwierząt), ale korzysta z zewnętrznych źródeł energii (ogień, praca
zwierząt, aż po wiatraki i elektrownie jądrowe). Od tych zewnętrznych
źródeł energii i od całej kolektywnie tworzonej cywilizacji jesteśmy
całkowicie uzależnieni. Nasze biologiczne wyposażenie predestynuje
nas do takiego właśnie sposobu życia, cechy ukształtowane kiedyś
przez dobór umożliwiły bezprecedensową w skali biosfery ekspansję
naszego gatunku. Teraz jednak - jak się zdaje - zbliżamy się do
kolejnej bariery, bo już nie ma miejsca na poszerzenie zasięgu naszej
cywilizacji. Dlatego rodzi się pilna potrzeba szybkiego i radykalnego
"ulepszenia ludzkości" - ale nie o nowe protezy osobnicze
tu chodzi ani nie o manipulowanie ewolucją gatunku, tylko o zmianę
sposobu użytkowania zasobów w warunkach cywilizacji globalnej. Nie
ma tu miejsca na rozwijanie wątku "ekorozwoju" naszej
cywilizacji.
Warto jednak podkreślić jeden ważny aspekt. Otóż przy stale zwiększającej
się liczebności naszej populacji, przy ograniczonych zasobach, nie
wystarczy "ulepszanie ludzkości" przez wprowadzanie coraz
to nowych technologii. Niezbędne wydaje się również "ulepszenie
człowieka" - ale nie poprzez zwiększanie wydolności mięśni,
genitaliów czy nawet mózgu, jak tego atawistycznie pragnie, ale
właśnie przez samoograniczenie - doskonalenie duchowe, a nie materialne.
Od tego zależy, czy przedwcześnie nie podzielimy losu dinozaurów
(a może jeszcze gorszego). Dochodzimy oto do identycznego postulatu
jak ten, który sformułował C. Christopher Hook, wychodząc z zupełnie
innych przesłanek. Zbieżność przypadkowa?
JANUARY WEINER, ur. 1947, profesor w Instytucie Nauk o Środowisku
UJ, członek- korespondent PAU i PAN, autor artykułów naukowych,
podręczników, prac popularnych i esejów z zakresu ekologii i biologii
ewolucyjnej.
POCZĄTEK
STRONY |