Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

STYCZEŃ 2004, NUMER 584

Inny-Obcy-Bliźni


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

Rubryka pod różą


            Ciemna woda poznania

Małgorzata Łukasiewicz     

"Pod koniec marca 1845 roku pożyczyłem siekierę i ruszyłem do lasu nad staw Walden w pobliże miejsca, w którym chciałem postawić sobie dom. Zacząłem, od ścinania młodych wysokich strzelistych sosen wejmutek na budulec." Tak mogłaby się zaczynać wielka epopeja albo przynajmniej saga rodzinna. Tak Henry David Thoreau rozpoczyna relację ze swego "eksperymentu", to jest życia w lesie, a przyświeca mu duch zgoła nieepicki. "Zamieszkałem w lesie - pisze - albowiem chciałem żyć świadomie, stawać w życiu wyłącznie przed najbardziej ważkimi kwestiami, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego może mnie życie nauczyć, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem. (...) Pragnąłem żyć pełnią życia i wysysać z niego całą kwintesencję, żyć tak śmiało i po spartańsku, aby wykorzenić wszystko, co nie jest życiem".


Zamieszkał w lesie nad stawem Walden, między Concord a Lincoln (w stanie Massachusetts), a na dobre wprowadził się do chaty czwartego lipca, w dzień Święta Niepodległości - już same nazwy geograficzne i data ewokują zapał i nadzieje budowniczych nowego świata. Miał wtedy dwadzieścia osiem lat, za sobą studia na Harvardzie, parę lat praktyki nauczycielskiej, debiut poetycki, należał do kręgu transcendentalistów wokół Emersona. Mieszkał w lesie przez dwa i pół roku, uprawiał fasolę, tłumaczył starożytnych poetów. Zanim jeszcze rozpoczął swój leśny eksperyment, zdarzyło mu się trafić do więzienia (na jeden dzień), za odmowę zapłacenia podatku. Swoje poglądy w kwestii stosunku między państwem a obywatelem - między prawem pozytywnym a prawem sumienia - wyłuszczył potem w sławnej rozprawce Obywatelskie nieposłuszeństwo. Chata nad Waldenem służyła czasem za schronienie zbiegłym niewolnikom murzyńskim, przerzucanym do Kanady; Thoreau angażował się w ruch abolicjonistów. Nigdy jednak nie wybrał polityki jako właściwego dla siebie pola działania. W publicystyce posługiwał się dość szczególnym stylem, w oszałamiającym tempie przeplatając wzniosłość z polemiczną swadą i gęsto szafując erudycyjnymi odniesieniami - do Biblii, Konfucjusza, Wed, dawnych i współczesnych sobie poetów.

Jego poglądami fascynował się potem Tołstoj, Gandhi i laburzyści. Nazywano go amerykańskim Rousseau, amerykańskim Diogenesem i traktowano jako część amerykańskiego snu, pięknej możliwości, która nie przestaje pobudzać nostalgicznych sentymentów. Cytuje go wyemancypowana, zaradna bohaterka Jean Webster z początku XX wieku i oczytany w filozofiach Wschodu bohater Salingera.

Thoreau domaga się prostoty. Bezceremonialnie odrzuca takie nowomodne wymysły jak poczta, gazety czy kolej. Gani bezmyślne podążanie szlakami wyznaczonymi przez tradycję, zwyczaj i przykład bliźnich. Cieszy się, gdy zwykłe rzeczy nagle ukazują się od innej strony. Na przykład przed umyciem podłogi w chacie trzeba wynieść na dwór wszystkie sprzęty: "Miło było patrzeć na cały mój dobytek rzucony na trawę (...) Warte zachodu było ujrzeć te rzeczy w słońcu i usłyszeć, jak owiewa je swawolny wiatr - o ile bardziej interesująco wyglądają znajome przedmioty na dworze aniżeli w domu".

Wszędzie wokół, powiada Thoreau, widzimy ludzi zrozpaczonych i nieszczęśliwych. Zaharowują się, żeby osiągnąć coś, czego na dobrą sprawę wcale nie potrzebują. Ulegają nakazom fałszywej ekonomiki, opartej na założeniu, że człowiek ma większą część życia spędzać na pracy. Pierwszy szkic, zatytułowany "Gospodarka", jest wielką rozprawą z całym zespołem poglądów, na który składają się wiara w postęp i reformy polityczne, filantropia, nauki Beniamina Franklina. Franklin sławił pracowitość i nakazywał w każdej chwili metodycznie, z ołówkiem w ręku pomnażać zdobyty majątek. A Thoreau bierze do ręki ołówek i robi rachunek odwrotny: jak niewiele wysiłku trzeba, aby zaspokoić elementarne potrzeby, i jak wiele czasu zyskuje się tym sposobem na życie godne człowieka, przy okazji wygłasza zaś entuzjastyczną pochwałę "dzikich plemion", które okresowo palą na stosie cały zgromadzony dobytek i zaczynają od nowa. Franklin powiada: "Czas to pieniądz". Thoreau replikuje: "Czas to jedynie strumień, w którym łowię ryby".

Chata w lesie, nad jeziorem, zbudowana własnymi rękami - zdawałoby się, idylla. Ale nie. W leśnym gospodarstwie nie uświadczy tego nastroju błogiego krzątania, miłego poczucia, że acz na małą skalę czynimy rzeczy wielkie. A nade wszystko nie ma tu mowy o sielankowym przymierzu między człowiekiem a naturą. Thoreau nie przerabia lasu na ogród. "Na podwórzu nie piały koguty ani nie gdakały kury. Nie było podwórza! - jedynie nie grodzona Natura podchodziła pod same parapety okien". Według Thoreau człowiek nie ma budować na ziemi swego królestwa: ani tego, które wyraża się w tworzeniu zwartej społeczności, ani tego, którego manifestacją jest cywilizacja materialna, mnożenie dóbr, dzieł i wynalazków. Ani nawet tego prywatnego, założonego z dala od zgiełku z myślą o harmonijnym ładzie i kultywowaniu własnej pięknej duszy. Jedyny z ludzkich wytworów, który w Waldenie się pochwala, zresztą w szczególny sposób, to słowo pisane. "Słowo pisane (...) od razu wytwarza atmosferę większej intymności i uniwersalności aniżeli jakiekolwiek inne dzieło sztuki. Jest najbardziej zbliżone do samego życia. Można przetłumaczyć je na wszystkie języki i nie tylko czytać, lecz także wydychać ustami wszystkich ludzi; przedstawia się je nie tylko na płótnie czy w marmurze, lecz także rzeźbi w samym tchnieniu życia".

Natura w tej książce nie jest zdobywana, eksploatowana ani oswajana. Jest za to oglądana i opisywana, za dnia, nocą i w różnych porach roku. Thoreau opisuje fakturę gałęzi i liści, kształty obłoków, ptasie głosy, a przede wszystkim opisuje wodę - jej kolor, konsystencję, smak, temperaturę, fluktuacje. "Walden raz jest niebieski, raz zielony, nawet gdy patrzy się na niego pod tym samym kątem. (...) Oglądany ze szczytu pagórka, odbija kolor nieba, natomiast z bliska ma zabarwienie żółtawe tu przy brzegu, gdzie widać piasek, dalej zaś kolor jasnozielony, który stopniowo ciemnieje aż do jednolitej ciemnej zieleni bliżej środka". Od Talesa chyba dla nikogo woda nie była taka ważna jak dla Thoreau, tyle że Thoreau, na modłę romantyków, upodobał sobie wodę upostaciowaną w jeziorze. Jezioro, staw to woda wstawiona w ramy krajobrazu. Krajobraz z jeziorem to krajobraz, w którym przebito okno, wpuszczono ożywcze tchnienie. "Obszar wody oddaje nastrój panujący w powietrzu. Nieprzerwanie przekazywane są mu z góry nowe życie i ruch. Jest z natury czymś pośrednim między lądem a niebem". Woda w jeziorach nieustannie się zmienia, ale pozostaje tą samą wodą, poza i ponad dziejami. Nic na dłużej nie zakłóca jej wiecznego spokoju. "To zwierciadło, którego nie stłucze kamień, na którym srebro nigdy się nie wytrze, którego złocenia Natura nieprzerwanie konserwuje - jego powierzchnia nigdy nie zmętnieje od burz ani od kurzu". Woda jest jak światło, dopiero za jej sprawą naprawdę widać świat. "Las nigdy nie ma takiej dobrej oprawy ani nie jest tak jednoznacznie piękny, jak wówczas gdy patrzy się na niego ze środka małego jeziora, (...) albowiem woda, w której las się odbija, nie tylko tworzy najlepszy pierwszy plan, lecz także swoim wijącym się brzegiem otacza go niby najbardziej naturalną, cieszącą oko granicą". Gdy w zimie zrobić na zamarzniętym jeziorze przerębel, otwiera się okienko: "pochylając się (...) zaglądam do cichego salonu ryb przesyconego łagodniejszym światłem, jak gdyby przez okno z zimnego szkła, i widzę jasną piaszczystą podłogę, taką samą jak w lecie - króluje tam wieczny, nie burzony przez fale spokój niby na bursztynowym niebie o zmierzchu (...). Niebo mamy i pod stopami, i nad głową". W wodzie wszystko się odbija, ale nic nie pozostawia trwałych śladów. Niby przezroczysta, a przecież tajemnicza. Patrząc na wodę widzimy na przemian powierzchnię i głębinę, widzimy odbity w niej obraz świata i widzimy samych siebie, patrzących. Jezioro to "oko ziemi, w które zaglądając, mierzymy głębię własnej natury". Patrzeć w wodę to poznawać, ale nigdy do końca, nigdy w całości, nigdy tak, żeby nie pozostała jakaś cząstka niezgłębiona i nieprzenikniona.

Kiedy Thoreau pisze, że pragnął żyć pełnią życia, właśnie to chyba ma na myśli - żyć to przebywać w pobliżu tajemnicy. Patrzeć, jak się odsłania i ukrywa, być dla świata zwierciadłem. I niech świat dla nas będzie jak zwierciadło, tak abyśmy mogli się w nim przeglądać i rozpoznawać, ale niekoniecznie pozostawiać po sobie jakieś ślady.

H. D. Thoreau, Walden czyli życie w lesie, przeł. H. Cieplińska, Poznań 1999.

 

 

 

POCZĄTEK STRONY


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez J. Kucharskiego i KreatorX