|
Rubryka pod różą
         
Ciemna woda poznania
Małgorzata Łukasiewicz    
"Pod koniec marca 1845 roku pożyczyłem
siekierę i ruszyłem do lasu nad staw Walden w pobliże miejsca, w
którym chciałem postawić sobie dom. Zacząłem, od ścinania młodych
wysokich strzelistych sosen wejmutek na budulec." Tak mogłaby się
zaczynać wielka epopeja albo przynajmniej saga rodzinna. Tak Henry
David Thoreau rozpoczyna relację ze swego "eksperymentu", to jest
życia w lesie, a przyświeca mu duch zgoła nieepicki. "Zamieszkałem
w lesie - pisze - albowiem chciałem żyć świadomie, stawać w życiu
wyłącznie przed najbardziej ważkimi kwestiami, przekonać się, czy
potrafię przyswoić sobie to, czego może mnie życie nauczyć, abym
w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem. (...) Pragnąłem żyć
pełnią życia i wysysać z niego całą kwintesencję, żyć tak śmiało
i po spartańsku, aby wykorzenić wszystko, co nie jest życiem".
Zamieszkał w lesie nad stawem Walden, między Concord a Lincoln (w
stanie Massachusetts), a na dobre wprowadził się do chaty czwartego
lipca, w dzień Święta Niepodległości - już same nazwy geograficzne
i data ewokują zapał i nadzieje budowniczych nowego świata. Miał
wtedy dwadzieścia osiem lat, za sobą studia na Harvardzie, parę
lat praktyki nauczycielskiej, debiut poetycki, należał do kręgu
transcendentalistów wokół Emersona. Mieszkał w lesie przez dwa i
pół roku, uprawiał fasolę, tłumaczył starożytnych poetów. Zanim
jeszcze rozpoczął swój leśny eksperyment, zdarzyło mu się trafić
do więzienia (na jeden dzień), za odmowę zapłacenia podatku. Swoje
poglądy w kwestii stosunku między państwem a obywatelem - między
prawem pozytywnym a prawem sumienia - wyłuszczył potem w sławnej
rozprawce Obywatelskie nieposłuszeństwo. Chata nad Waldenem
służyła czasem za schronienie zbiegłym niewolnikom murzyńskim, przerzucanym
do Kanady; Thoreau angażował się w ruch abolicjonistów. Nigdy jednak
nie wybrał polityki jako właściwego dla siebie pola działania. W
publicystyce posługiwał się dość szczególnym stylem, w oszałamiającym
tempie przeplatając wzniosłość z polemiczną swadą i gęsto szafując
erudycyjnymi odniesieniami - do Biblii, Konfucjusza, Wed, dawnych
i współczesnych sobie poetów.
Jego poglądami fascynował się potem Tołstoj, Gandhi
i laburzyści. Nazywano go amerykańskim Rousseau, amerykańskim Diogenesem
i traktowano jako część amerykańskiego snu, pięknej możliwości,
która nie przestaje pobudzać nostalgicznych sentymentów. Cytuje
go wyemancypowana, zaradna bohaterka Jean Webster z początku XX
wieku i oczytany w filozofiach Wschodu bohater Salingera.
Thoreau domaga się prostoty. Bezceremonialnie odrzuca
takie nowomodne wymysły jak poczta, gazety czy kolej. Gani bezmyślne
podążanie szlakami wyznaczonymi przez tradycję, zwyczaj i przykład
bliźnich. Cieszy się, gdy zwykłe rzeczy nagle ukazują się od innej
strony. Na przykład przed umyciem podłogi w chacie trzeba wynieść
na dwór wszystkie sprzęty: "Miło było patrzeć na cały mój dobytek
rzucony na trawę (...) Warte zachodu było ujrzeć te rzeczy w słońcu
i usłyszeć, jak owiewa je swawolny wiatr - o ile bardziej interesująco
wyglądają znajome przedmioty na dworze aniżeli w domu".
Wszędzie wokół, powiada Thoreau, widzimy ludzi
zrozpaczonych i nieszczęśliwych. Zaharowują się, żeby osiągnąć coś,
czego na dobrą sprawę wcale nie potrzebują. Ulegają nakazom fałszywej
ekonomiki, opartej na założeniu, że człowiek ma większą część życia
spędzać na pracy. Pierwszy szkic, zatytułowany "Gospodarka", jest
wielką rozprawą z całym zespołem poglądów, na który składają się
wiara w postęp i reformy polityczne, filantropia, nauki Beniamina
Franklina. Franklin sławił pracowitość i nakazywał w każdej chwili
metodycznie, z ołówkiem w ręku pomnażać zdobyty majątek. A Thoreau
bierze do ręki ołówek i robi rachunek odwrotny: jak niewiele wysiłku
trzeba, aby zaspokoić elementarne potrzeby, i jak wiele czasu zyskuje
się tym sposobem na życie godne człowieka, przy okazji wygłasza
zaś entuzjastyczną pochwałę "dzikich plemion", które okresowo palą
na stosie cały zgromadzony dobytek i zaczynają od nowa. Franklin
powiada: "Czas to pieniądz". Thoreau replikuje: "Czas to jedynie
strumień, w którym łowię ryby".
Chata w lesie, nad jeziorem, zbudowana własnymi
rękami - zdawałoby się, idylla. Ale nie. W leśnym gospodarstwie
nie uświadczy tego nastroju błogiego krzątania, miłego poczucia,
że acz na małą skalę czynimy rzeczy wielkie. A nade wszystko nie
ma tu mowy o sielankowym przymierzu między człowiekiem a naturą.
Thoreau nie przerabia lasu na ogród. "Na podwórzu nie piały koguty
ani nie gdakały kury. Nie było podwórza! - jedynie nie grodzona
Natura podchodziła pod same parapety okien". Według Thoreau człowiek
nie ma budować na ziemi swego królestwa: ani tego, które wyraża
się w tworzeniu zwartej społeczności, ani tego, którego manifestacją
jest cywilizacja materialna, mnożenie dóbr, dzieł i wynalazków.
Ani nawet tego prywatnego, założonego z dala od zgiełku z myślą
o harmonijnym ładzie i kultywowaniu własnej pięknej duszy. Jedyny
z ludzkich wytworów, który w Waldenie się pochwala, zresztą
w szczególny sposób, to słowo pisane. "Słowo pisane (...) od razu
wytwarza atmosferę większej intymności i uniwersalności aniżeli
jakiekolwiek inne dzieło sztuki. Jest najbardziej zbliżone do samego
życia. Można przetłumaczyć je na wszystkie języki i nie tylko czytać,
lecz także wydychać ustami wszystkich ludzi; przedstawia się je
nie tylko na płótnie czy w marmurze, lecz także rzeźbi w samym tchnieniu
życia".
Natura w tej książce nie jest zdobywana, eksploatowana
ani oswajana. Jest za to oglądana i opisywana, za dnia, nocą i w
różnych porach roku. Thoreau opisuje fakturę gałęzi i liści, kształty
obłoków, ptasie głosy, a przede wszystkim opisuje wodę - jej kolor,
konsystencję, smak, temperaturę, fluktuacje. "Walden raz jest niebieski,
raz zielony, nawet gdy patrzy się na niego pod tym samym kątem.
(...) Oglądany ze szczytu pagórka, odbija kolor nieba, natomiast
z bliska ma zabarwienie żółtawe tu przy brzegu, gdzie widać piasek,
dalej zaś kolor jasnozielony, który stopniowo ciemnieje aż do jednolitej
ciemnej zieleni bliżej środka". Od Talesa chyba dla nikogo woda
nie była taka ważna jak dla Thoreau, tyle że Thoreau, na modłę romantyków,
upodobał sobie wodę upostaciowaną w jeziorze. Jezioro, staw to woda
wstawiona w ramy krajobrazu. Krajobraz z jeziorem to krajobraz,
w którym przebito okno, wpuszczono ożywcze tchnienie. "Obszar wody
oddaje nastrój panujący w powietrzu. Nieprzerwanie przekazywane
są mu z góry nowe życie i ruch. Jest z natury czymś pośrednim między
lądem a niebem". Woda w jeziorach nieustannie się zmienia, ale pozostaje
tą samą wodą, poza i ponad dziejami. Nic na dłużej nie zakłóca jej
wiecznego spokoju. "To zwierciadło, którego nie stłucze kamień,
na którym srebro nigdy się nie wytrze, którego złocenia Natura nieprzerwanie
konserwuje - jego powierzchnia nigdy nie zmętnieje od burz ani od
kurzu". Woda jest jak światło, dopiero za jej sprawą naprawdę widać
świat. "Las nigdy nie ma takiej dobrej oprawy ani nie jest tak jednoznacznie
piękny, jak wówczas gdy patrzy się na niego ze środka małego jeziora,
(...) albowiem woda, w której las się odbija, nie tylko tworzy najlepszy
pierwszy plan, lecz także swoim wijącym się brzegiem otacza go niby
najbardziej naturalną, cieszącą oko granicą". Gdy w zimie zrobić
na zamarzniętym jeziorze przerębel, otwiera się okienko: "pochylając
się (...) zaglądam do cichego salonu ryb przesyconego łagodniejszym
światłem, jak gdyby przez okno z zimnego szkła, i widzę jasną piaszczystą
podłogę, taką samą jak w lecie - króluje tam wieczny, nie burzony
przez fale spokój niby na bursztynowym niebie o zmierzchu (...).
Niebo mamy i pod stopami, i nad głową". W wodzie wszystko się odbija,
ale nic nie pozostawia trwałych śladów. Niby przezroczysta, a przecież
tajemnicza. Patrząc na wodę widzimy na przemian powierzchnię i głębinę,
widzimy odbity w niej obraz świata i widzimy samych siebie, patrzących.
Jezioro to "oko ziemi, w które zaglądając, mierzymy głębię własnej
natury". Patrzeć w wodę to poznawać, ale nigdy do końca, nigdy w
całości, nigdy tak, żeby nie pozostała jakaś cząstka niezgłębiona
i nieprzenikniona.
Kiedy Thoreau pisze, że pragnął żyć pełnią życia,
właśnie to chyba ma na myśli - żyć to przebywać w pobliżu tajemnicy.
Patrzeć, jak się odsłania i ukrywa, być dla świata zwierciadłem.
I niech świat dla nas będzie jak zwierciadło, tak abyśmy mogli się
w nim przeglądać i rozpoznawać, ale niekoniecznie pozostawiać po
sobie jakieś ślady.
H. D. Thoreau, Walden czyli życie w lesie, przeł. H. Cieplińska,
Poznań 1999.
POCZĄTEK
STRONY |