|
Tematy i Refleksje
Osoba i czyn
w Prelekcjach Paryskich,
albo
Czy Mickiewicz był euroentuzjastą?
Artur Grabowski
1. Kiedy 22 grudnia 1840 roku
Adam Mickiewicz stanął na katedrze w College de France, na sali
brakowało wielu spośród jego przyjaciół. Ci, którzy wystąpienie
polskiego Poety odczuwali jako niezwykłe i nadzwyczaj ważne wydarzenie...
uciekli. Ze strachu, że Mickiewicz się ośmieszy, że elity, ci "Francuzi
wymowni", bezlitośnie wykpią egzaltowanego profesora bez doktoratu
i uniwersyteckiego obycia? Wraz z Mickiewiczem mogła być wyśmiana
sprawa narodowa, ale zarazem najintymniejsze uczucia, które wielu
paryskich Polaków zwyczajnie trzymały przy życiu... Sam wykładowca
miał świadomość, że oto dzieje się coś ważnego, następuje przesilenie
w długotrwałym marazmie daremnych wysiłków zainteresowania Europy
losem zniewolonego ludu na północno-wschodnich rubieżach kontynentu.
Czuł też, a nawet już chyba jasno uświadamiał sobie, że i w jego
życiu osobistym zaczyna się nowy etap. Wreszcie, zdawał sobie również
sprawę, że Europa, do której się zwraca, znalazła się w szczególnym
momencie swych dziejów. Świadomość tych trzech "przesileń" nie paraliżowała
go jednak, nie napawała strachem, jakiemu ulegli przyjaciele. Mickiewicz
przekroczył próg obaw.
W inauguracyjnym wykładzie słychać ślady walki
duchowej, walki z pokusą ucieczki przed zbyt trudnym zadaniem, zbyt
ciężkim obowiązkiem. Ale słychać też wyraźny ton triumfu, który
pochodzi z dostrzeżenia w tym nowym zadaniu nadzwyczajnej szansy
- na spełnienie oczekiwań przyjaciół i nadziei wszystkich Polaków,
szansy, by wywrzeć znaczący wpływ na losy europejskiej kultury,
a może i polityki, wreszcie szansy na spełnienie siebie. "Powołano
mnie - powiada - bym zabrał głos w imieniu literatury ludów, z którymi
naród mój przez swą przeszłość i przyszłość jest związany, bym zabrał
głos w chwili, kiedy słowo jest potęgą, i w mieście, które jest
stolicą słowa". I zaraz potem przechodzi do tematu... "unii europejskiej"
podkreślając, że przemawia w chwili, gdy realizuje się "dążność
ludów do wzajemnego zbliżenia się", zaś ówczesny Paryż jest postrzegany
jako stolica zjednoczonego w przyszłości kontynentu. Autor tych
słów właśnie przestał być poetą, powróciwszy ze swojej pierwszej
szkolarskiej posady z garścią krótkich, ostatnich liryków. Wydaje
się, że nie podjął tej decyzji przypadkowo, zmianę roli poety na
działacza uznał za konieczną, choć wymagającą niemałej odwagi, konsekwencję
własnego myślenia?, własnej wiary? Ta decyzja była pierwszym czynem
nowego "człowieka czynu", w jakiego miał się przemienić Poeta. Od
początku zatem traktował francuską profesurę jako okazję do "działania
słowem", w przeciwieństwie do zwykłej, uniwersyteckiej "działalności
intelektualnej". Nie chciał informować, chciał oddziaływać; nie
zamierzał dociekać i formułować filologicznych prawd, chciał dawać
świadectwo temu, co dzieła literackie wypełnia i wytwarza. Poeta,
nawet były, znał się na tym lepiej od profesorów. Jego subiektywizm
i jednostronność były w istocie uczciwe, nie wchodził na obszary
gramatyki ani nawet estetyki, nie udawał uczonego. Prelekcje Paryskie
to, rozłożony na cztery lata, czyn człowieka dojrzałego, ukształtowanej
osoby.
2. Historia sztuki jest dla Mickiewicza
świadectwem działania ducha, który ujawnia się w dziełach. O duchowej
prawdzie nie da się opowiedzieć, można o niej świadczyć. Tego, co
duchowe, nie da się też poznać intelektem, może to być rozpoznane
wyłącznie w wierze, zmysłem wiary. Zmysł ów jest władzą duszy, a
więc indywiduum. Prawdziwe dzieło sztuki jest rezultatem świadczenia
o tym, w co się wierzy. Napisać wiersz to dokonać czynu, który w
życiu duszy jest zdarzeniem, a w rzeczywistości międzyludzkiej winien
być traktowany jak świadectwo owej "przygody duchowej". Komu jednak
zdarzają się te przygody? Ano człowiekowi, ale nie każdemu, jedynie
temu, który "ma serce i patrzy w serce", a więc jego transcendentna
dusza zintegrowana jest z niepowtarzalnym ciałem, zmysłowością,
emocjami i rozumem. Taki byt jednolity nazywa się osobą. Mówiąc
o dziełach literackich, wykładowca będzie zatem traktował je jako
świadectwo ujawniającego przedmiot wiary czynu dokonanego przez
osobę. Interpretacja poematu to dla Mickiewicza odkrycie prawdy
przez poznanie tego, kto dziełem daje jej świadectwo. U podstaw
rozważań musi przeto leżeć jakaś wizja człowieka, z niej zaś wynikają
określone konsekwencje co do celów jego ziemskiego bytowania. Najogólniej
cel ów dałoby się określić jako budowanie cywilizacji, a więc w
Mickiewiczowej historii słowiańskiej duszy tkwić musi również wizja
przyszłej kultury.
Skoro rzeczywistym przedmiotem wykładu (a może
dociekań) jest osoba i czyn, to literatura zdaje się niewystarczającym
i chyba nieco wtórnym świadectwem. Tym bardziej że chodziło o skuteczność,
a nie walor informacyjny, zaś słuchacze nie znali i nie mieli większych
szans, by poznać bezpośrednio dzieła, o których mówił profesor.
Dlatego Mickiewicz rozbudowuje opowieść historyczną, a później coraz
częściej komentarze aktualizujące, włączając do kursu również nowoczesne,
modne ideologie. Jego wykład przemieni się szybko w krytykę cywilizacji
europejskiej w jej obecnym stanie. Cywilizacja słowiańska ma być
dla Zachodu alternatywą, jak odświeżający najazd barbarzyńców.
Za co Mickiewicz beszta współczesne areopagi? Ten,
którego posądzano o szowinistyczną furię, gromi Europę za... nacjonalizm.
Uważa ideę odrębnych narodów za rodzaj egoizmu grupowego w obronie
dóbr materialnych. W języku dzisiejszej polityki powiedzielibyśmy,
że wskazuje na niemoralność postawy nazywanej narodową racją stanu,
narodowym interesem. Takie przywiązanie do "ziemi, miejsca, forum"
nazywa pogańskim i postrzega jako cofnięcie się z chrześcijańskiej
drogi rozwoju, której wyrazem był uniwersalizm paneuropejski wieków
średnich. Jego polscy słuchacze otwierali usta ze zdziwienia, aby
zaraz zacisnąć zęby z nienawiści. Wszak miał walczyć słowem o narodową
sprawę. Tymczasem on opisuje dzieje Polski, od XVI wieku mniej więcej,
jako powolny upadek, którego przyczyną jest właśnie zaślepienie
narodowym egoizmem. Misją Polski, a więc i polskiego patriotyzmu,
jest bowiem realizować dzieło chrześcijańskiego postępu w dziele
państwowo-kulturowym, w budowaniu chrześcijańskiej cywilizacji.
Ale chrześcijaństwo nie jest prywatną sprawą Polaków i nie podarunkiem,
ale talentem, którego nie wolno zakopać. Polska to miejsce szczególne,
bo to poletko, na którym Pan Bóg zasiał ziarno cywilizacji chrześcijańskiej.
Ta cywilizacja jest przeznaczona nie Polsce, lecz Europie. Jeśli
Polacy chcą ją sobie przywłaszczyć, to sprzeciwiają się swej misji,
to znak, że jej nie rozpoznali albo nie mają odwagi wypełnić. Jeśli
walczyć mamy o niepodległe państwo Polskie, to niejako w interesie
chrześcijańskiej Europy. Toteż, kiedy raz po raz wykładowca kokietuje
Francję, to nie z pozycji ubogiego kuzyna, lecz kogoś, kto głosi
bezczelnie, iż wie lepiej, czego się Francuzi mają trzymać.
Nie przypadkiem porównywał Mickiewicz dzieje Polaków
do dziejów narodu żydowskiego. Naród wybrany nie został wybrany
do tego, by rosnąć w siłę kosztem innych narodów, ale żeby niejako
zrealizować się dla świata. Przeto walka Polaków o niepodległy byt
narodowy i własne państwo ma charakter moralny, a nie polityczny.
Idealne państwo polskie jest koniecznym, ale tylko pośrednim, etapem
w wędrówce ku przyszłej cywilizacji chrześcijańskiej Europy. Polski
patriota zatem to raczej podzbiór kategorii "człowieczeństwo"
niż exemplum etniczne, to ktoś, kto się dla tej sprawy poświęca,
kto swymi czynami świadczy o niej, i tak daje też świadectwo wiary
w owe wartości, które Europejczyk określa jako chrześcijańskie.
W odniesieniu do indywiduum patriotyzm jest więc
sposobem samorealizacji, integracji osoby. Patriotyzm Mickiewicza
to przeciwieństwo politycznego nacjonalizmu. Okazuje się on raczej
sposobem życia duchowego, może nawet - drogą do świętości czyli
integracji absolutnej, kiedy "ja" rozpoznaje w sobie samo człowieczeństwo
jako twór Stworzyciela. I zarazem rozpoznaje owo pierwotne przeznaczenie
człowieka, któremu sam człowiek sprzeciwił się, zatarł niejako w
sobie.
W tym miejscu chciałbym na moment przywołać książkę,
która nieustannie przypominała mi się podczas niedawnej lektury
wykładów Poety. Osobę i czyn Karola Wojtyły łączy z Mickiewiczem
postawa zwana czasem "romantycznym humanizmem", łączy podobna wizja
człowieka i ludzkiej społeczności. Rozprawę kapłana i myśliciela
daje się czytać jako traktat o sposobie istnienia duszy zapisany
w języku akademickiej fenomenologii. Autor zaczyna od ujawnienia
własnej metody postępowania - będzie zapisywał interpretację doświadczenia.
Ma to być zatem próba racjonalizacji wewnętrznego procesu poznawania
samego siebie, a w konsekwencji rozpoznania w swoim "ja", które
jest jedynym dostępnym polem obserwacji samego człowieczeństwa jako
podstawy zintegrowania zmysłów, emocji, intelektu - w osobę. Zarówno
w przypadku Poety, jak i Kapłana mamy zatem dzieło, które chce być
zracjonalizowanym świadectwem pierwotnego doświadczenia duchowego.
"Ja" jestem miejscem szczególnego działania Ducha, który działa
też tak, że zobowiązuje mnie, bym świadczył w języku możliwie obiektywnej
komunikacji. Nieważne, czy będzie to język literatury i historii
czy filozofii i psychologii.
Książka filozofa, a więc i jego droga myślowa,
skonstruowana jest odwrotnie niż poetycka historia literatury. Fenomenolog
podąża od subiektywnego "ja" w stronę obiektywnej osoby i międzyosobowych
relacji. O ile Mickiewicz wyprowadza osobę z narodu, o tyle Wojtyła
buduje społeczność w oparciu o osoby. Moralna konieczność osobistego
uczestnictwa w dziele zbiorowym pojawia się w traktacie jako wniosek
albo raczej imperatyw czynu, którego źródłem jest rozumienie siebie
jako istoty duchowej, rozumienie swego losu jako miejsca działania
transcendentnej duszy. Historyk literatury i narodu posługuje się
dowodem nie wprost - ukazuje jak dzieje zbiorowości napędzane są
wysiłkiem duchowym jednostek, podkreślając tym samym konieczność
osobistego zaangażowania.
U źródła uczestnictwa w narodowej misji, która
jest uniwersalna, może stać wyłącznie osobiste, samotne nawet doświadczenie.
W tym czynie zbiorowym mogą mieć udział tylko osoby, każdy na swój
sposób i na własną - przed Bogiem - odpowiedzialność. Tak każdy
wypełni również swoją własną, intymną misję. W przywiązaniu do idei
osoby tkwi istota tego, co Mickiewicz tak cenił w wybitnych jednostkach.
Mylił się pochopny nieco w sądach Michelet, który oskarżał Poetę
o kult nadczłowieka sprzeniewierzający się wspólnemu celowi ludów.
Człowiek bowiem rozpoznaje siebie w swoich czynach jak w mimowolnym
autoportrecie i zdumiony staje przed obrazem, którego jest twórcą
i przedmiotem. Zintegrowana osoba to więc dzieło równie własne i
nie mniej zaskakujące niż natchniony poemat.
Tym, co składa się na dzieło, są czyny człowieka
oraz ich skutki. Ale co stanowi siłę napędową ludzkich działań?
Mickiewicz wskazuje na cel. Człowiek działa raczej w imię czegoś
niż z powodu czegoś jak chcieliby naturaliści. Gdy poddaje się determinantom,
traci wolność decyzji, a działania jego tracą wartość czynu, bo
nie jego są. Co więc nimi zawiaduje? Nasze decyzje nie mogą być
wynikiem intelektualnej spekulacji, nie da się bowiem wskazać żadnego
bezpośredniego związku pomiędzy: wiem i czynię. Wszak każdy zna
ów ból niemocy podporządkowania woli przekonaniom. Wola, energia
czynu, podporządkowuje się raczej emocjom niż kalkulacjom, co zresztą
dowodzi jej moralnego charakteru, gdyż to właśnie wola może być
dobra lub zła. Poprzez wolę, poprzez to czego chcę tak prawdziwie,
że potwierdzam to czynem, uczestniczę w dobru lub złu. Dobre lub
złe są właśnie owe cele, ku którym wola wypycha czyny, cele, które
mnie ku sobie pociągają, a więc muszą leżeć gdzieś poza mną - są
nie moje, choć dla mnie. Człowiek jest tym, czemu służy - dałoby
się podsumować Mickiewiczowską antropologię. Działam wyłącznie ja,
ale nie dla siebie, lecz dla czegoś, co poza mną. Ponieważ widzę,
doświadczam wokół siebie innych, którzy w tę samą stronę kierują
swoją dobrą wolę, dochodzę do wniosku, że ów cel jest wspólny i,
choć pojmuję go indywidualnie, okazuje się zbiorowy. Co więcej,
nie mogę rozpoznać go inaczej jak tylko w świadectwach osób. Czy
będą to moi współcześni, czy rozpoznam treść śladów pozostawionych
przez przodków - tworzymy wspólnotę celu. Naród jest taką wspólnotą,
zaś patriotyzm to forma fundamentalnej więzi międzyludzkiej, solidarności.
Opowiadając paryskim elitom o ustroju dawnej Polski,
Mickiewicz będzie więc podkreślał kontrastujący z formalnym prawem
Zachodu celowy charakter tworzonych w Polsce instytucji publicznych.
Zasadnicza różnica wynika z radykalnie odmiennej wizji człowieka.
Jeśli wartością jest osoba, to sposobem jej publicznego istnienia
będzie uczestnictwo - zawsze pełne i zawsze całkowicie wolne, a
na dodatek bezkompromisowe, skoro czyn ma mieć wartość moralną.
Jest to swoisty szczyt liberalizmu, celem jest bowiem zrealizować
siebie poprzez uczestnictwo w życiu zbiorowym. Samo państwo, a nawet
cywilizacja okazują się w dalekiej perspektywie narzędziem ujawniania
się człowieczeństwa w osobie. We współczesnej terminologii politycznej
Mickiewicz byłby: katolickim personalistą o zapatrywaniach anarchistyczno-konserwatywnych.
To dziwaczne połączenie wynika z pojmowania tradycji jako "idei,
która dąży do realizacji", a więc trwa w ciągłej ewolucji, gdyż
tradycja to dla naszego wieszcza postęp ciągłej interpretacji pierwszego
przesłania. Pokorna wierność i odważne zdrady winny charakteryzować
bojownika o ten przyszły, ale od początku zaplanowany, świat.
Z tego punktu widzenia każdy rodzaj organizacji
prawnej, represyjnej jest świadectwem moralnej hipokryzji albo co
najmniej kompromisu. Jeśli ludzie będą porządni, bo będą bać się
kary, to ich porządne działania nie będą wolne, nie okażą się czynami,
a więc będą oni niejako cofać się w rozwoju. Jeśli słyszycie - powiedziałby
Mickiewicz - że prawo jest przynajmniej skuteczne (co kontrastuje
z naiwną wiarą w dobrą wolę każdego, kto zgłosić może swoje liberalne
veto), to jest to efektywność względem samego państwa, a więc nienawistnej
mu racji stanu. Kto traktuje środki jak cele, ten utwierdza je w
roli celów, a więc hamuje postęp, uniemożliwia dotarcie do celu
jedynego, zawraca realizującą się ideę.
3. Czy autor tej radykalnej, ale
porażająco konsekwentnej wizji losów człowieczych, proponuje jakieś
praktyczne sposoby radzenia sobie tu i teraz? Tak i nie zarazem.
Właściwie zaproponować musi absolutną anarchię, programową rezygnację
z jakichkolwiek represyjnych form organizacji życia zbiorowego.
Nie znaczy to jednak, że postuluje bezprawie. Przeciwnie, prawo
może i powinno regulować każde ludzkie działanie, ale niech to będzie:
skład zasad, dekalog pryncypiów, lista postulatów. Używając znowu
współczesnego języka, proponuje nam Poeta... "polityczną poprawność"
w opozycji do "państwa prawa". Proponuje też radykalny liberalizm,
tyle że z całkiem innych przekonań go wywodzi niż współcześni, jemu
i nam, libertyni. Postulat życia w nieustającym napięciu, przekonanie
o konieczności ryzykowania raczej niż kunktatorstwa przy podejmowaniu
decyzji bierze się u Mickiewicza z wiary w człowieka, który może
i powinien być dobry. Libertyński postulat nieograniczania swobody
decyzji jest natomiast wynikiem rezygnacji z nadziei na poprawę,
na zawsze i odwiecznie źle stworzonego Adama.
Jedyną siłą organizującą osoby w społeczność jest
wspólna wiara, która wyraża się w zaangażowaniu osobistym jednostki,
coś, co Mickiewicz zwie "egzaltacją". To ona sprawia,
że każdy swoją drogą podąża ku własnemu celowi, a jednak wszyscy
idą w tym samym kierunku. Co więcej, władza owej egzaltacji dyscyplinuje
jednostki i anarchię zmienia w społeczność skonsolidowaną jak zakon,
gdzie każdy czuje się i jest w istocie wolny, bo posłuszny prawom
własnym, uwewnętrznionym. Każde działanie osoby tym prawom poddanej
jest czynem maksymalnym, bo wyrazem absolutnie dobrej woli i w pełni
zaangażowanym, a przeto takim, w którym osoba realizuje się aż do
granic swego powołania. Praktycznie zatem odpowiedzialność za losy
takiej wspólnoty oraz każdego z jej członków (należałoby chyba powiedzieć
"wspólników") ponosi jednostka samodzielnie i samotnie
- "Ja jestem Milion". Jeśli choć na moment zwątpię, choć
na jotę zejdę z drogi swego powołania - runie za mną całość międzyludzkiego
świata, a wraz z nim przyszłość każdego człowieka. Mówiąc prościej:
ucieczka przed osobistą odpowiedzialnością to nic innego jak kontynuacja
pierwszego grzechu, moja osobista wina za upadek Człowieka.
Dlatego Mickiewicz nie wini fatalizmu dziejowego
ani mongolskich hord za upadek Polski - tej szansy, jaką Opatrzność
dała Europie. Poeta oskarża tych, którzy zwątpili we własną misję
- każdego z Polaków i kulturę Zachodu jako depozytariuszy Objawienia.
W odniesieniu do losów jednostki zwątpienie wyrażone w kompromisach
to dla Mickiewicza rodzaj tchórzostwa, w świecie polityki zdrada
usprawiedliwiana pragmatyzmem. Pragmatyzm właśnie (nazywany tu "materializmem")
jest mu szczególnie nienawistny. To nie anarchia zgubiła Polskę,
powiada, ale małostkowe kompromisy Polaków. Czy jednak, pyta zdrowy
rozsądek, można się bez nich obejść? Czy postulat maksymalizmu jest
wykonalny? Abstrahując od tego, że już pytanie tak postawione byłoby
dla Wieszcza dowodem małej wiary, przyznać trzeba, że owo nader
trudne rozwiązanie wszelkich kwestii społecznych jest jednak zadziwiająco
proste. Oto wystarczy nie kłamać przed sądem własnego sumienia,
a wtedy żadna organizacja polityczno-prawna nie będzie potrzebna.
Albo odwrotnie: każdy ustrój jest dobry dla dobrych ludzi.
Bo też Boży Plan dla ludzkości realizuje się w
duszach osób. Ten Mickiewicz, który w Prelekcjach... gromi renesansowych
mędrków, sam okazuje się namiętnym poszukiwaczem istoty Człowieka,
w nim bowiem "zakodowany" jest niejako ów plan Stworzyciela względem
stworzenia. Romantyczny humanizm różni się jednak od renesansowego
tak jak umiłowanie wolności od libertynizmu - bierze się z nadziei,
a nie rezygnacji. Ten sam Mickiewicz, który gloryfikuje słowiańską
prostotę, przemawia do Europy, w której upatruje przyszłość chrześcijaństwa
i zarazem ludzkości, gromiąc ją za to, że zapomina... o sobie, o
istocie tej wartości, którą zwie się cywilizacją zachodnią. Jeśli
Europa będzie dalej uznawała polską propozycję cywilizacyjną za
"chrześcijański przesąd" zacofanego ludu, to oddalając się od swych
życiodajnych źródeł osłabnie i w końcu ulegnie pogańskim najeźdźcom.
Nie będzie to kolejny kryzys jeszcze jednej cywilizacji, która wie
że jest śmiertelna - to będzie koniec samego Człowieka. Wszak tylko
chrześcijaństwo, zdaje się mniemać Poeta, zdolne jest powołać do
życia osoby, te najwyższe formy istnienia. Był więc nasz natchniony
profesor absolutnie prozachodnim liberalnym humanistą, wiernym tradycji
i otwartym na zmiany. Tyle tylko, że maksymalnie konsekwentnym.
4. Tu wkraczamy nieśmiało na grunt
przepowiedni dotyczących przyszłych losów świata. Niechętnie wypowiadał
się bezpośrednio na temat przyszłości, przynajmniej nie tak często
jak ci, co chcieli go ośmieszyć wołając: "Niech nam prorokuje!"
Z kilku sugestii daje się jednak odtworzyć pewna wizja.
Mickiewicz chciał być posłusznym, ortodoksyjnym
członkiem Kościoła. Ale współczesnego sobie Kościoła nie lubił,
zaś w samej jego organizacji widział jedynie formę przejściową przyszłej
wspólnoty wiernych. Jak każdy twór ludzki, Kościół w swym ziemskim
wymiarze trwa, tzn. rozwija się, przez wierność tradycji. Sednem
owej tradycji jest tajemnica Objawienia, poddana nieustającej interpretacji.
W interpretacjach jawi się Prawda, ale w formach prawd aktualnych,
które zawierają w sobie odblask Prawdy wiecznej. Postęp i wierność,
trwanie i zbliżanie się do Tajemnicy polega zatem na ciągłym otwieraniu
się na nowe prawdy. "My wierzymy - głosi Poeta - że pierwszym warunkiem
otrzymania nowej prawdy jest pełnić poprzednio prawdę dawną..."
Ale nie głosząc ją literalnie, lecz potwierdzając, świadcząc o niej
czynem. W tym postępowym konserwatyzmie nie ma sprzeczności, jeśli
zrozumiemy co znaczy słowo: kontynuacja. To nic innego jak wywiedziona
z przeszłości teraźniejszość, tylko cokolwiek dalej. Kontynuacja
polega na naśladowaniu, nie zaś powtarzaniu, postawy tych "wzorcowych
wiernych" w czynach własnych, a więc zawsze niepowtarzalnych. Postulat
nowości jest prostą konsekwencją nakazu wierności samemu sobie,
szczerości czy autentyczności, jakbyśmy dziś powiedzieli. Rzec by
można iż jedynym sposobem na utrzymanie trwałych zasad jest permanentna
ewolucja obyczajów. Nie chodzi jednak w żadnym razie o jakieś dostosowanie,
przeciwnie - należy wyznaczać cele na przyszłość, dziś jeszcze nieosiągalne,
by ku nim kierować wolę jednostek. To, jak się zdaje, nie podobało
się Poecie w ówczesnym Kościele, którego chciał być posłusznym,
ale i odpowiedzialnym wspólnikiem. Widział w nim obrońcę politycznego
interesu zmaterializowanej Europy, co oznaczało zapomnienie o właściwej
Kościołowi misji - wierności samej istocie Objawienia, a więc nieustającej
niewierności wobec zawsze cząstkowych jego ujęć. Aktualizując, można
zaryzykować stwierdzenie o właściwym Mickiewiczowi "posoborowym"
rozumieniu roli Kościoła w życiu społecznym. Zaskakująco zbliża
go to do pisarza, którego nikt wówczas nie słuchał do Cypriana
Kamila Norwida, jednego z duchowych mistrzów młodości Karola Wojtyły.
Wiadomo, że Kościół był dla Mickiewicza modelem
przyszłej cywilizacji. Ale nie Kościół jako instytucja przecie,
nie tolerował on bowiem właściwie żadnej formy organizacyjnej. Dlatego
wolał mówić o sile organizującej niż o formie instytucji społecznych.
W tradycji zdeponowane jest natchnienie, które jak powiada: "wnikając
w historię, stawać się będzie coraz silniejsze." Ta siła fatalna
będzie więc raczej rozsadzać instytucję Kościoła, by móc niejako
wypłynąć na zewnątrz i wsiąknąć, przeniknąć "życie polityczne ludów",
a więc samo centrum osoby, której czyny to życie tworzą. Jeśli jednak
ludzkość (na przykładzie Polaków) tworzyła instytucje, to jedynie
po to, by "rozwijać ducha ludzkiego, utrzymywać go ciągle w czujności,
sprawiać, by czuł własną godność, by w każdej chwili rozumiał swoje
obowiązki." Wysiłek zmierzający do tworzenia instytucji jest tylko
wtedy moralnie uzasadniony, jeśli zakłada ich chwilowość, przejściowy
charakter. Przeto polityka zmierzająca do usprawniania funkcjonowania
instytucji życia zbiorowego, (np. przyjęta na zachodzie kompromisowa
zasada parlamentarnej większości zamiast idealnego liberum veto),
staje się zalążkiem nieuniknionych kryzysów. Niefunkcjonalność instytucji
politycznych dawnej Polski nie tylko ich nie kompromituje, ale wręcz
nobilituje - i kole w oczy tych, którzy dążą w istocie do tego samego,
ale załamują się po drodze. Paryski profesor narażał się modnym
naonczas heglistom, którzy Ducha Wiecznego Rewolucjonistę chcieli
zamknąć w klatce pruskiego państwa jako celu kategorycznych obowiązków
jednostki, ale narażał się i konserwatystom przywiązanym do obyczajów
i form, choćby za ciasne już były dla pomieszczonej w nich treści.
Ani francuskie państwo, ani rzymski Kościół nie
mogły tolerować anarchisty, który przepowiadał im kres..., choć
może jeszcze nie dzisiaj. Skoro bowiem religijne, chrześcijańskie
natchnienie rozprzestrzeni się i przeniknie formy życia zbiorowego
oraz dusze ludzkie, żadne specjalne naczynie nie będzie mu potrzebne.
Zadaniem chrześcijanina okazuje się zatem nie czyn zmierzający do
budowania jakiegoś "chrześcijańskiego ustroju", lecz działanie na
rzecz ustawicznego nasączania chrześcijańskim duchem tego, co jest.
Mickiewicz przestrzega, by nie przywiązywać się zanadto do politycznych
pomysłów, bo one są tylko narzędziem! Poeta nie był więc po żadnej
stronie: głosił kult cesarza-rewolucjonisty, przywiązanie do feudalnej
Europy, niechęć do francuskich rojalistów, wiarę w barbarzyńskich
Słowian i dziejową misję Zachodu. Współpracował z lewicową "Trybuną
Ludów" i formułował program polityczny wywiedziony z Ewangelii,
chciał być wiernym synem Kościoła, którego kres widział jako spełnienie
jego ziemskiej misji... Czy ten całkowity brak poglądów dałoby się
jakoś nazwać z dzisiejszej perspektywy, z historycznego dystansu?
Jaki jest ten nasz punkt obserwacji? Czy nie żyjemy
aby w takim chaosie i zagubieniu, że nie potrafimy cokolwiek poddawać
ocenom? A może właśnie ten drżący, niepewny obraz jest tym, co widzą
wizjonerzy? Konstytucja II Soboru Watykańskiego Gaudium et spes
powiada: "Sama historia tak bardzo bieg swój przyspiesza, że poszczególni
ludzie ledwo mogą dotrzymać jej kroku. Los wspólnoty ludzkiej ujednolica
się i już nie rozprasza się między różne niejako historie. Tak ród
ludzki przechodzi od statycznego pojęcia porządku rzeczy do pojęcia
bardziej dynamicznego i ewolucyjnego..." Czyż to nie jawny znak
działania "natchnienia", które przeniknęło w historię? Jak ma w
tym świecie działać wspólnik wiernych owemu natchnieniu, członek
Kościoła pielgrzymującego? "Kościół posłany do wszystkich ludów
jakiegokolwiek czasu i miejsca - czytamy w soborowej konstytucji
- nie wiąże się w sposób wyłączny i nierozdzielny z żadną rasą czy
narodem, z żadnym partykularnym układem obyczajów, żadnym dawnym
czy nowym zwyczajem." Nie oznacza to wbrew pozorom odrębności, która
miałaby zapewnić Kościołowi trwałość. Zaraz bowiem pojawia się myśl,
której konsekwentna kontynuacja zapowiada... co? Nową epokę? "Wierny
swej własnej tradycji i zarazem świadomy swej uniwersalnej misji,
potrafi nawiązać łączność z różnymi formami kultury, przez co bogacą
się zarówno sam Kościół, jak i różne kultury." Niezwykle konsekwentny
w myśleniu Mickiewicz doszedłby chyba ostatecznie do wniosku, że
Kościół i instytucje cywilizacyjne, Ewangelią nasycone, zleją się
kiedyś w jedno.
Ten usunięty ponoć za fanatyzm polityczny profesor
głosił niezmiennie sprzeciw wobec każdej ziemskiej ideologii. Taka
postawa nie sprzyja zawieraniu przyjaźni i sojuszy. Postać wiernego
zdrajcy towarzyszy Poecie od czasów młodzieńczego poematu o tragicznym
rycerzu. Być może jest to model Polaka, wszak powiadał Wieszcz,
że "zdrajca" to najbardziej polski z bohaterów literackich. Polacy
- jasno ukazują to prelekcje dla europejskiej elity - zdradzili
paneuropejski kompromis, i nie dość, że przegrali, to jeszcze bezczelnie
mają się za zwycięzców. Ot, niedojrzały naród, który chce urzeczywistnić
coś, o czym każdy prawdziwy Europejczyk wie, że nadaje się najwyżej
na temat referatu.
ARTUR GRABOWSKI, ur. 1967, pisarz, wykładowca UJ, mieszka w Krakowie
i Rzymie.
Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.
POCZĄTEK
STRONY |