|

Temat miesiąca
Bezsilność czy oportunizm? Kościół wobec nazizmu
Umiejętność rozeznania duchów
Donald Nicholl
Wiele
razy zdarzyło mi się zadawać Niemcom pytanie, które w pierwszych
latach po wojnie zaprzątało myśli każdego z nas: "Jak mogło zdarzyć
się coś tak potwornego w jednym z najbardziej rozwiniętych kulturowo
państw świata?". I po wielekroć otrzymywałem taką oto odpowiedź:
"Was uns gefehlt hat war die Gabe der Unterscheidung der Geister"
- "To, czego nam zabrakło, to zdolność rozeznania duchów. Rozumiałem
oczywiście dosłowny sens tego sformułowania: uważali, że nie docenili
potęgi zła, jaka narodziła się w Niemczech wraz z powstaniem narodowego
socjalizmu. Jednak zdanie to prześladowało mnie przez ponad ćwierć
wieku i ilekroć pojawiało się w mojej głowie, skłonny byłem podejrzewać,
że kryje się w nim coś więcej, niż odnajdujemy w literalnym sensie.
To głębsze znaczenie dane mi było odkryć dopiero ćwierć wieku później,
kiedy zdarzył mi się pewien incydent w szatni centrum sportowego
na kampusie w Santa Cruz. Usłyszałem tam pewnego dnia, jak pewien
instruktor rozmawiał ze studentem o Justynie (później dowiedziałem
się, że to tytuł powieści Markiza de Sade). Powieść ta uczy - usłyszałem
- że "jeśli raz jeden uda ci się zjeść gówno, będziesz zdolny do
wszystkiego". Instruktor, jak sądzę, pochwalał tego typu liberalizm,
zgodnie z którym jeśli zdołasz przełamać barierę oddzielającą pożywienie
od gówna, znikną wszystkie inne.
Dla mnie
jednak ta uwaga nabrała bardziej mrocznego sensu i natychmiast,
choć w dość niejasny sposób, skojarzyła mi się z niezdolnością do
"rozsądzania duchem", discretio spiritum, jak Wulgata tłumaczy
ową frazę z listu św. Pawła do Koryntian . Poszukując źródeł tego
dziwnego skojarzenia, przyjrzałem się etymologii słowa discretio
i - ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu - odkryłem, że pochodzi ono
od greckiego skhor oznaczającego ni mniej, ni więcej, ale
właśnie "gówno". Zatem osoba, której brakuje dyskrecji w najgłębszym
sensie tego słowa, to ktoś, kto nie potrafi odróżnić gówna od tego,
co nim nie jest; ktoś, kto, mówiąc słowami wojskowej piosenki "Cant
tell sugar from shit" - jest tak pozbawiony rozwagi, że zjadłby
gówno, myląc je z cukrem.
Nic dziwnego
zatem, że naziści chętnie posługiwali się właśnie takim obrazem.
Hitler na przykład mówił o sobie, że jest magnesem, którego zadaniem
jest przyciąganie do siebie tego, co żelazne, w kupie gówna, jaką
jest naród niemiecki. Pamiętam także, jak strażnicy w obozach koncentracyjnych
witali nowych więźniów napomnieniem, że tutaj "...każdy jest tylko
gównem. I im wcześniej to zrozumiecie, tym dla was lepiej" - dlatego
muszą przestać myśleć o sobie jako o doktorze takim a takim, profesorze
czy ministrze takim a takim. Strażnicy ponadto znajdowali szczególną
przyjemność w zmuszaniu Żydów do sprzątania ekskrementów, instynktownie
przeczuwając, że Żydzi, z ich rytualnymi wymogami czystości, są
szczególnie podatni na tę formę upokorzenia. Dla ludzi zakorzenionych
w swojej odmienności, wytyczających ścisłe granice między tym, co
czyste, a tym, co nieczyste, niemożliwość odróżnienia cukru od gówna
jest równoznaczna z wtrąceniem ich w świat chaosu (tohu wa bohu),
gdzie każdy zatracić musi swoją tożsamość.
Rozważając
wszystkie te zbieżności, wkrótce dostrzegać zacząłem głębsze znaczenie,
jakie kryło się za stwierdzeniami moich niemieckich rozmówców z
okresu powojennego, że u zarania rządów Hitlera zabrakło im daru
"rozeznania duchów", discretio spiritum. Łatwiej przyszło
mi to zrozumieć, kiedy pewnego dnia grupa moich niemieckich rozmówców
zaczęła dyskutować o tym, dlaczego ten czy inny aspekt nazistowskiego
ruchu okazał się dla nich przynajmniej chwilowo atrakcyjny: dla
niektórych był to nacisk położony na zdrowe wartości moralne przeciwstawione
bezpodstawnemu kosmopolityzmowi; dla innych była to nadzieja zbudowania
nowej społeczności nietrawionej przez dyskryminację klasową etc.
Ale był wśród nich pewien człowiek, który ani na chwilę nie dał
się nigdy porwać nazistowskim obietnicom. Wspominali, jak pewnego
dnia podczas dyskusji o tym, które z idei nazistowskich nadają się
do podjęcia i wcielenia w życie, Carl Josef, zazwyczaj milczący,
powiedział: "Nie wolno wam zadawać się z takimi ludźmi. Wystarczy
posłuchać ich okrzyków: ťNiech Niemcy się przebudzą! Niech giną
ŻydziŤ. Nie musicie nic więcej wiedzieć".
"Nie musicie
nic więcej wiedzieć". Oto najważniejsze przykazanie, które zostało
zignorowane przez tak wielu intelektualistów, ponieważ na tym między
innymi polega zawodowa deformacja ludzi nauki, że chcą wiedzieć
więcej, niż potrzebują. Wiele lat temu siłę tego przykazania wyraził
jasno poeta Gerard Manley Hopkins, kiedy pisał, że musimy "przylgnąć
do tego, co dobre, a złu nawet nie dać w sobie posłuchania". Stwierdzenie
takie jest oczywiście czymś na kształt herezji dla wielu intelektualistów,
dla których wysłuchanie wszystkiego, choćby najgorszego, jest oznaką
tolerancji, ponieważ wyobrażają sobie naiwnie, że samo obcowanie
ze złymi ideami nie może mieć żadnych negatywnych skutków, i nie
zdają sobie sprawy z tego, jak ambiwalentne może się ono okazać
- rzadko bowiem od razu widać, kto jest Salome, a kto Herodem. Ich
tolerancja opiera się także na iluzji, że potrafią oddzielić idee
od czynów.
W średniowieczu
ludzie o wiele lepiej zdawali sobie sprawę ze złowrogiej mocy idei
i zgubnych skutków fascynacji nimi. Wrażliwość ta wyrażana była
za pomocą tych samych środków, które służyły ekspresji fascynacji
złem czy diabłem. Portale budowanych w wiekach średnich kościołów
witają nas figurami pięknych młodych mężczyzn. Jednak jeśli przyjrzeć
im się pod nieco innym kątem, wydają się nagle brzydkie i groźne.
Na tym polega zło - piękny młody człowiek okazuje się diabłem. Średniowieczni
artyści w pełni rozumieli, na czym polega fascynacja złem, i zdawali
sobie sprawę z palącej potrzeby "rozeznania duchów" - podobnie jak
współcześni im mistycy. Diabeł, według Chmury niewiedzy,
ma tylko jedno nozdrze, pozbawiony jest zatem tej przegrody, która
w ludzkim nosie symbolizuje duchowy wgląd, za pomocą którego człowiek
może odróżnić "dobro od zła, zło od tego, co jeszcze gorsze, i to,
co dobre, od tego, co lepsze, zanim wyda sąd o tym, co słyszy lub
widzi wokół siebie" .
Ten fragment
Chmury... wiąże się oczywiście ze spostrzeżeniem, że jednym
z pierwszorzędnych aututów historyka jest posiadanie "dobrego nosa".
Trzeba umieć wyczuć groźbę zła i samo zło z oddali, poczuć, co wrze
w kotle historii świata. Inaczej możemy podzielić los najbliższego
z doradców Hitlera, Alberta Speera, który w późniejszych czasach
wyjaśniał, na czym polegało jego zauroczenie Hitlerem: "Wpadłem
w ręce Hitlera - mówił - zanim w ogóle zdołałem pojąć, co się dzieje"
. Ponieważ nie zadowalało go "przylgnięcie do tego, co dobre", i
dał posłuch złu, zbudził się zbyt późno; zło zdążyło już zapuścić
w nim korzenie. Umiejętności "rozeznania duchów" potrzebujemy po
to właśnie, by nie dopuścić, aby coś podobnego nam się wydarzyło,
by już z daleka rozpoznać zapach zbliżającego się zła i mieć świadomość,
że to zło właśnie. Jak to wyraziła Elizabeth Wiskemann - dać się
omamić Hitlerowi "w rzeczywistości nie miało nic wspólnego z przynależnością
do określonej szkoły myślenia, to była kwestia zdolności zrozumienia,
że może on być nikczemny".
Weźmy najbardziej oczywisty i zarazem przerażający przykład: wyobraźmy
sobie, że ci spośród Niemców, którzy głosowali na Hitlera w 1933
roku z niechęci do Żydów, wiedzieliby już wtedy, do czego doprowadzi
ich postawa. Czy postąpiliby wówczas tak samo? Gdyby w 1933 roku
mogli przewidzieć, że droga, na którą zostali zaproszeni, w ciągu
dwunastu lat nieuchronnie doprowadzi do eksterminacji sześciu milionów
istnień ludzkich, czy nie odmówiliby postawienia pierwszego kroku?
Bo musimy pamiętać, że ten pierwszy krok, zarówno wówczas, jak i
dziś, wydawał się nie mieć żadnych poważnych konsekwencji - był
to po prostu jeden z tych "niewielkich aktów tchórzostwa", od których,
zdaniem doktora Hautvala, "zaczynają się wszystkie nieszczęścia
świata". O tym, w jak bezszelestny sposób stawiany bywał ten pierwszy
krok, poruszająco opowiada w Słupie ognia Karl Stern, opisując
swój powrót do domu ze studiów medycznych w Monachium . Po opuszczeniu
pociągu na stacji w małym bawarskim miasteczku, które od pokoleń
było domem jego żydowskiej rodziny, spostrzega, że sąsiedzi, których
spotyka w drodze do domu, podzielili się na tych, którzy wciąż pozdrawiają
jego i towarzyszącego mu ojca tradycyjnym "Grüss Gott",
tych, którzy już tego nie robią, oraz takich, którzy właśnie teraz
zaczynają pozdrawiać ich w poczuciu nowo odkrytej solidarności z
narodem żydowskim. To poprzez takie małe akty tchórzostwa i odwagi,
pozdrawiania i niepozdrawiania, stawiane są owe pierwsze kroki -
kroki, których konsekwencje dają się przewidzieć tylko dzięki umiejętności
"rozeznania duchów".
Często
zapominamy o tym, jak łatwo w pierwszych dniach nazistowskiego reżimu
można było wyobrażać sobie, że jego działania nie mają większego
znaczenia, ponieważ nowy porządek - zgodnie z powszechnymi oczekiwaniami
- ma wkrótce przeminąć. Attaché wojskowy sowieckiej ambasady
w Berlinie jeszcze 30 stycznia 1933 roku utrzymywał "że nie ma najmniejszej
wątpliwości, iż reżim Hitlera ma łatwą do przewidzenia przyszłość".
Tego zdania było również wielu innych obywateli, ponieważ zagwarantowanie
sobie totalitarnej władzy nad krajem zajęło narodowym socjalistom
sporo czasu. Duchownym można wybaczyć przekonanie, iż udało im się
odsłonić pęknięcia w totalitarnej fasadzie nazistowskich Niemiec,
kiedy w październiku 1934 roku przyczynili się do zdymisjonowania
Augusta Jägera, mianowanego przez nazistów na stanowisko administratora
Kościoła ewangelickiego w Rzeszy. Do otwartego konfliktu doszło
wówczas, gdy Jäger podjął próbę usunięcia ze stanowiska protestanckiego
biskupa Wirtembergii Theo Wurma oraz biskupa Bawarii Hansa Meisera
- próbę, która doprowadziła do burzy protestów kongregacji protestanckich
w całej Bawarii i Wirtembergii, a ostatecznie do dymisji Jägera.
Zdawać się wówczas mogło, że wystarczy stawić silny opór, by zabrać
nazistom ich pewność siebie.
I znów,
w sierpniu 1937 roku, zespół sędziowski uwolnił protestanckiego
biskupa Dibeliusa od zarzutu złamania prawa konspiracyjnego - i
to mimo iż oskarżenie wspierało się na mocy i autorytecie gestapo.
Jeszcze bardziej znamiennym wydarzeniem było powstrzymanie przez
ministra sprawiedliwości projektów nazistowskiego ministra do spraw
kościelnych Hansa Kerrla mających na celu wysłanie Dibeliusa do
obozu koncentracyjnego. Później, w marcu 1938 roku, Martin Niemöller,
ów kolec w ciele Hitlera, uwolniony został od głównych zarzutów,
które doprowadziły do jego aresztowania na osobisty rozkaz Führera.
To prawda, że Niemöller został uwięziony natychmiast po opuszczeniu
budynku sądu - niemniej jednak wszystkie te zdarzenia pokazują,
że narodowi socjaliści nie mieli tak silnego wpływu na Niemcy, jakim
w tym samym okresie dysponował na przykład Stalin wobec Rosji. Pomagają
nam także zrozumieć, jak łatwo było - tym, którzy nie chcieli stawić
czoła istotowo złej naturze reżimu - zasłaniać się iluzją, że wkrótce
nadejdzie jego kres. Nawet wielu spośród Żydów - tych, którzy mieli
wszelkie dane po temu, by spoglądać na ów ruch z najwyższą przenikliwością
- nie rozpoznali jego rzeczywistych rozmiarów. Wielki exodus
Żydów z Niemiec nie rozpoczął się przez końcem 1938 roku; i nawet
jeszcze później byli tacy, którzy wciąż wierzyli, że wkrótce będą
mogli do Niemiec powrócić.
Nie zamierzam
jednak w tym miejscu winić ludzi z rozmaitych sfer niemieckiego
społeczeństwa, którzy pozostali ślepi na prawdziwą naturę narodowego
socjalizmu. Podobnej iluzji ulegli przedstawiciele wszystkich narodów
i klas społecznych.
Dalsza
część tego artykułu poświęcona będzie raczej pytaniu, jak dalece
jedna konkretna społeczność Niemców odpowiedziała na wyzwanie "rozeznania
duchów", które narodziły się w tym kraju w latach 20. i 30. Chciałbym
przyjrzeć się bliżej niemieckiej społeczności Kościoła rzymskokatolickiego,
ponieważ na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że społeczność
katolicka opowiedziała na to wyzwanie w sposób głęboko słuszny.
Nie tylko wśród członków ruchu nazistowskiego trudno było znaleźć
jakiegokolwiek katolickiego prominenta, ale wręcz mówiono o biskupach
katolickich, że żadna inna grupa o podobnym znaczeniu w życiu publicznym
Niemiec nie stawiła tak stanowczego oporu w tak krótkim czasie.
Rzecz
jasna, fundamentalna opozycja między katolicyzmem i narodowym socjalizmem
już na samym początku została rozpoznana przez wielu katolickich
myślicieli. Znalazła ona swój nazbyt płomienny wyraz w 1923 roku,
kiedy współpracownik Hitlera w puczu monachijskim generał Ludendorff
wykorzystał swój proces, by przypuścić niepohamowany atak na Kościół
katolicki. Niemniej dopiero w roku 1930, a więc w czasie gdy naziści
uzyskali realną władzę w kraju, opozycja ta została społecznie ugruntowana.
Jesienią tego roku pewien kapłan z Kirschhausen w diecezji mogunckiej
wygłosił kazanie skierowane przeciwko filozofii narodowego socjalizmu,
dając w nim jasno do zrozumienia, że każdy, kto pod tą filozofią
chciałby się podpisać, jednocześnie pozbawia się prawa do kościelnych
sakramentów. Ksiądz został zadenuncjowany gauleiterowi Hesji przez
sympatyka nazistów, gauleiter zaś dostrzegł okazję, by poruszyć
nieśmiertelny i nader podniecający dla tłumów temat mieszania się
kleru do spraw politycznych. Złożył protest u odpowiedniego przełożonego
- biskupa Moguncji dr. Mayera - i otrzymał w odpowiedzi więcej,
niż się spodziewał: jasne i niedwuznaczne potwierdzenie przepaści,
jaka dzieli narodowy socjalizm od wiary katolickiej.
Sprawa
odpowiedzi udzielonej przez biskupa została wkrótce podjęta w bardziej
formalny sposób przez kolejnych niemieckich biskupów w ich listach
pasterskich. Pierwszym, który to uczynił w liście pasterskim z 1
stycznia 1931 roku, był kardynał Bertram, biskup Wrocławia; w lutym
dołączył do niego biskup Faulhaber z Monachium, a następnie w kolejnych
miesiącach biskupi Kolonii, Paderbornu, Fryburga itd. Każdy z hierarchów
nieco inaczej podszedł do zagadnienia, ale ich wspólne działania
zmierzały do tego, by nawet najmniej uczony z Niemców zrozumiał,
że członkostwo w partii nazistowskiej oznacza odcięcie od sakramentów
Kościoła katolickiego.
Temu zdecydowanemu
sprzeciwowi wobec narodowego socjalizmu ze strony biskupów katolickich
towarzyszyła wyrażona w listach pasterskich stanowcza zachęta, by
wierni oddawali swoje głosy na Partię Centrum, jedyne ugrupowanie
poza Partią Socjaldemokratyczną, które mogło pochwalić się niezachwianą
lojalnością wobec demokratycznych instytucji republiki weimarskiej.
Przez następne dwa lata owi rzecznicy niemieckiej społeczności katolickiej
stale przestrzegali swoich wiernych przed pogaństwem narodowego
socjalizmu i komunistycznym ateizmem, aż do czasu ogłoszenia listów
pasterskich podczas przygotowań przed wyborami do Reichstagu 5 marca
1933. Wówczas jednak, dokładnie 28 marca tego roku, przez biskupów
zgromadzonych na konferencji w Fuldzie została wydana instrukcja,
w której potwierdzali, iż wyłoniony w wyborach 5 marca nowy rząd,
któremu przewodził Adolf Hitler, stanowi prawowitą zwierzchność
nad narodem niemieckim (rechtmässige Obrigkeit) i tym samym
naród ów, łącznie z katolikami, winien jest mu posłuszeństwo; w
konsekwencji zakaz włączania się katolików w struktury partii nazistowskiej
został zniesiony.
Co takiego
wydarzyło się podczas owych trzech tygodni poprzedzających deklarację,
że możliwy stał się zwrot w polityce Kościoła, który można opisać
jedynie jako drastyczny i zgubny zarazem?
Klucza
do odpowiedzi na to pytanie szukać należy w liście wystosowanym
przez kardynała Bertrama z mocy piastowanego przez niego stanowiska
przewodniczącego konferencji w Fuldzie (konferencji biskupów z północnej
części Niemiec), datowanego 25 marca. List ten, rozesłany do wszystkich
niemieckich biskupów, zawierał polecenie dotyczące zmian w polityce
wobec partii nazistowskiej, które w trzy dni później ogłoszono publicznie.
Kończyło się ono słowami: "Potrzeba chwili zmusza nas do podjęcia
szybkiego działania. Wysyłam zatem podstawową wersję instrukcji
w dwóch egzemplarzach. W razie potrzeby wprowadzenia zmian proszę
o odesłanie pocztą poprawionej wersji. W innym wypadku proszę o
przesłanie telegraficznej odpowiedzi ťprzyjętoŤ lub ťodrzuconoŤ"
.
Nie ma
potrzeby podkreślać, jak niezwykły to list: proponuje się w nim
radykalną zmianę w polityce niemieckiego Kościoła wobec narodowych
socjalistów, a biskupi proszeni są o poparcie tej zmiany w liście
zwrotnym! List sam w sobie wystarczająco dobitnie świadczy o rozgorączkowaniu
biskupa Bertrama - nie wspominając już o biskupach, którzy podpisali
się pod jego propozycją. Bo chociaż biskupi podporządkowali się
projektowi Bertrama, wielu z nich uczyniło to z ciężkim sercem i
wbrew swemu przekonaniu. Szczególnie dotyczy to biskupa Eichstätt,
grafa von Preysing, który w najostrzejszy sposób zaprotestował przeciwko
trybowi, w jakim przeprowadzono całą operację. I niemal natychmiast,
w ramach przygotowań do konferencji biskupów w Fuldzie planowanej
na 31 maja, w Święto Zesłania Ducha Świętego, rozpoczął pracę nad
mistrzowskim memorandum. Wyłożone w nim zostały, jeden po drugim,
powody, dla których narodowy socjalizm stanowi diametralne przeciwieństwo
nauki Kościoła katolickiego. Jego autor nalegał, by szczegółowy
wykaz tych rozbieżności ogłoszony został w formie listów pasterskich
przez wszystkich biskupów, tak aby wierni katoliccy otrzymali krystalicznie
czystą wykładnię granic swojej przynależności do nowego reżimu.
Przede wszystkim zaś ostrzegał przed uleganiem słowom, których tradycyjne
skojarzenia mogły przyciągać wierzących ku nazistom - słowom takim
jak "Bóg", "chrześcijaństwo", "moralność", "sprawiedliwość" itp.
- które w ustach nazistów nabierały przewrotnego i zwodniczego sensu.
Von Preysing
nie zdołał przekonać pozostałych biskupów do swojego projektu. W
ciągu tych kilku miesięcy między nim a kardynałem Bertramem narosła
niezgoda. Ich spór ciągnął się przez kolejne dwanaście lat, szczególnie
po roku 1935, kiedy von Preysing opuścił ciche bawarskie Eichstätt
i został mianowany biskupem Berlina. W ciągu wszystkich tych lat
napięcie między nimi wzrosło do tego stopnia, że von Preysing kilkakrotnie
poważnie rozważał rezygnację ze swojego biskupstwa w proteście przeciwko
uległości Bertrama wobec nazistów, lecz za każdym razem odwodził
go od tej myśli jego stary przyjaciel z Rzymu, Pacelli, który wkrótce
miał przybrać imię Piusa XII. Pierwszym zdarzeniem, które przywiodło
go na skraj rezygnacji, było udaremnienie przez Bertrama jego zamiaru
upublicznienia w imieniu wszystkich niemieckich biskupów listy oskarżeń
przeciwko reżimowi nazistowskiemu w późnych latach 30. Kolejnym
- wysłanie przez Bertrama osobistych życzeń z okazji urodzin Führera
w imieniu wszystkich biskupów i bez jakiejkolwiek konsultacji z
nimi.
Dramatyczny
konflikt między obydwoma hierarchami wzmagał jeszcze kontrast ich
osobowości i pochodzenia. Von Preysing pochodził z arystokratycznego
rodu i spokrewniony był z wielkim biskupem Münsteru, grafem von
Galen. Nie uczył się w szkołach katolickich - przeciwnie, w młodości
miał nauczyciela o bardzo antykatolickich poglądach. Jako bardzo
młody człowiek włączony został do służby dyplomatycznej książąt
bawarskich i dopiero w wieku lat 32 zdecydował, że zostanie księdzem.
Wyświęcony został niedługo potem, po skróconym do minimum przygotowaniu
kościelnym. Szybko otrzymał stanowisko sekretarza arcybiskupa Monachium.
Tak szybką karierę ułatwiły mu arystokratyczne koneksje; one również
pozwoliły mu przeniknąć aspiracje nazistowskiej demagogii. O działaniach
nazistów dobrze poinformowany przez grono tradycjonalistów skupionych
wokół czasopisma "Der gerade Weg", już w 1993 roku zauważył: "Wpadliśmy
w ręce gangsterów i głupców" .
Całkowicie
odmienną osobowość prezentował Bertram - wystarczy spojrzeć na fotografie
przedstawiające obydwu hierarchów. Z twarzy von Preysinga bije pewność,
ma spokój w oczach i mocną szczękę. Twarz Bertrama jest wąska, nos
ma cienki, oczy rozbiegane, małe usta i cienką szyję. Bertram pochodził
z klasy niższej; niemal całą swoją młodość spędził w instytucjach
kościelnych, gdzie otrzymał wykształcenie, które pozwoliło mu opracować
naukowo historię biskupstwa w Hildesheim. Jej pierwszy tom ukazał
się w 1899, ostatni zaś w 1925 roku. Był z natury swojej "człowiekiem
zza biurka - na starość chwalił się, że odkąd został biskupem,
nie wziął ani jednego dnia urlopu.
Jednak
klucza do zrozumienia późniejszego postępowania Bertrama - a w 1933
roku miał już 74 lata - szukać trzeba w jego latach młodzieńczych.
Potwierdza się tu prawda zawarta we wskazówce, że historyk winien
zawsze ze specjalną uwagą pochylić się nad pierwszym ćwierćwieczem
życia bohaterów swoich badań.
Bertram
urodził się w Hildesheim w roku 1859 i od początku swego świadomego
życia rozwijał się pod silnym wpływem Kulturkampfu, wojny, jaką
Bismarck wytoczył Kościołowi katolickiemu. Widział jezuitów wygnanych
z Prus; widział około tysiąca pruskich parafii pozbawionych pasterzy
- z dwunastu biskupów do 1878 tylko czterech pozostało w swoich
diecezjach. Drastycznie ograniczono wolność słowa głoszonego z ambon.
Studenci teologii zostali zobowiązani do studiów na uniwersytecie,
seminaria zaś poddane zostały kontroli państwowej lub, w wielu wypadkach,
po prostu zlikwidowane. To wszystko młody Bertram odczuł bardzo
osobiście, ponieważ zamknięto przed nim drogę do studiów kapłańskich
w jego rodzinnej diecezji Hildesheim i zmuszono, by ukończył je
jako swego rodzaju "kościelny uchodźca w takich ośrodkach jak Würzburg,
Innsbruck czy Rzym.
W rezultacie
do końca życia prześladowała Bertrama pamięć o Kulturkampfie. Często
powtarzał, że nigdy nie uczyni nic takiego, co mogłoby sprowadzić
na jego katolickich podopiecznych podobne prześladowania. Nade wszystko,
jak powiedział pewnemu jezuicie, nie dopuści nigdy do tego, by powtórzyły
się czasy, gdy wierni musieli umierać bez posługi duszpasterskiej.
Żywa pamięć Kulturkampfu przywiodła Bertrama do jego zdumiewającej
postawy wobec nazistów, kiedy to raz po raz słyszymy, jak odpowiada
swoim towarzyszom nalegającym, by stawił bardziej stanowczy opór
narodowym socjalistom, że - przeciwnie - tylko ostrożna, chłodna
gra może uchronić Kościół od kolejnego Kulturkampfu. W roku 1940
na przykład powiadomiony został, że siły bezpieczeństwa odnotowały
widoczny brak entuzjazmu dla działań wojennych ze strony katolickich
księży z jego diecezji, co miało kontrastować z nastawieniem protestanckich
pastorów. Jego reakcją było ostrzeżenie duchowieństwa, by było bardziej
czujne i by przez swoje słowa i czyny nie sprowokowało kolejnego
Kulturkampfu wraz ze wszystkimi jego następstwami. A słowa te wypowiadał
w czasie, gdy w całym kraju działy się rzeczy najstraszliwsze z
możliwych, gdy nawet w jego własnej diecezji księża i wierni świeccy
wywożeni byli do obozów koncentracyjnych - w porównaniu z tym metody
Bismarcka można było nazwać łagodnymi. Ale obsesja pamięci Bertrama
była tak silna, że przesłaniała mu to, co działo się na jego oczach.
W dalszym ciągu zapewniał swoich oponentów: "To właśnie z szaleńcami
trzeba obchodzić się najdelikatniej. Trudno się więc dziwić słowom
von Preysinga wypowiedzianym pod adresem Bertrama: "Cnota roztropności
ma dla biskupa Wrocławia o wiele większą wartość niż cnota prawdy"
.
Ten rys
osobowości kardynała Bertrama wskazywać może, jak zgubne okazało
się to, że komuś o takim charakterze powierzono najważniejsze w
owym czasie stanowisko przewodniczącego konferencji biskupów w Fuldzie
w 1933 roku. O tym, jak ważne było to stanowisko, możemy się przekonać,
jeśli tylko uświadomimy sobie, jak mogliby się zachować podzieleni
biskupi, gdyby zwierzchnictwo nad nimi otrzymał von Preysing, a
nie Bertram. Musimy jednak wziąć także pod uwagę inne czynniki,
które wpłynęły na ich decyzje. Bo tak jak nie doszło do właściwej,
zwyczajowej konsultacji między biskupami, tak nie było także porozumienia
ani wzajemnego zaufania między trzema pozostałymi grupami uwikłanymi
w dylemat niemieckich katolików, to znaczy ich Partią Centrum w
Reichstagu, Watykanem oraz wiernymi jako głównym ciałem katolickiej
społeczności.
Dlaczego
zatem zabrakło konsultacji i zaufania między rozmaitymi grupami
wchodzącymi w skład tego, co generalnie uważano za nadzwyczaj zjednoczoną
organizację?
Po raz
kolejny prześledzić musimy przyczyny, cofając się do Kulturkampfu
i do zaskakującego faktu, że to w rzeczy samej katolik - bawarski
minister wyznań religijnych Johannes Lutz - zredagował dla Bismarcka
Kanzel-Paragraphen. Były to klauzule w nowych postanowieniach prawnych,
które pozwoliły karać w majestacie prawa za niemal każdy rzucony
z ambony krytyczny komentarz do polityki rządu.
Władze
Watykanu nie zapomniały nigdy o tej kolaboracji między katolickim
politykiem i Bismarckiem w strategii skierowanej przeciw Rzymowi
i od tego czasu całkowicie straciły zaufanie do tej grupy polityków
niemieckich. Zatem w roku 1878, kiedy papież Leon XIII postanowił
położyć kres rozdziałowi Kościoła i nowoczesnego społeczeństwa i
dojść do porozumienia zarówno z francuskim republikanizmem, jak
i z państwem pruskim, nie dokonał tego za pośrednictwem Partii Centrum
ani nawet niemieckich biskupów. Dążąc do zgody z Bismarckiem, uciekł
się do strategii, którą dziś nazywa się dyplomacją personalną, biskupów
i polityków niemieckich pozostawiając w mroku niewiedzy. Naturalnie,
odkrycie tego, co dzieje się za plecami lidera Partii Centrum Windorsta,
doprowadziło tego ostatniego do wściekłości i od tej pory nieufności
Watykanu wobec Patii Centrum zaczęła towarzyszyć równie silna niechęć
polityków do Watykanu.
Jako ilustracja
zgubnych efektów tej wzajemnej nieufności niech nam posłuży recepcja
bulli Leona XIII Plaeclara Gratulationis wydanej w 1894 roku. To
fascynujący dokument - chociaż mało kto w ogóle o nim słyszał -
ze względu na swój wyrazisty opis zła nieodłącznie tkwiącego w praktyce
konskrypcji (funkcjonującej obecnie w większości państw europejskich)
w i szaleństwie imperializmu, jakie zawładnęło większością rządów
w Europie. Nader dalekowzroczny książę Löwenstein był pod tak wielkim
wrażeniem głębokiej roztropności stwierdzeń bulli, że podjął starania,
by została podana do publicznej wiadomości jako jeden z zasadniczych
tematów dorocznego zjazdu niemieckich katolików (Katholikentag)
mającego się odbyć w 1895 roku. Odwiódł go od tego pomysłu przewodniczący
Partii Centrum, graf von Hertling, profesor filozofii na Uniwersytecie
Monachijskim, późniejszy premier Bawarii. Hertling słusznie ocenił,
że tego rodzaju dyskusja w 1895 roku potraktowana zostałaby przez
Berlin jako atak na niemiecki imperializm; niezależnie od sytuacji
uważał, że nie jest sprawą papieża mówienie niemieckim katolikom,
jak mają się zachowywać w Niemczech - o tym winna decydować Partia
Centrum. Długo trzeba by wymieniać nieporozumienia, jakimi charakteryzowały
się stosunki Watykanu i Partii Centrum przez kolejne czterdzieści
lat. Warto jednak zauważyć, że niechęć Watykanu pogłębiła się istotnie
podczas pierwszej wojny światowej, kiedy to Partia Centrum, próbując
dowieść swego patriotyzmu, starała się manipulować Watykanem jako
niemiecką bronią przeciw aliantom. Szczytem tej impertynencji była
chłodna sugestia publicysty Partii Centrum Erzbergera, że należałoby
usunąć patriotycznego kardynała Merciera z funkcji prymasa Belgii
i zastąpić monsignorem van Haylenem, biskupem Namuru, przychylnym
niemieckiemu okupantowi.
W efekcie
owego permanentnego braku zaufania aż do 1933 roku nie było niemal
żadnej łączności między Watykanem i Partią Centrum. Powstała między
nimi przepaść, którą udało się wypełnić arcyintrygantowi von Papenowi
przedstawiającemu się jako rzecznik niemieckiego katolicyzmu - mimo
że on sam wystąpił wcześniej z Partii Centrum i mimo iż do jego
snobistycznej frakcji katolickiej nie przyznawał się nawet jeden
na stu katolików. Ale to on 7 kwietnia 1933 roku przyjechał do Rzymu
z propozycją podpisania między Rzeszą i papiestwem konkordatu, którego
warunki, jak powiedział kardynał Pacelli, watykański sekretarz stanu,
były jak pistolet przyłożony do skroni. Pacelli oczywiście nie powiedział
tego publicznie - politycy Centrum nie mieli pojęcia o uczuciach,
jakie sekretarz żywił wobec konkordatu. Wiedzieli tylko tyle, że
Rzym po raz kolejny prowadzi negocjacje za ich plecami, tym razem
z dezerterem z ich własnych szeregów w postaci von Papena. Większość
z nich czuła, a tych kilku, którzy przeżyli, czuje do dziś, że zostali
sprzedani Niemcom przez Rzym. Do 4 lipca, a więc do dnia, kiedy
rozwiązali Centrum, byli już tylko zdemoralizowaną grupą ludzi niezdolną
do jakiejkolwiek radości z powodu podpisania konkordatu 20 lipca.
Chociaż
jednak politycy Partii Centrum byli podówczas jedynie zdemoralizowaną
grupą, inaczej rzecz się miała z wiernymi katolickimi, czwartą stroną
tej konfrontacji - stroną, o której dotąd milczeliśmy i o której
niemal w ogóle nie wspomina się w większości historycznych świadectw
tamtych czasów. Możemy przypuszczać, że była to społeczność jak
najbardziej godna zaufania, nikt jednak z jej liderów nie był w
stanie jej nim obdarzyć.
W ten sposób
znów wracamy do kardynała Bertrama: racje, jakimi posłużył się w
1933 roku, argumentując za zniesieniem groźby ekskomuniki dla katolików
będących członkami partii nazistowskiej, sprowadzały się bowiem
do wariacji na temat możliwych skutków jej pozostawienia, a więc
obarczenia wiernych brzemieniem zbyt ciężkim, by można się było
spodziewać, że je uniosą. Wskazywał na przykład protestantów, którzy
przystępowali do komunii w mundurach partii nazistowskiej i w jednym
szeregu, podczas gdy było to zabronione katolikom. W rezultacie
wielu katolików decydowało się uczestniczyć w sakramentach protestanckich
i w ten sposób już tylko krok dzielił ich od wystąpienia ze swojego
Kościoła. Co więcej, argumentował Bertram, partia nazistowska zapewniała
swoim członkom i ich rodzinom obuwie, ubrania i żywność, gdyby więc
nieugięcie trwać przy zakazie, wierni katoliccy zostaliby postawieni
przed trudnym do wyobrażenia wyborem między swoją lojalnością wobec
Kościoła a praktycznymi korzyściami wynikającymi z ich przynależności
partyjnej. Wreszcie Bertram poprosił swoich kolegów, by wzięli pod
uwagę to, iż w Niemczech istniało czterysta katolickich gazet, które
zatrudniały jakieś sto tysięcy ludzi. Podarowanie nazistom pretekstu
do ich zamknięcia naraziłoby więc życie mniej więcej trzystu tysięcy
ludzi, jeśli wziąć pod uwagę rodziny ich pracowników. Kto był gotów
wziąć na siebie odpowiedzialność za tę tragedię?
Zasadnicze
pytanie brzmi zatem następująco: czy Bertram słusznie ocenił granicę
wytrzymałości swoich wiernych? Musimy pamiętać, że podczas kolejnych
wyborów w republice weimarskiej, mimo wszelkich pokus ze strony
ekstremistycznych ugrupowań, katolickie poparcie dla Partii Centrum
nigdy nie spadło poniżej 40 procent. Oznacza to, że przez wszystkie
te lata jakieś cztery do pięciu milionów katolików twardo popierało
Partię Centrum, wykazując się lojalnością wobec republiki weimarskiej.
Z drugiej strony oznacza to oczywiście, że ponad połowa nominalnych
katolików regularnie głosowała wbrew radom swoich duszpasterzy.
Niemniej 40 procent stanowiło niezłą podstawę do budowania opozycji,
szczególnie wobec faktu, że okręgi wyborcze, w których przeważali
katolicy, "oparły się urokom narodowego socjalizmu o wiele mocniej
od okręgów protestanckich" , a pewne żarliwie katolickie rejony,
jak choćby Kolonia-Akwizgran, stały się prawdziwym przedmurzem chrześcijaństwa,
wobec którego hitleryzm okazał się bezsilny.
Dysponujemy
sporą liczbą przykładów na to, że wierni katoliccy wykazali większą
gotowość do duchowego sprzeciwu, niż spodziewali się po nich ich
biskupi. Te spośród katolickich gazet i czasopism, które toczyły
najbardziej zuchwałe pojedynki z partią nazistowską w latach bezpośrednio
poprzedzających dojście do władzy nazistów, w sposób spektakularny
podniosły swoje nakłady. "Die Junge Front" na przykład powstał w
1932 roku i w pierwszych tygodniach rozchodził się w ilości około
30 tysięcy egzemplarzy. Jego nakład sięgnął 100 tysięcy w 1934 roku,
kiedy to tygodnik został zlikwidowany z powodu karykatury podpisanej
"Goliat pogardzający narodem izraelskim", na której tytułowy bohater
został przedstawiony jako nazista. I jakby na dowód swojej nieugiętości
właściwie ten sam zespół redakcyjny w następnym roku założył niemal
identyczne pismo pod tytułem "Michael". W ciągu sześciu miesięcy
osiągnęło ono nakład 330 tysięcy i również zostało zamknięte, tym
razem z powodu "braku treści narodowosocjalistycznych". To wsparcie
dla katolickiego oporu nie było odosobnionym zjawiskiem - w tym
samym czasie podwoił swój nakład "Hochland", pismo katolickiej inteligencji,
oraz radykalnie katolickie "Rhein-Mainische Volkszeitung".
Nie mniej
aktywni byli katoliccy związkowcy skupieni wokół dziennika "Kettelerwacht".
To właśnie oni, 13 lipca 1934 roku, przygotowali demonstrację przy
grobie biskupa Kettelera w Moguncji, w chwili gdy Hitler przemawiał
za pośrednictwem radia do całego narodu niemieckiego; aż 20 tysięcy
katolickich robotników odbyło pielgrzymkę do grobu Kettelera. Do
chwili zawieszenia działalności ich gazety w 1938 roku, jej nakład
sięgnął stu tysięcy.
W roku
1935 przedstawiciele wszystkich tych grup - organizacji młodzieżowych,
związków zawodowych, stowarzyszeń akademickich itd. - spotkali się
w Moguncji. Grupy te (nazwane wówczas Verbände) przez wiele
lat, bo właściwie od czasu swojego powstania jako zapory dla polityki
Bismarcka, były dumą niemieckiego katolicyzmu. W 1935 roku ich spotkaniu
przewodniczył słynny lekarz Friedrich Dessauer, człowiek o niezwykłej
odwadze osobistej, mężnie znoszący liczne operacje raka skóry, którego
nabawił się w swojej pracy nad promieniowaniem rentgenowskim. Był
on także jednym z redaktorów "Rhein-Mainische Volkszeitung", którzy
tak stanowczo wystąpili 4 kwietnia 1933 roku w obronie Żydów. To
z jego inspiracji Verbände w Mainz wydało w 1935 cri
de coeur skierowany do niemieckich hierarchów zbierających
się na swoim dorocznym zjeździe w Fuldzie. Ten poruszający krzyk
serca niemieckich świeckich wyliczał cierpienia obywateli pod panowaniem
nowego reżimu i prosił swoich duszpasterzy, biskupów, by nakreślili
jasne zalecenia wskazujące wiernym, jak mają postępować w obliczu
każdego z zagrożeń, przed jakimi zostali postawieni. Przesłanie
Verbände kończyło się natrętnym zdaniem, że bez owych instrukcji
wierni staną się "męczennikami pozbawionymi mandatu" .
W odpowiedzi
15 sierpnia biskupi przesłali list przepełniony troską i życzliwością,
ale całkowicie nieadekwatny wobec rozpaczliwej bezradności, z której
zrodziła się prośba. Nie będzie więc chyba niesprawiedliwością powiedzieć,
że wierni rzeczywiście zostali wystawieni na "męczeństwo bez mandatu".
Od tego czasu katolicy już zawsze byli w odwrocie - odwrocie dobrze
zorganizowanym, ale jednak odwrocie.
Jakiej
zatem odpowiedzi udzieliła rzymskokatolicka społeczność Niemiec
na wyzwanie "rozeznania duchów", które pojawiły się w jej kraju
w latach 20. i 30.? Wbrew modnej w naszych czasach opinii poradziła
sobie nad wyraz dobrze: biskupi, duchowieństwo, Partia Centrum,
katolicki ruch robotniczy, inteligencja, wszystkie te grupy "aktywistów"
w ogromnej mierze dostrzegły zło w nazizmie na długo przed tym,
zanim udało mu się zapanować nad krajem. Wcale nietrudno połączyć
ze sobą cały korpus stwierdzeń wygłaszanych przez Bertrama, Sprolla,
Waltera Dirksa, Waldemara Guriana, Nikolausa Grossa - nawet, od
czasu do czasu, von Papena - by uzasadnić powyższą tezę.
Dlaczego
zatem niemieccy katolicy okazali się zbyt słabi, by zmienić bieg
historii? Z pewnością jeden z powodów można wyrazić następująco:
nie wystarczy, byś potrafił dostrzec zło, które zbliża się do ciebie
lub twojej rodziny. Musisz jeszcze umieć dostrzec zagrożenia, które
czyhają na innych. Oto kilka przykładów na to, jak rzadko dało się
słyszeć katolicki głos w obronie ludzi niebędących członkami Kościoła
katolickiego. Kiedy w sierpniu 1932 roku nazistowscy bandyci zamordowali
działacza komunistycznego w Potempie, nie odezwał się żaden katolicki
głos sprzeciwu. Kiedy na rozkaz Hitlera podczas nocy długich noży
dokonano rzezi na jego przeciwnikach politycznych, zarówno spośród
członków partii, jak i spoza niej, znów odpowiedzią była cisza.
Nawet długotrwałe prześladowania Żydów nie wywołały żadnego znaczącego
chóru niezgody. Oczywiście kardynał Faulhaber głosił swoje słynne
kazania adwentowe o judaizmie w monachijskiej katedrze, a druzgoczące
obalenie rasistowskich teorii Rosenberga autorstwa Wilhelma Neussa
rozeszło się w ponad 200 tysiącach egzemplarzy; zarówno jednak Faulhaber,
jak i Neuss, choć osobiście czuli wstręt wobec ataków na Żydów,
skoncentrowali się w swoich publicznych wypowiedziach na doktrynalnych
błędach zawartych w nazistowskim rasizmie, nie zaś na okrucieństwie,
jakie dotykało Żydów z krwi i kości. Dopiero w 1942 roku rzecznicy
Kościoła otwarcie przyznali, że jego powołaniem jest protestować
nie tylko wobec prześladowań samych katolików, ale też wówczas gdy
pozbawia się istot ludzkich, po prostu jako istot ludzkich, praw
danych im przez Boga. Takie stanowisko pojawiło się w wypowiedziach
Faulhabera, Fringsa i innych biskupów w latach 1942-1943 i był to
nadzwyczaj ważny krok ku zrozumieniu, że "rozeznanie duchów" nie
może kończyć się tam, gdzie zagrożona jest tylko nasza własna integralność.
Oczywiście
gwoli sprawiedliwości pamiętać musimy, że zanim wojna przywiodła
wrogów nazizmu do swego rodzaju braterstwa, rozmaite ugrupowania
religijne i polityczne w Niemczech były tak skłócone, że wydawało
się czymś niemal niewyobrażalnym - a nawet zuchwałym - by przedstawiciel
jednej z grup wypowiadał się w imieniu innej. Zacznijmy od tego,
że grupy te właściwie nigdy nie miały okazji spotkać się na gruncie
społecznym: katolicy uczęszczali do szkół katolickich, a protestanci
do protestanckich; socjaliści mieli swoich komików bawiących ich
dzieci, a komuniści swoich; Żydzi chodzili do żydowskich lekarzy,
a katolicy do katolickich; gdziekolwiek byli, cokolwiek robili -
modlili się, bawili czy chorowali - spotykali wyłącznie ludzi w
swoich barwach politycznych i religijnych. Żywili więc najdziwniejsze
przekonania na temat ludzi spoza swojej społeczności. Co więcej,
nierzadko miewali słuszne powody, by z podejrzliwością patrzeć na
to, co obce. Na przykład katolicy, o których tu mówimy, przed długi
czas wyczuleni byli na swój mniejszościowy status - w Drugiej Rzeszy,
jak mówił pewien żydowski obserwator, "rzymskiemu katolikowi o silnych
przekonaniach o wiele trudniej było osiągnąć wysokie stanowisko
w zgromadzeniach narodowych niż Niemcowi żydowskiego pochodzenia,
który był wyznawcą protestantyzmu" . I znów, w okresie republiki
weimarskiej, katolicy nękani byli i wystawiani na pośmiewisko w
związku z prowadzeniem szkół katolickich, konkordatem, ich nauczaniem
doktrynalnym, lojalnością wobec Rzymu i wieloma innym kwestiami,
najpierw przez wolnomyślicieli, później przez socjalistów, komunistów
i protestantów. Dla każdego, kto dobrze zna konkretne realia Weimaru
(a nie tylko abstrakcje moralnych osądów), przypuszczenie, że niemiecki
biskup rzymskokatolicki mógł wziąć na siebie rolę rzecznika przemawiającego
w obronie, powiedzmy, socjalisty czy protestanta, to czysta fantazja,
która przechodziła wszelkie wyobrażenia. Gdyby jakikolwiek biskup
w latach 20. podjął się pełnić rolę takiego rzecznika, najpewniej
uznano by jego zachowanie za bezczelne, a motywy za podejrzane.
W weimarskich Niemczech komuniści wypowiadali się w sprawach komunistów,
Żydzi w sprawach Żydów, a katolicy w sprawach katolików. Granice
lojalności wytyczone były wyraźnie i dopiero wówczas, gdy różne
grupy społeczne doświadczać zaczęły wspólnych prześladowań, możliwe
stało się ich zbliżenie. Pierwszą i bardzo bolesną lekcję otrzymali
niemieccy biskupi pod rządami nazistów - ale na drugą nie mieli
już szans, tak przynajmniej można sądzić, patrząc na Niemców, którzy
po wojnie tłumaczyli niezdolność do powstrzymania nazistów swoim
brakiem "rozeznania duchów". Bo, jak widzieliśmy, wielu z nich rozpoznało
zło rozwijające się w formie nazizmu, ale mimo to nie udało im się
stawić mu oporu w żaden widoczny sposób. To kolejny przykład sądu,
który bez trudu wypowiada się z perspektywy obecnych czasów; trzeba
wyraźnie powiedzieć, że pojęcie oporu (które ludzie mają dziś skłonność
traktować jako coś w pełni rozwiniętego i dostępnego od początku
świata) nie pojawiło się przed latami 30. Nawet wówczas jednak opór
szedł w parze z poczuciem winy, kojarzył się z nieposłuszeństwem
i przewrotem i wykuwał bardzo powoli na kowadle nazizmu. Symptomatycznym
przykładem trudności z wypracowaniem takiej idei jest Rosja, która
- choć miała równie wielką potrzebę - nigdy, jak się zdaje, nie
zdołała jej wykształcić.
Być może
najlepszą ilustracją nieudanej próby stawienia jakiegokolwiek efektywnego
oporu jest przypadek biskupa von Preysinga. Był to bowiem człowiek,
który - jak widzieliśmy - nigdy nie dał się zwieść co do istoty
nazizmu i bardzo wyraźnie wiedział, co należy zrobić. Nawet on jednak
nic nie zdołał uczynić. Wyrazem tej nieskuteczności jest to, iż
gdyby nie kolejne badania historyków, nadal nie mielibyśmy pojęcia
o jego pragnieniu otwartej konfrontacji z nazistami ani o liście
- dziś już dobrze znanym - który wysłał do papieża z prośbą o zabranie
głosu w obronie Żydów. Bo pozostaje faktem, że von Preysing nie
złożył swojego urzędu, kiedy Bertram składał gratulacje Führerowi,
ani nie zaangażował się w publiczną obronę Żydów. W jego wypadku,
tak jak w wielu innych, nie chodziło wcale o brak "rozeznania duchów"
ani z pewnością o brak odwagi. Zabrakło mu raczej zdolności przełożenia
swoich spostrzeżeń na konkretne działania na szczeblu politycznym.
Tak jak umierająca pielęgniarka, siostra Cavell, pokazała, że patriotyzm
to nie wszystko, tak historia niemieckich katolików pokazuje równie
jasno, że nie wystarczy posiadać umiejętność "rozeznania duchów".
Nie potrzebujemy
długo szukać, by odnaleźć w niemieckim katolicyzmie co najmniej
jeden czynnik, który leży u podstaw niezdolności katolików do przekucia
w czyn swoich spostrzeżeń. Czynnik ten ujawnił mi się wkrótce po
zakończeniu wojny, podczas całonocnej rozmowy z pewną osobą z Kolonii,
która nigdy nie poszła na kompromis z Hitlerem, rozmowy poświęconej
rozterce, przed jaką postawieni zostali chrześcijanie w okresie
nazistowskiej dyktatury. Przy jej końcu, akurat kiedy światło brzasku
wyostrzyło kształty wielkiej katedry na wprost okien mojego rozmówcy,
zapytałem, co można było zrobić w takiej sytuacji. "Nichts",
odpowiedział mój rozmówca, "Man kann nur leiden" - "Nic.
Można było tylko znosić cierpienie". Wspominając tę odpowiedź, zacząłem
postrzegać ją jako nurt w tradycji niemieckich katolików, który
paraliżował ich, kiedy należało zrobić coś efektywnego. Znoszenie
w milczeniu cierpienia uważane było w tych okolicznościach za właściwą
odpowiedź na ich dylemat. Oczywiście, ten paraliżujący czynnik nie
dotyczył wyłącznie katolików: miał także wpływ na postępowanie Żydów,
którzy szli na śmierć bez słowa, a także na tych spośród protestantów,
którzy widzieli w Hitlerze zło, ale czuli, że raczej muszą je znosić,
niż się go pozbyć. Ale moc tradycji milczącego cierpienia wśród
niemieckich katolików bardzo jasno pokazuje właśnie przykład von
Preysinga - człowieka, który zdawał sobie sprawę z potrzeby jej
przełamania i podjęcia publicznych działań, lecz wciąż pozostawał
okaleczony przez tę tradycję.
Drugą
stroną tego samego medalu był strach niemieckich biskupów przed
możliwymi skutkami sprowadzenia na swoich wiernych cierpienia. Jak
widzieliśmy, unieważnili nawet ekskomunikę sakramentalną dla członków
partii nazistowskiej, obawiając się rozterki duchowej, w jaką mogliby
wpędzić laikat. Podkreślmy raz jeszcze - nie był to strach o własną
osobę. Biskupi wystawiali się na ryzyko, na przykład wówczas gdy
chronili drukarzy i kolporterów papieskiej encykliki Mit brennender
Sorge, jawnie wymierzonej przeciw nazistom. Przyjęli politykę
czytania wszelkich listów pasterskich, które mogłyby wzburzyć nazistów,
najpierw we własnych kościołach katedralnych, później dopiero przesyłając
je do parafii, by tam odczytane zostały przez niższe duchowieństwo.
Mieli nadzieję, że w ten sposób ściągną na siebie ogień krytyki
i ochronią swoich podopiecznych, którzy w razie oskarżenia ze strony
reżimu zawsze będą mogli przysiąc, że po prostu wykonywali polecenia
swoich biskupów.
Nie można
zatem w uzasadniony sposób kwestionować odwagi niemieckich biskupów.
Ich postawa rodzi jednak kolejne pytanie kierujące nas ku głębinom
teologii. Czy nie było złem ze strony zwierzchności katolickiej
chronienie swoich wiernych przed grożącym im cierpieniem? Z pewnością
żadna odpowiedzialna osoba bezpośrednio nie będzie pragnęła cierpienia
innej osoby, ale czy nie istnieją takie okoliczności, w których
powinno się raczej pozwolić swoim podopiecznym cierpieć i umrzeć,
niż ochraniać ich za cenę grzechu? To możliwość, z którą niezwykle
trudno się mierzyć: który ojciec pozwoliłby swojemu synowi cierpieć
i umrzeć, jeśli mógłby temu zapobiec? Chrześcijanin w tym miejscu
nieuchronnie dostrzeże, że zgodnie z nauką chrześcijańską to właśnie
uczynił Bóg: nie było innej drogi, by ocalić ludzkość od grzechu
jak tylko cierpienie i śmierć Jego Syna.
Może ostatecznie
na tym właśnie polegał ów brak "rozeznania duchów" ze strony niemieckich
biskupów, iż nie byli przygotowani na to, by uwierzyć, że ich wierni
zdolni będą przeciwstawić się złym duchom obudzonym w Niemczech.
Przytoczyliśmy kilka świadectw postawy katolickich świeckich, które
sugerować mogą, że więcej było tych, którzy godzili się na męczeństwo,
niż ich przełożeni mogli przewidzieć. Można do nich dodać jeszcze
i to, że w tygodniku "Der gerade Weg" (z 19 czerwca 1932) ojciec
Ingbert Naab pierwszy użył pojęcia Widerstand; jego zdaniem
istniała ze strony katolików wystarczająco silna opozycja wobec
nazistów, by mieć pewność, że jeden na sześciu Niemców poparłby
ruch oporu. Za obliczeniami ojca Ingeberta przemawia to, iż pomiędzy
1933 i 1945 rokiem tylko 600 tysięcy niemieckich obywateli odeszło
z Kościoła katolickiego pomimo ogromnej presji, jaką na nich wywierano
- to procent o wiele mniejszy od liczby protestantów, którzy porzucili
swoje Kościoły. Wszystko to sugeruje, że katoliccy biskupi mieli
pośród swoich wiernych więcej ludzi gotowych ich wspierać, niż wynikało
z ich obliczeń. Gdyby tylko potrafili im zaufać.
Jednak
"rozeznanie duchów" nie jest - koniec końców - sprawą obliczeń.
Gdyby tak było, komputery statystyków wykazałyby jego zbędność.
Nie jest także - jak zdawali się zakładać moi powojenni rozmówcy
- po prostu kwestią świadomości istnienia złych duchów. Niemieccy
katolicy w ogóle, a ich biskupi w szczególności, byli ich świadomi
w 1933 roku. To, czego byli mniej świadomi, to działanie Ducha Świętego
wśród ludzi, podtrzymujące ich w przylgnięciu do prawdy. Bo "rozeznanie
duchów" nie oznacza jedynie daru dostrzegania z oddali zbliżającego
się zła; oznacza także wiarę w to, że moc Ducha dobroci i prawdy
zło to przezwycięży.
Tłum. Michał
Bardel
Tekst The Catholic Church and the Nazis pochodzi z książki
The Beatitude of Truth. Reflections of a Lifetime wydanej nakładem
wydawnictwa Darton, Longman and Todd Ltd (London 2000). Artykuł
publikujemy za uprzejmą zgodą Wydawnictwa.
DONALD NICHOLL, 1923 - 1997, profesor historii i studiów religijnych
w Santa Cruz, współpracownik Matki Teresy z Kalkuty. W latach 1981
- 1985 rektor Ekumenicznego Instytutu Studiów Teologicznych w Tantur
pod Jerozolimą. Napisał m. in.: Triumphs of the Spirit in Rusia,
The Testings of Hearts. A Pilgrims Journey. W Polsce wydano Świętość
(1998).
Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.
POCZĄTEK
STRONY |