Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

LIPIEC - SIERPIEŃ 2004, NUMERY 590 - 591

Strona główna

Terroryzm - efekt domina


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

GLOBALNY STRACH EUROPY

Piotr Kłodkowski

Terror w historii świata, i to nie tylko ten stosowany przez państwa, ale także ten, od którego nie stroniły poszczególne grupy, organizacje, a nawet jednostki, był i jest nadal dość trwałym elementem krajobrazu politycznego, społecznego i – niestety, niestety – także religijnego. Oczywiście w tym ostatnim wypadku wiele osób wolałoby mówić raczej o działaniu motywowanym albo usprawiedliwianym taką czy inną, ale najczęściej szaloną interpretacją przesłania metafizycznego. Trudno odmówić im racji, tyle że nie sposób również zanegować tego, iż to właśnie ten ostatni rodzaj terroryzmu wydaje się najbardziej żywotny. Terrorystami, przynajmniej według naszych współczesnych kryteriów, byli już przecież asasyni, których okrucieństwa względem krzyżowców opisywał Marco Polo. Co jednak może zdumiewające dla wielu Europejczyków, to nie chrześcijanie byli jedynymi, a nawet najważniejszymi ich wrogami. Asasyni, jako zagorzali wyznawcy szyizmu, nie szczędzili krwi swoich sunnickich współbraci. Z ich rąk zginął abbasydzki kalif Al-Mustarszid, seldżucki wezyr w Persji, a i sam słynny Saladyn kilkakrotnie cudem uniknął przygotowanej przez nich zasadzki. Terrorystami, odwołującymi się do religijnej doktryny, byli thugowie, wyznawcy hinduskiej bogini Kali. Rytualne morderstwa i składanie ofiar stanowiły po prostu część ich tradycji, trwającej – bagatela! – prawie tysiąc dwieście lat. Prawdopodobnie w ciągu tego okresu na ołtarzu Kali zamordowano prawie milion mężczyzn, kobiet i dzieci, co daje straszliwą w swym wymiarze średnią – 800 osób rocznie. Jako terrorystów możemy też zapewne zaklasyfikować żydowskich zelotów, walczących przeciwko rzymskiej okupacji Izraela, ale także mordujących swoich współobywateli winnych zdrady lub apostazji, a najlepiej jednego i drugiego. Morderstwa dokonywano publicznie, sztyletem zwanym sica, co, rzecz jasna, miało też znaczenie psychologiczne. Jak twierdzi bowiem Bruce Hoffman, autor Obliczy terroryzmu, to właśnie publiczny akt przemocy stanowił swoisty przekaz medialny, który – niemal jak dzisiejszy obraz prezentowany przez CNN czy BBC – miał trafić do zainteresowanych, czyli rzymskiej administracji oraz ówczesnych mieszkańców Izraela myślących o ewentualnej współpracy z Rzymem.

Jakkolwiek to wszystko jest dzisiaj historią, musimy przyznać, że wyglądającą jakoś dziwnie znajomo – czy to ze względu na metody, czy to ofiary, czy nawet skalę używanej przemocy. Paradoksalnie, poczucie historycznego déja vu musi być chyba większe teraz aniżeli 20, 30 bądź 40 lat temu. Wówczas terroryzm miał bowiem inny wymiar ideowy, był przecież w dużym stopniu narzędziem przemocy używanym przez wyznawców ideologii świeckich. Członkowie ETA, IRA, Czerwonych Brygad, Czarnego Września, Frakcji Czerwonej Armii bądź Świetlistego Szlaku odwoływali się przecież albo do koncepcji skrajnego nacjonalizmu, albo do jakiejś formy lewackiej rewolucji mających ostatecznie wyzwolić "uciemiężonych" spod władzy "narodu-okupanta" czy "klasy wyzyskiwaczy". Chociaż ideologiczne podstawy działania poszczególnych organizacji wydają się dzisiaj szalone, to jednak są dla Europejczyka zrozumiałe. Tak więc jeżeli nawet je potępia (a tak czyni przecież zdecydowana większość), to mimo wszystko jest w stanie uzasadnić i pojąć motywy, którymi kierowali się terroryści. Wolność narodów, sprawiedliwy porządek społeczny, rewolucja przeciw tyranom, te wszystkie - przyznajmy, że bardzo mgliste i rozmaicie interpretowane hasła - miały pewien oddźwięk wśród intelektualistów czy radykalnej młodzieży, zwłaszcza niektórych ideowych potomków rewolty ’68. Nawet odrzucenie przemocy jako środka nie musiało oznaczać zaraz potępienia samego celu, który wyglądał na bardzo sprawiedliwy.

W latach 90. ubiegłego stulecia nastąpił jednak radykalny przełom. Coraz więcej ataków terrorystycznych łączono z ugrupowaniami mającymi konkretne afiliacje wyznaniowe. W 1994 roku stanowiły one jedną trzecią wszystkich aktywnych grup terrorystycznych, rok później już niemal połowę. Przyrost był zaprawdę ogromny, albowiem ćwierć wieku temu nie było ani jednej organizacji kojarzonej z jakąkolwiek religią. W latach 90. owi "pobożni" terroryści byli sprawcami łącznie 25 procent wszystkich zamachów, ale ponosili odpowiedzialność za 58 procent śmiertelnych ofiar. Zmieniła się także zasada organizacji ataków terrorystycznych. Nie chodziło wyłącznie o spektakularne widowisko w myśl założenia: minimum zabitych, maksimum kamer telewizyjnych, dzięki czemu zyskiwano ongiś upowszechnienie własnej sprawy i przedstawiano polityczne postulaty. Cel stał się dramatycznie prosty: jak największa liczba trupów. Wykoncypowany w umysłach ideologów wróg stracił bowiem twarz indywidualnego człowieka, stając się wyłącznie obcą ideowo masą .

11 września 2001 był kulminacją przerażającego zjawiska, a zarazem początkiem wojny z tym, co dość eufemistycznie nazwano "globalnym terroryzmem". Media raz po raz prezentowały listy najbardziej znanych organizacji terrorystycznych rozsianych po całym świecie, a globalny terrorysta stał się wrogiem numer jeden. Dodajmy jednakże zaraz rzecz oczywistą, że nie chodzi bynajmniej o walkę z terroryzmem w ogóle, i to mimo różnie przedstawianych deklaracji i publikowanych spisów organizacji odwołujących się do przemocy. Bo to nie ETA podkładała bomby na Bali ani też IRA wysadziła w powietrze hotel w Casablance, to również nie japońska Aum Shinry Kyo jest odpowiedzialna za zamachy w Turcji, podobnie jak i Świetlistego Szlaku nie oskarża się o masowe morderstwo w Madrycie. Za wszystkimi zamachami stali ludzie odwołujący się do nauki islamu, którzy – bodajże po raz pierwszy w historii – zaplanowali globalną strategię swoich zbrodniczych działań.

Przypomnijmy jednakże i kolejny fakt. Najwięcej ofiar zamachów terrorystycznych w ciągu ostatnich piętnastu lat stanowią muzułmanie. Innymi słowy: organizacje terrorystyczne odwołujące się do islamu kierują ostrze przemocy ku swoim współbraciom w wierze w nie mniejszym stopniu aniżeli ku tym, których postrzegają jako wrogów swojej religii. Dla skrajnych fundamentalistów symbolem zdrady, ideologicznym arcywrogiem numer jeden był onegdaj Kemal Atatürk, twórca Republiki Tureckiej, następnie król Faruk oraz prezydenci Naser i Sadat w Egipcie, potem Hafiz al-Asad w Syrii i szach perski, wreszcie całkiem niedawno Saddam Husajn (tak, tak!) bądź "zdradzieccy" książęta z Arabii. Muhammad ‘Abd al-Salam Faradż, ideolog grupy, która dokonała zamachu na prezydenta Sadata, przedstawił rzecz brutalnie szczerze: "Walka z wrogiem bliższym jest dużo ważniejsza aniżeli walka z wrogiem odległym. Tak więc w prowadzonym dżihadzie będziemy przelewać krew muzułmanów, aż osiągniemy ostateczne zwycięstwo" .

Inicjując wojnę z terroryzmem, Stany Zjednoczone, a w jeszcze większym stopniu Europa, weszły w środek sporu, który toczy się wewnątrz cywilizacji islamu. W tej nowej jakościowo sytuacji nie powinno dziwić, że doprowadzenie do wzajemnej wrogości mieszkańców Zachodu i muzułmanów byłoby idealnym celem przede wszystkim skrajnych grup fundamentalistycznych. Konflikt, zwłaszcza w Europie, stanowiłby niebezpieczne "paliwo mobilizacyjne" dla tych wyznawców islamu, którzy generalnie dalecy od jakiejkolwiek idei stosowania przemocy, lecz zepchnięci do politycznego i społecznego narożnika, z konieczności wybierają drogę walki z "niewiernymi". Niestety, ta ostatnia ewentualność, zwłaszcza po 11 marca 2004 roku, nie wydaje się tak bardzo niemożliwa.

Nasza chata już nie z kraja

Położenie geograficzne Polski od dawna było opisywane przez rodaków jako historyczne przekleństwo. Zmieniało się to stopniowo w latach 90., zaś niezwykłym paradoksem okazał się 11 września, kiedy w powszechnej świadomości owo przekleństwo geografii straciło swą moc. Rzeczpospolita wydawała się bowiem bezpieczniejsza aniżeli kraje Zachodu. Oczywiście w czasie tragedii w Nowym Jorku niemal wszyscy "byliśmy Amerykanami", podobnie wyrażaliśmy gniew i współczucie po zamachach na Bali, w Casablance, Moskwie... Ale samo współczucie, potępienie czy gniew nie oznaczały jednak strachu o siebie, nawet po decyzji wysłania polskiego kontyngentu do Iraku. Terror był gdzieś daleko, stanowił temat dyskusji, rozważań, artykułów, lecz przecież nie wydawał się realnym zagrożeniem. Bardzo sugestywnie podsumował ówczesne zbiorowe samopoczucie czytelnik "Nowego Państwa", pisząc: "Kocham telewizję! Gdy oglądam codziennie zwłoki i kataklizmy w wiadomościach, to myślę sobie, że nie mam znowu tak źle, inni mają gorzej. Wtedy od razu uśmiech pojawia się na mojej twarzy".

Zamach w Madrycie z 11 marca 2004 całkowicie to zmienił. Co prawda znów deklarowaliśmy, że "wszyscy byliśmy w tym pociągu", ale wtedy oprócz współczucia i gniewu wysunięto przerażającą sugestię, że ten pociąg może dotrzeć także do Polski. Pojawił się strach.

Informacje o zagrożeniu atakiem terrorystycznym podawano co prawda już wcześniej, tyle że najczęściej w sposób sensacyjny, krzykliwy, a przez to niezbyt wiarygodny. W grudniowym wydaniu dziennika "Fakt" czytelnikom zaserwowano bulwersujące wiadomości o tym, że "pętla terroru zaciska się wokół Polski" i że "Osama bin Laden wybrał Polaka, aby pokierował jego siatką w naszym kraju". Dalej dowiedzieliśmy się, że pewien mieszkaniec Opola przeszedł na islam i "od tego momentu stał się fanatykiem", który "koordynuje działania Arabów na terenie Polski". Autorzy wskazywali na ewentualne kontakty dość tajemniczych terrorystów (koniecznie islamskich) z polskimi gangami, gotowymi – jak twierdzi cytowany anonimowy oficer Centralnego Biura Śledczego – do współpracy na korzystnych warunkach finansowych. Na celowniku pojawił się również Jan Paweł II, który miał podobno stać się ofiarą zamachów podczas uroczystości świąt Bożego Narodzenia w 2003 roku. Mieliśmy więc relację o niezrealizowanych zamierzeniach: Papież jakoby "miał zginąć w święta. Zamachowcy planowali rozbić samolot w Watykanie. Na placu św. Piotra modliło się wtedy kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Gdyby terrorystom udał się ich plan, doszłoby do potwornej tragedii". Na innych stronach cytowane są natomiast wypowiedzi prezydenta Kwaśniewskiego o możliwych kolejnych polskich ofiarach w Iraku i ministra Szmajdzińskiego o obławach na terrorystów "w naszej strefie". Cały misternie przygotowany plan według wersji autorów "Faktu" przybiera kształt światowego trójkąta: Irak-Polska-Watykan. Dodajmy w tym miejscu, że tekst o planowanych zamachach w Watykanie nie był wymysłem polskich dziennikarzy. O planowanym jakoby ataku na Stolicę Apostolską wypowiadał się już premier Silvio Berlusconi w mediolańskim "Libero" z 26 grudnia 2003 roku.

Dane o potencjalnych zagrożeniach terrorystycznych w Polsce zostały potwierdzone po zamachach w Madrycie. W mediach wspominano o podejrzanych wysłannikach, którzy mieli sfilmować ukradkiem port lotniczy na Okęciu i dworzec kolejowy w Gdańsku. Przypomniano również wypowiedź Osamy bin Ladena, że Polska, obok Hiszpanii, ma znajdować się na liście celów terrorystów. "Gazeta Wyborcza" wydrukowała miniporadniki, w których nadkomisarz Zbigniew Matwiej wyjaśnia, dlaczego powinniśmy być czujni, natomiast Jacek Konieczny z Centrum Edukacji Obywatelskiej radzi, jak rozmawiać z dziećmi o terroryzmie. O czujności mówił też w radiowej "Trójce" poseł Dziewulski, tym razem bez owijania w bawełnę podkreślając, że chodzi tutaj w dużym stopniu o osobników mających ciemniejszą karnację skóry.

Stopniowo tworzy się wizerunek globalnego wroga. Niezwykle emocjonalne analizy przyczyniają się do utrwalenia klasycznego ciągu stereotypów – Arab-muzułmanin-terrorysta – i to akurat w kraju, gdzie wyznawców islamu jest na razie znikoma liczba i który bierze udział w irackiej misji stabilizacyjnej, a więc wymagającej jakiegoś minimum tolerancji dla muzułmanów. Co ważniejsze, tego typu wizerunki wroga przyjmowane są niemal bez sprzeciwu, a można z dużym prawdopodobieństwem założyć, iż ulegną jeszcze wzmocnieniu po kolejnych informacjach o zagrożeniu albo – nie daj Boże! – zamachach terrorystycznych. To zjawisko idzie w parze z jeszcze innym, dla ogromnej większości Polaków zupełnie niezrozumiałym. "Newsweek" w swoim numerze marcowym informuje bowiem o coraz większej liczbie młodych osób nawracających się na islam:

Islamska fala – piszą dziennikarze – która w ostatnich latach podniosła się na całym świecie, dociera teraz do Polski. Podczas piątkowych zgromadzeń [warszawski] meczet pęka w szwach. (...) Zwiększone zainteresowanie Polaków islamem jest też częścią procesu o zasięgu globalnym. Najwyraźniej i u nas zadziałał efekt 11 września, który na całym świecie, paradoksalnie, ściągnął do meczetów tysiące ludzi. W Polsce ta fala objawia się nie tylko zwiększoną liczbą konwersji na islam, lecz także wzrostem zainteresowania dla cywilizacji arabskiej. (...) Wśród tych nowych muzułmanów najwięcej jest pracowników naukowych, studentów, artystów – mówi imam Tomasz Miśkiewicz, przewodniczący Rady Imamów RP i dyrektor warszawskiego Centrum Islamu.

Dzisiaj, rzecz jasna, trudno przewidywać, czy to tylko krótkotrwały trend czy też odbicie pewnego szerszego zjawiska, mogącego w dłuższej perspektywie zmienić zasadniczo fundamenty europejskiej społeczności. Poddani ciśnieniu faktów oraz ich interpretacji powoli jednak odkrywamy, że stajemy się naprawdę częścią świata wplątanego w sieć globalnych konfliktów i globalnych przemian, niekoniecznie inicjowanych tym razem przez cywilizację zachodnią.

Stan permanentnego kryzysu

Terror skrajnych ugrupowań w świecie islamu jest wypadkową bardzo wielu zmiennych. W tysiącach opracowań podawano rozmaite interpretacje jego powstania, ewolucji i możliwości ekspansji. Kolejne doniesienia wzmacniały wnioski dotychczasowych analiz, ale też obalały te, które sugerowały zanadto optymistyczne bądź skrajnie pesymistyczne wersje wydarzeń. Z dużą regularnością opisywano jednak pewne zjawisko mające ogromny wpływ na rozwój współczesnych konfliktów. Otóż świat islamu to w dużym stopniu świat ludzi bardzo sfrustrowanych i niepogodzonych z rzeczywistością, w której przyszło im żyć. Wycieczki do przeszłości są coraz częstsze, albowiem to właśnie "złoty okres", aczkolwiek rozmaicie rozumiany, stanowi punkt odniesienia w ocenie teraźniejszości. Ta zaś jest naprawdę fatalna.

Bernard Lewis w swojej książce The Crisis of Islam... wskazuje na kilka znamiennych faktów. Porównanie osiągnięć krajów islamu z innymi państwami, i to nie tylko zachodnimi, jest przygnębiające. Na liście krajów sklasyfikowanych według wielkości PKB najwyższą, dwudziestą trzecią pozycję zajmuje Turcja, z ponad 60 milionami mieszkańców. Znajduje się między Austrią i Danią, liczącymi każda po około 5 milionów ludzi. Następny z krajów muzułmańskich, Indonezja, z ponad 200 milionami mieszkańców, jest za Norwegią, która liczy ich zaledwie 4,5 miliona. Według Banku Światowego pod koniec ubiegłego wieku średni roczny dochód krajów muzułmańskich od Bangladeszu do Maroka stanowił jedynie połowę średniej światowej. Niestety, porównanie dochodów per capita jest jeszcze gorsze. Przykładowo dochód PKB na jednego mieszkańca dla samego Izraela był 3,5 razy większy niż łączny dochód Libanu i Syrii, 12 razy większy od jordańskiego i 13,5 razy większy od egipskiego. Z kolei łączny PKB we wszystkich krajach arabskich wynosił 531,2 miliarda dolarów, czyli mniej niż PKB jednego tylko kraju europejskiego, Hiszpanii (595,5 miliarda). Zatrważające są również dane dotyczące chociażby działalności kulturalnej. Zespół arabskich intelektualistów pracujący pod auspicjami ONZ przygotował raport Arab Human Development, którego dane są wręcz porażające. "Świat arabski tłumaczy rocznie 330 książek, czyli jedną piątą tego co Grecy. Łączna liczba przetłumaczonych książek od czasów kalifa Mamuna (IX w., sic!!!) wynosi około 100 tysięcy, czyli tyle, ile przeciętnie tłumaczy się w Hiszpanii w ciągu jednego roku".

Dotychczasowe, różnego rodzaju ideowe lekarstwa nie przyniosły – jak widać – skutecznych rozwiązań. Powstają więc nowe, mające swoich zwolenników, którzy pochodzą z bardzo różnych warstw społecznych i należą do rozmaitych narodów oraz obszarów kulturowych. To swoiste pęknięcie ideowe i polityczne przebiega w niemal całym społeczeństwie islamu. W dawnej epoce, to znaczy 50 czy 30 lat temu, ten wewnątrzcywilizacyjny spór nie miałby większego znaczenia dla Europy czy Stanów Zjednoczonych. Ale dzisiaj rzeczy mają się zupełnie inaczej. Ogromne migracje ludnościowe, potworna moc rażenia broni dostępnej jednostkom, globalny przekaz medialny i możliwości szybkiej komunikacji sprawiły, że znaczna część naszego świata przypomina zbiór naczyń połączonych. Jedno, wydawałoby się, mało istotne zjawisko wywołuje ciąg kolejnych, wcześniej trudnych do przewidzenia. Nic więc dziwnego, że pęknięcie wewnątrzcywilizacyjne prowadzi do konsekwencji odczuwalnych poza samymi granicami jednej cywilizacji. Spór ideologiczny toczący się w państwach muzułmańskich rozlewa się wobec tego poza świat islamu, docierając pośrednio lub bezpośrednio do krajów Zachodu.

Globalny system naczyń połączonych

Fouad Ajami wskazuje przykładowo na zjawisko ideologicznego pęknięcia, które występuje w obrębie państw arabskich i bezpośrednio dotyczy najpierw Stanów Zjednoczonych, a następnie kolejnych państw zachodnich. Paradoksalnie – sugeruje Ajami – nieustanny konflikt między fundamentalistyczną opozycją a świeckimi reżimami w krajach Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu nie jest już w żadnej mierze konfliktem wewnętrznym, ponieważ niektóre jego elementy zostają przerzucone na scenę amerykańską bądź europejską. Stany Zjednoczone i Europa stają się niemal wrogami "zastępczymi", kojarzonymi z ideologią, którą w mniejszym lub większym stopniu przyjmuje jedna ze stron wewnętrznego konfliktu w świecie arabskim. Również ze względu na uwarunkowania wewnętrzne ów zastępczy spór przedstawiany jest jako "zderzenie między cywilizacjami" . Najbardziej znanym przykładem jest naturalnie ideologiczne i polityczne pęknięcie w Arabii Saudyjskiej, świętej ziemi islamu. Osama bin Laden występuje przeciwko – jak sam to określa – "bezbożnemu Domowi Saudów" będącemu, przynajmniej formalnie, sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Walka z monarchią toczy się według nowej, globalnej strategii, całkowicie odmiennej od tych, które były stosowane jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Bezpośrednie uderzenie na panującą rodzinę, oficjalnych strażników świętych miejsc islamu, byłoby niełatwe nie tylko z powodów logistycznych, ale przede wszystkim ideologicznych. Trudno byłoby się bowiem spodziewać w takiej sytuacji powszechnego poparcia większości muzułmanów, zwłaszcza spoza samej Arabii Saudyjskiej. Dużo skuteczniejsze z punktu widzenia propagandowego jest uderzenie w najpotężniejszego sojusznika, postrzeganego dość powszechnie w świecie muzułmańskim jako państwo co najmniej niechętne islamowi, i to niezależnie od swych oficjalnych deklaracji. Ten wewnętrzny w zasadzie spór znajduje apogeum 11 września 2001 roku, co z kolei doprowadza do całego już łańcucha konfliktów, w których pęknięcie wewnątrzcywilizacyjne powoduje niemal "zderzenia między cywilizacjami".

Podobne splecenie wydarzeń wewnętrznych z agresją na zewnątrz nastąpiło wcześniej w Europie, a konkretnie we Francji, i było następstwem wojny domowej w Algierii prowadzonej w latach 1992-1997. Wybory do parlamentu, które najprawdopodobniej wygrałby fundamentalistyczny Front Wyzwolenia Narodowego (FIS), przerwało brutalnie wojsko, które w styczniu 1992 dokonało zamachu stanu. Przeciwko niemu stanęła najpierw Muzułmańska Armia Ocalenia, AIS, a następnie pęczniejący organizacyjnie zlepek różnych odłamów zwany Islamską Grupą Zbrojną, GIA. W ciągu pięciu lat cały kraj targany był potwornie brutalnymi aktami przemocy, które spowodowały śmierć około 100 tysięcy ludzi. GIA nie toczyła walki jedynie z rządem, lecz również przeciw umiarkowanym fundamentalistom, którzy nie chcieli akceptować strategii ślepego terroru. Symbolem tarć wewnętrznych była śmierć szajcha Buslimaniego, popularnego kaznodziei z lokalnej partii Hamas. Szajch zginął, albowiem nie zgodził się na wydanie fatwy (opinii religijnej) uprawniającej praktyki GIA. Stopniowo wrogiem terrorystów stawało się całe społeczeństwo, oskarżane o bezbożność (kufr).

Wreszcie wojna przeniosła się poza granicę kraju, do Francji, kiedy to w święta Bożego Narodzenia 1994 roku porwano samolot Air France, a skończyła – po krwawych zamachach w Paryżu – jesienią 1995 roku. Siłom bezpieczeństwa udało się zniszczyć całą sieć grup wspierających logistycznie algierskich terrorystów. Gilles Kepel, jeden z najlepszych znawców politycznego islamu, pisze:

Pod koniec grudnia 1994 roku na lotnisku w Algierze członkowie GIA opanowali francuski samolot, zawrócony nad Marsylią. (...) Ta akcja sprawiła wrażenie, że grupa wkroczyła w nowe stadium walki i jest odtąd zdolna przenieść wojnę na teren Francji. Zyskała prestiż w oczach hittystów [bezrobotnej młodzieży], gdyż uderzyła w dawną nietykalną potęgę kolonialną, "najgorszego wroga islamu na Zachodzie", liczyła też, że po tym ataku rząd francuski uzna, iż koszt przeniesienia terroryzmu na ziemię francuską jest zbyt wysoki i w rezultacie wycofa wszelkie wsparcie dla algierskiej [świeckiej i dyktatorskiej] władzy, co przyspieszy jej upadek. Jednak liczba zabitych i rannych w zamachach z lata i jesieni 1995 roku wywołała odwrotny skutek i wzmocniła stanowczość władz francuskich wobec walki ze skrajnym ruchem fundamentalistycznym, który narażał na niebezpieczeństwo pokój społeczny w środowisku muzułmańskiej młodzieży wywodzącej się ze środowisk emigrantów Maghrebu .

System naczyń połączonych w świecie polityki i ideologii nie ogranicza się jedynie do zjawiska eskalowania przemocy. Innym jeszcze niezwykłym fenomenem, będącym paradoksalną konsekwencją 11 września, jest coraz większa siłą przyciągania samego islamu, czego wspomnianym już przykładem, do pewnego stopnia, rzecz jasna, może być sama Polska. W tym wypadku chodzi o eksport samej idei, niekoniecznie ubranej w szaty przemocy. Działania polityczne i militarne doprowadzają bowiem do zmian ideologicznych, i to nie tylko w świecie muzułmańskim, ale także w Stanach Zjednoczonych. Tygodnik "L’Express" donosił w kwietniu 2003 roku, że co roku od 50 do 80 tysięcy Amerykanów przechodzi na islam: "Zamachy z 11 września nie odstraszyły chętnych. Wręcz przeciwnie – biali, Latynosi, czarni oraz Azjaci rzucili się na meczety". Osoby nawrócone powtarzają, że powszechna "american way of life" ciąży im jak ołów. Pogardzają tym, co Cindy Hawkins, nawrócona studentka nauk społecznych z San Diego, określa jako "Amerykę w stylu Fox News i CNN, kraj szalejącego indywidualizmu, energicznego konsumpcjonizmu, zjadliwego patriotyzmu i brutalności na co dzień". Najbardziej krytycznie o Ameryce wyraża się tamtejszy imam przedstawiający się dziennikarzowi jako Abu Namousa: "Tutaj co trzy minuty dokonuje się gwałt! To oznacza 500 zgwałconych kobiet dziennie i 175 tysięcy w ciągu roku! Zdajecie sobie sprawę? Panuje przemoc, narkomania, niemoralność, zaspokajanie żądz. Kobiety są odzierane z godności! Tylko islam może to powstrzymać“.

Tak tworzony wizerunek własnego kraju, do tego jeszcze autorstwa samych Amerykanów, musi silnie przemawiać do wielu muzułmanów. Zwłaszcza w sytuacji gdy Stany Zjednoczone wraz z sojusznikami zaangażowane są politycznie i militarnie w świecie islamu. Kolejne warstwy owego wizerunku wzbogacone są, co oczywiste, o elementy "polityki imperialnej" Ameryki i wykorzystywane przez tych, których zalicza się do sprawców pęknięcia wewnątrz cywilizacji. To tzw. salafici dżihadu, czyli zwolennicy najbardziej skrajnej wersji fundamentalizmu. Dzisiaj są członkami rozmaitych ugrupowań, połączonych wspólną ideologią, a nierzadko i więzami organizacyjnymi. Wielu spośród nich początki swej działalności łączy z epoką walki przeciw dawnemu imperium sowieckiemu.

Kryzys organizacji i sukces ideologii

Antysowiecki dżihad był gigantyczną kuźnią kadr bojowników za wiarę. Ochotnicy z Pakistanu, Arabii Saudyjskiej, Egiptu, Algierii, Indonezji, Kaukazu czy indyjskiego Kaszmiru zdobyli na wojnie umiejętności nie tylko militarne, lecz również logistyczne, psychologiczne i finansowe. W 1992 roku, po zdobyciu Kabulu przez mudżahedinów, większość zdecydowała się opuścić Afganistan. Dżihad dla nich się skończył, tyle że po powrocie do domu odkrywali, że miejscowe władze niekoniecznie witają ich jako godnych naśladowania bohaterów. Od kilku lat bowiem niektóre kraje muzułmańskie doświadczały coraz większych nacisków politycznych ze strony rodzimych organizacji fundamentalistycznych, dla których powracający bojownicy stawali się wartościowymi sojusznikami. Bractwo Muzułmańskie w Egipcie, Islamski Front Wyzwolenia w Algierii czy Dżama’at–i Islami w Pakistanie stopniowo zyskiwały ogromną popularność, głosząc hasła "powrotu do islamu", co oznaczało odrzucenie założeń państwa świeckiego, źródła wszelkiego zła.

Fundamentalizm, będąc z zasady ruchem międzynarodowym, próbuje objąć swym zasięgiem całą wspólnotę, tak więc interpretacja religijna powstała na przykład w Egipcie czy w Pakistanie znajduje szybko swoich odbiorców w Algierii, Indonezji czy Maroku. Dużą rolę, zwłaszcza w skrajnym ruchu fundamentalistycznym, odegrali właśnie "Afgańczycy", czyli dawni bojownicy dżihadu przeciw Sowietom. Część z nich zaangażowała się w działania zbrojne egipskiej Dżama’at Islamijja, inni poparli czynnie walkę prowadzoną przez algierską GIA, jeszcze inni udali się do Europy, do Bośni. Przykładem niech będzie jeden z importowanych przywódców bośniackich – Abu Abd al-Aziz, zwany Barbaros (Rudobrody), który walczył w Afganistanie od 1984 roku, zaś w 1992, po upadku Kabulu, szukał możliwości kontynuowania dżihadu. Wahał się podobno między Filipinami a Kaszmirem. W rozmowie z Gilles'em Kepelem tak mówił: "Upłynęło zaledwie piętnaście dni i zaczął się kryzys w Bośni. Potwierdzało to wypowiedź Proroka, pokój i błogosławieństwo Mu, że dżihad będzie trwał aż do dnia Sądu Ostatecznego. W Bośni rozpoczął się nowy dżihad, pojechaliśmy tam i bierzemy w nim udział, jeśli tak podoba się Allachowi".

Tragiczne wydarzenia, tym razem już na ziemi europejskiej, okazały się kamieniem probierczym dla milionów muzułmanów zamieszkujących Europę Zachodnią. Wspólna więź religijna, mimo różnic etnicznych, okazywała się w tym wypadku czynnikiem decydującym o krytyce Europy. Wielu potomków Pakistańczyków i Banglijczyków z Wielkiej Brytanii, mieszkańców Maghrebu osiadłych we Francji bądź Turków zamieszkujących Niemcy zaczęło zastanawiać się nad istotą własnej tożsamości. No bo skoro muzułmańscy Bośniacy, było nie było, Europejczycy z pochodzenia, często blondyni o niebieskich oczach, mówiący tym samym językiem i stanowiący od setek lat część jednego narodu, zostali ofiarami okrucieństwa Serbów innowierców, czyli faktycznie swoich współobywateli, a wszystko to przy praktycznej bierności Europy, to jaki jest sens asymilacji muzułmanów-imigrantów z dominującą kulturą zachodnią? Czy integracja może zapewnić im bezpieczeństwo czy też raczej osłabi tożsamość wyznawców islamu, którzy w przyszłości staną się ofiarami jakiejś kolejnej czystki? W Bośni polityka integracji zawiodła, argumentowała duża grupa działaczy islamskich, wobec tego wybawieniem jest raczej intensyfikacja więzi łączących wspólnotę religijną, kulturową i polityczną. Oczywiście takie postawienie sprawy pozwalało, przynajmniej na jakiś czas, zapomnieć o dzielących różnicach i skupić się na wypracowaniu metod pomagających tworzyć ową jedność. Wydawało się nawet, że przesłanie fundamentalistyczne trafiło tutaj na bardziej podatny grunt aniżeli w muzułmańskich państwach Orientu.

Pomoc dla bośniackiego dżihadu nie oznaczała tylko wsparcia finansowego, lecz przyjmowała także kształt jak najbardziej militarny. Dla salafitów dżihadu sytuacja w Europie była przecież dużo klarowniejsza aniżeli w ich własnym kraju. Po drugiej stronie stali bowiem nie wyznawcy islamu, ale innowiercy, którzy przelewali krew muzułmańską. Wspomniany już Barbaros dowodził specjalnym oddziałem El Mudzahidun, wyodrębnionym z 7 brygady armii bośniackiej. Jak pisze Kepel: "W okrucieństwie niczym nie ustępowali Serbom, a zdjęcia arabskich bojowników potrząsających z uśmiechem świeżo odciętymi głowami >>serbskich chrześcijan<< czy miażdżących je obcasami, zmusiło ostatecznie armię bośniacką do przejęcia kontroli nad tymi bojownikami, których zbyteczny zapał wyrządzał jej jedynie szkodę“ .

Bośnia okazała się klęską dla salafitów dżihadu. O ostatecznych losach oddziału El Mudzahidun zadecydowało tzw. porozumienie z Dayton, podpisane w 1995 roku. Oddziały "zagranicznych ochotników" poproszono o opuszczenie Bośni, zaś ich miejsce miały zająć oddziały amerykańskie. Tak więc zamiast wprowadzenia ideologii skrajnego fundamentalizmu bojownicy dżihadu doczekali się kolejnej wersji pax americana. Ich ówczesna frustracja i wściekłość nie mogły chyba być większe.

Klęska w Bośni była jednakże dopiero początkiem całej serii wydarzeń. W krajach muzułmańskich autorytarne rządy stopniowo opanowały stan wrzenia, jak chociażby w Egipcie, gdzie ogromną rolę odgrywali Bracia Muzułmanie, czy w Algierii, gdzie po latach krwawej wojny zduszono represjami działalność GIA. W Pakistanie generał Muszarraf powstrzymał ofensywę skrajnych partii fundamentalistycznych, w Kaszmirze zaś miejscowa intifada skończyła się patem. Bojownicy dżihadu po raz kolejny stawali się banitami. Stan niemocy politycznej, ale przecież także i ekonomicznej – a to chociażby ze względu na ogromny przyrost naturalny – pozostał taki sam jak przedtem. Kraje muzułmańskie nadal znajdują się w głębokim kryzysie.

Coś się jednak zmieniło. Spory kolejnych rządów z partiami fundamentalistycznymi toczone były nie tylko w wymiarze militarnym, lecz przede wszystkim na obszarze ideologii. Aby zneutralizować ideowego przeciwnika, należało wykorzystać niemałą część jego przesłania, po to aby samemu przedstawić się jako gorliwy i prawy wyznawca islamu. Tak więc w Egipcie państwo poszerzało swobodę działalności religijnej, dając wolną rękę telewizyjnym kaznodziejom kształtującym gusty muzułmańskich widzów. Już w latach 80. państwowa telewizja nadawała rocznie 14 tysięcy godzin emisji programów fundamentalistycznych i 11 tysięcy politycznych, cenzurując natomiast tzw. programy niemoralne, czyli na przykład poświęcone tańcowi lub też uznane za "niezgodne z wartościami islamu". W Algierii otwarto ogromny Uniwersytet Muzułmański w Konstantynie, głównie po to, aby zapewnić władzom przyszłych imamów gotowych żyrować ideologicznie działalność świeckiego rządu. W celu uwiarygodnienia zamiarów sprowadzono czcigodnych szajchów egipskich związanych z fundamentalistyczną organizacją Braci Muzułmanów. W Pakistanie w latach 90. poszczególne rządy toczyły z partiami fundamentalistycznymi spory o to, "kto bardziej jest wierny przesłaniu islamu". Owocowało to wprowadzaniem kolejnych elementów szarijatu do obowiązującego prawa. Sam prezydent Muszarraf wyraźnie rozróżniał między "niemoralnymi terrorystami" a "prawymi bojownikami dżihadu", oczywiście sobie zostawiając ostateczną decyzję co do właściwej nominacji.

Kontrofensywa przeciw organizacjom fundamentalistycznym szła w parze z częściową kapitulacją przed ich ideologią. Narzucenie przez formalnie świeckie państwo skutecznej kontroli nad skrajnymi ugrupowaniami lub nawet spacyfikowanie ich, jak w wypadku Algierii, wcale nie oznaczało powstrzymania rozwoju fundamentalistycznej wersji religii. Ta bowiem z roku na rok ma się coraz lepiej.

Nowe okoliczności wymusiły więc zmianę polityki skrajnych fundamentalistów. No bo skoro niemożliwa, a przynajmniej bardzo trudna, okazała się bezpośrednia walka z reżimami autorytarnymi, mimo wszystko jednak muzułmańskimi, to czyż naprawdę doskonałym rozwiązaniem nie byłoby skierowanie gniewu wyznawców islamu poza obszar swojej kultury? Tutaj odpowiednio spreparowana interpretacja wydarzeń mogłaby przecież okazać się dużo skuteczniejsza. Skupienie się na "krzyżowcach dokonujących agresji na kraje islamu" dałoby szansę mobilizacji stronników w państwach muzułmańskich, a to z kolei mogłoby w przyszłości doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa i przejęcia władzy u siebie.

Ten dość złożony scenariusz realizowany jest w dużej mierze przez "politycznych banitów", którzy nie odniósłszy sukcesu w ojczyźnie, próbują – i to nie z niemałym sukcesem – materializować go tym razem na sposób globalny. Banitami, oprócz samego Osamy bin Ladena, są czołowi terroryści świata: Ajman al-Zawahiri, związany ongiś z egipskim odłamem Muzułmańskiego Dżihadu, Saudyjczyk Al-Nasser, odpowiedzialny za zamach w Dahranie w 1998 roku, czy przebywający na pograniczu afgańsko-pakistańskim Egipcjanie Abdullah Ahmed Abdullah i Muszin Musa Matwali Atwah. Niestety, psychologiczna gleba dla ich przesłania w środowisku muzułmańskim jest obecnie dość żyzna, sam zaś Osama bin Laden stał się wręcz medialną ikoną. W badaniach Pew Research Center przeprowadzonych w marcu i kwietniu 2004 roku szef tzw. Al-Kaidy cieszy się poparciem ponad 90 procent Pakistańczyków, także w Jordanii i Maroku jego zwolennicy górują nad przeciwnikami. W Europie Osama najwięcej pozytywów uzyskał we Francji, a więc w kraju o największej mniejszości muzułmańskiej. Z kolei prezydent Bush to postać niemal diabelska dla zdecydowanej większości Jordańczyków, Marokańczyków i Pakistańczyków (90 procent głosów negatywnych). Także w Europie odwracają się od niego dotychczasowi zwolennicy. W Wielkiej Brytanii ma już ponad połowę (57%) przeciwników. Oczywiście o Niemczech czy Francji lepiej nie wspominać .

Prowadzona głównie przez USA "wojna z terroryzmem" wkracza więc w nową jakościową fazę. Zachód jest podzielony jak nigdy dotąd, a dla kilkusetmilionowej muzułmańskiej społeczności Stany Zjednoczone, uosabiane przez prezydenta Busha, stają się wrogiem numer jeden. To rokuje bardzo źle na przyszłość. Czerwona lampka ostrzegawcza historii już nie miga. Pali się na stałe.

I co dalej z naszą wojną?

Od razu podkreślmy dwie zasadnicze sprawy. Chyba nikt odpowiedzialny nie kwestionuje obecnie sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi ani nie myśli o natychmiastowym wycofaniu polskich jednostek z Iraku po zamachach w Madrycie, co byłoby powszechnie odczytane jako duży sukces grup terrorystycznych. Ale inne kwestie nie są już tak oczywiste.

Pozwolę sobie na kilka osobistych uwag. Pamiętam reakcje i komentarze po decyzji wysłania polskiego kontyngentu do Iraku. Mówiło się o rosnącej roli Polski w polityce międzynarodowej, później nawet o awansie do "pierwszej ligi", zwłaszcza gdy przyznano nam, obok Brytyjczyków, samodzielną strefę stabilizacyjną. Pamiętam także zapowiedzi i nadzieje dotyczące "ogromnej fury grajcarów", jakie to Polska miała zarobić w ramach przyszłych kontraktów w Iraku. Przychodzi mi też na myśl jeden z żołnierzy, który szczerze przyznał w wywiadzie, że jego motywacją jest przygoda i pieniądze, "potrzebne do ukończenia domu". To wszystko dziwnie korespondowało ze słowami Janiny Ochojskiej, która z ubolewaniem stwierdziła, że rząd RP najchętniej nie dałby złamanego grosza na jakąkolwiek akcję humanitarną w Iraku, tak więc członkowie PAH muszą korzystać z funduszy amerykańskich. Pomyślałem wówczas sobie, że gdyby jacyś szaleni ideolodzy organizacji terrorystycznych zechcieli przygotować materiały propagandowe, wystarczyłoby im zrobić streszczenie ówczesnych wypowiedzi Polaków. Nie trzeba by było żadnych manipulacji, aby wzbudzić wściekłość muzułmanów oskarżających Zachód o zapędy imperialne. Bo skoro "wojna z terroryzmem" w Iraku jest tylko środkiem do celu, czyli wzmocnienia pozycji politycznej naszego kraju, a zarazem szansą na zarobienie paru dolarów albo przynajmniej na zniesienie amerykańskich wiz, to wobec tego – sugerowaliby muzułmańscy odbiorcy materiałów propagandowych, i to nawet ci, którym daleko do pomysłów terrorystycznych – takie państwo jest niczym innym, jak "tylko zwykłym najeźdźcą, wartym tego, aby mu porządnie przyłożyć".

Oczywiście nie wiem, czy takie materiały rzeczywiście powstały. Niewykluczone jednak, że jeżeli gdzieś się pojawiły, to ich odbiorcy ukształtowali sobie bardzo ciekawy wizerunek Polski.

Na szczęście te wypowiedziane bardzo głośno głupstwa należą już do przeszłości. Na szczęście dowództwo wojskowe w polskiej strefie postępowało dość rozsądnie w stosunku do przedstawicieli miejscowych wspólnot religijnych i etnicznych, co ostatecznie przyczyniło się do relatywnie niewielkich strat w ludziach. Także na szczęście polska polityka zagraniczna na Bliskim Wschodzie, a szczególnie w Iranie, który ma spory udział w tym, co w sąsiednim Iraku się dzieje, była realizowana w przemyślany sposób. To wszystko wystarcza jednak do kontynuowania strategii na krótki, no, może średni okres. Ale dzisiaj to już za mało.

Przede wszystkim wiemy już, że wszelkie analizy i debaty w Polsce, w których to porównywano Saddama Husajna do Adolfa Hitlera, wątpliwości zaś co do militarnego rozstrzygnięcia problemu do niesławnych kompromisów monachijskich, były funta kłaków warte. Główny powód interwencji w Iraku, czyli bezpośrednie zagrożenie bronią masowego rażenia przez Husajna, okazał się całkowicie nietrafiony. Wywiad amerykański przekazał błędne informacje i – co tu ukrywać – skompromitował się całkowicie. Także oskarżenia o współpracę Iraku z Al-Kaidą nie znajdują potwierdzenia. Prawdopodobnie więcej mają na sumieniu Syria, Pakistan czy nawet tzw. monarchie naftowe, tyle że akurat te kraje cieszą się sporą swobodą działania, a nierzadko i amerykańskim poparciem.

Można naturalnie wysuwać tezę, że usunięcie irackiego despoty w dalszej perspektywie przyczyni się do stabilizacji regionu. Można także powoływać się na badania opinii Irakijczyków, spośród których większość ma nadzieję, iż po wojnie będzie im się żyło dużo lepiej. Ale konstruowane w ten sposób odpowiedzi nie rozwiązują zasadniczego dylematu. Bo jeżeli w przyszłości amerykański styl postępowania politycznego względem Iraku będzie precedensem, to oznacza, że każdy niemal powód do wojny, zwłaszcza mówiący o potencjalnym zagrożeniu terrorystycznym, zostanie uznany za usprawiedliwiony. Później, w razie wpadki, można go będzie przecież dowolnie zmieniać i podać na przykład, że chodzi o wprowadzenie demokracji, o przestrzeganie praw człowieka albo o tuzin jeszcze innych rzeczy, które przyjdą do głowy nadgorliwym ideologom .

Nie dziwmy się więc postawie ogromnej grupy Europejczyków, którzy podważają zasadność amerykańskich metod "wojny z terroryzmem". I nie chodzi tu wyłącznie o problemy etyczne, lecz o fundamentalną kwestię bezpieczeństwa wewnętrznego. Wyobraźmy sobie Francję, mającą u siebie kilkumilionową muzułmańską mniejszość, która przystępuje do antyirackiej koalicji. W momencie gdy upadają wszystkie argumenty za interwencją, operacja militarna zostaje w oczach miejscowych muzułmanów odebrana jako niczym nieusprawiedliwiona agresja. W rezultacie pojawia się ogromny wzrost napięcia, a nawet wybuch większej lub mniejszej intifady. Po szybkiej reakcji sił bezpieczeństwa tłumiących otwartą rebelię najbardziej radykalne odłamy decydują się na działalność terrorystyczną. Skuteczność planów dotyczących integracji społeczności muzułmanów z kulturą zachodnią spada wówczas niemal do zera. W dalszej perspektywie oznacza to nieustanny konflikt, którego konsekwencje trudno przewidzieć.

Nie sposób więc lekceważyć problemów wewnętrznych krajów europejskich, i to w sytuacji gdy jesteśmy partnerami w tworzeniu wspólnej polityki zagranicznej. "Wojna z terroryzmem" to prawdziwe pole minowe, gdzie fałszywy krok zwiększa, a nie zmniejsza zagrożenie. Nie unikniemy zatem pytań, które zapewne coraz częściej zadają sobie Niemcy, Francuzi czy Brytyjczycy.

W jaki stopniu "wojna z terroryzmem" jest rzeczywiście metodą likwidowania terroryzmu, a w jakim po prostu częścią amerykańskiego planu zbudowania "przyjaznej strefy wpływów" na Bliskim Wschodzie? Czy w drugim wypadku nadal jesteśmy przekonani, że powinniśmy brać w tym udział?

Kolejne pytania są konsekwencją poprzednich. Czy jesteśmy w stanie sami podsumować obecny stan "wojny z terroryzmem", a tym samym trzeźwo spojrzeć na realizację naszego dotychczasowego sojuszu militarnego ze Stanami Zjednoczonymi? Liczba zamachów w czasie jej trwania bynajmniej nie zmalała, a wydaje się, że ci spośród muzułmanów, którzy byli dotychczas neutralni, zaczynają się radykalizować, ponieważ ową "wojnę" uznają jedynie za pretekst do rozszerzania amerykańskich wpływów w świecie islamu. Czy wobec tego nie czas zmienić strategię, albowiem dotychczasowa, oparta przede wszystkim na sile militarnej, jest tylko częściowo skuteczna? I wreszcie – jak można wciągnąć do systematycznej współpracy rządy i organizacje muzułmańskie, bo bez ich rzeczywistego, a nie pozorowanego udziału "wojna z terroryzmem" przeistoczy się w prawdziwe zderzenie cywilizacji prorokowane przez Huntingtona? W tym ostatnim wypadku rola Polski jest całkiem niemała, mamy przecież historię bardzo dobrych kontaktów z krajami islamu, i to począwszy od Turcji, a skończywszy na Iranie. Czy w takiej sytuacji mamy przygotowany jakiś długo-, a przynajmniej średniofalowy plan działania i jak by on wyglądał we współpracy z krajami Unii Europejskiej, bez której zwalczanie plagi terroryzmu po prostu nie ma sensu?

Wszystkich odpowiedzi nie poznamy w najbliższym czasie. To zwyczajnie niemożliwe. Ale jedno jest pewne. Odpowiedzi na te pytania są dużo ważniejsze dla samej Europy aniżeli dla Stanów Zjednoczonych. Chociażby z powodu położenia geograficznego i takiej, a nie innej struktury demograficznej, etnicznej i wyznaniowej. I wreszcie rzecz najważniejsza. Po Madrycie globalne problemy Europy stały się naszymi problemami. I globalny strach również.

PIOTR KŁODKOWSKI, ur. 1964, dr orientalistyki. Wydał: Homo mysitcus hinduizmu i islamu (1998), Jak się modlą hindusi (red. i oprac.,2000), Wojna światów? O iluzji wartości uniwersalnych (2002). Adiunkt w Wyższej szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK


 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.