GLOBALNY STRACH EUROPY
Piotr Kłodkowski
Terror
w historii świata, i to nie tylko ten stosowany przez państwa, ale
także ten, od którego nie stroniły poszczególne grupy, organizacje,
a nawet jednostki, był i jest nadal dość trwałym elementem krajobrazu
politycznego, społecznego i niestety, niestety także religijnego.
Oczywiście w tym ostatnim wypadku wiele osób wolałoby mówić raczej
o działaniu motywowanym albo usprawiedliwianym taką czy inną, ale
najczęściej szaloną interpretacją przesłania metafizycznego. Trudno
odmówić im racji, tyle że nie sposób również zanegować tego, iż
to właśnie ten ostatni rodzaj terroryzmu wydaje się najbardziej
żywotny. Terrorystami, przynajmniej według naszych współczesnych
kryteriów, byli już przecież asasyni, których okrucieństwa względem
krzyżowców opisywał Marco Polo. Co jednak może zdumiewające dla
wielu Europejczyków, to nie chrześcijanie byli jedynymi, a nawet
najważniejszymi ich wrogami. Asasyni, jako zagorzali wyznawcy szyizmu,
nie szczędzili krwi swoich sunnickich współbraci. Z ich rąk zginął
abbasydzki kalif Al-Mustarszid, seldżucki wezyr w Persji, a i sam
słynny Saladyn kilkakrotnie cudem uniknął przygotowanej przez nich
zasadzki. Terrorystami, odwołującymi się do religijnej doktryny,
byli thugowie, wyznawcy hinduskiej bogini Kali. Rytualne morderstwa
i składanie ofiar stanowiły po prostu część ich tradycji, trwającej
bagatela! prawie tysiąc dwieście lat. Prawdopodobnie w ciągu
tego okresu na ołtarzu Kali zamordowano prawie milion mężczyzn,
kobiet i dzieci, co daje straszliwą w swym wymiarze średnią 800
osób rocznie. Jako terrorystów możemy też zapewne zaklasyfikować
żydowskich zelotów, walczących przeciwko rzymskiej okupacji Izraela,
ale także mordujących swoich współobywateli winnych zdrady lub apostazji,
a najlepiej jednego i drugiego. Morderstwa dokonywano publicznie,
sztyletem zwanym sica, co, rzecz jasna, miało też znaczenie psychologiczne.
Jak twierdzi bowiem Bruce Hoffman, autor Obliczy terroryzmu, to
właśnie publiczny akt przemocy stanowił swoisty przekaz medialny,
który niemal jak dzisiejszy obraz prezentowany przez CNN czy BBC
miał trafić do zainteresowanych, czyli rzymskiej administracji
oraz ówczesnych mieszkańców Izraela myślących o ewentualnej współpracy
z Rzymem.
Jakkolwiek
to wszystko jest dzisiaj historią, musimy przyznać, że wyglądającą
jakoś dziwnie znajomo czy to ze względu na metody, czy to ofiary,
czy nawet skalę używanej przemocy. Paradoksalnie, poczucie historycznego
déja vu musi być chyba większe teraz aniżeli 20, 30 bądź 40 lat
temu. Wówczas terroryzm miał bowiem inny wymiar ideowy, był przecież
w dużym stopniu narzędziem przemocy używanym przez wyznawców ideologii
świeckich. Członkowie ETA, IRA, Czerwonych Brygad, Czarnego Września,
Frakcji Czerwonej Armii bądź Świetlistego Szlaku odwoływali się
przecież albo do koncepcji skrajnego nacjonalizmu, albo do jakiejś
formy lewackiej rewolucji mających ostatecznie wyzwolić "uciemiężonych"
spod władzy "narodu-okupanta" czy "klasy wyzyskiwaczy". Chociaż
ideologiczne podstawy działania poszczególnych organizacji wydają
się dzisiaj szalone, to jednak są dla Europejczyka zrozumiałe. Tak
więc jeżeli nawet je potępia (a tak czyni przecież zdecydowana większość),
to mimo wszystko jest w stanie uzasadnić i pojąć motywy, którymi
kierowali się terroryści. Wolność narodów, sprawiedliwy porządek
społeczny, rewolucja przeciw tyranom, te wszystkie - przyznajmy,
że bardzo mgliste i rozmaicie interpretowane hasła - miały pewien
oddźwięk wśród intelektualistów czy radykalnej młodzieży, zwłaszcza
niektórych ideowych potomków rewolty 68. Nawet odrzucenie przemocy
jako środka nie musiało oznaczać zaraz potępienia samego celu, który
wyglądał na bardzo sprawiedliwy.
W latach
90. ubiegłego stulecia nastąpił jednak radykalny przełom. Coraz
więcej ataków terrorystycznych łączono z ugrupowaniami mającymi
konkretne afiliacje wyznaniowe. W 1994 roku stanowiły one jedną
trzecią wszystkich aktywnych grup terrorystycznych, rok później
już niemal połowę. Przyrost był zaprawdę ogromny, albowiem ćwierć
wieku temu nie było ani jednej organizacji kojarzonej z jakąkolwiek
religią. W latach 90. owi "pobożni" terroryści byli sprawcami łącznie
25 procent wszystkich zamachów, ale ponosili odpowiedzialność za
58 procent śmiertelnych ofiar. Zmieniła się także zasada organizacji
ataków terrorystycznych. Nie chodziło wyłącznie o spektakularne
widowisko w myśl założenia: minimum zabitych, maksimum kamer telewizyjnych,
dzięki czemu zyskiwano ongiś upowszechnienie własnej sprawy i przedstawiano
polityczne postulaty. Cel stał się dramatycznie prosty: jak największa
liczba trupów. Wykoncypowany w umysłach ideologów wróg stracił bowiem
twarz indywidualnego człowieka, stając się wyłącznie obcą ideowo
masą .
11 września
2001 był kulminacją przerażającego zjawiska, a zarazem początkiem
wojny z tym, co dość eufemistycznie nazwano "globalnym terroryzmem".
Media raz po raz prezentowały listy najbardziej znanych organizacji
terrorystycznych rozsianych po całym świecie, a globalny terrorysta
stał się wrogiem numer jeden. Dodajmy jednakże zaraz rzecz oczywistą,
że nie chodzi bynajmniej o walkę z terroryzmem w ogóle, i to mimo
różnie przedstawianych deklaracji i publikowanych spisów organizacji
odwołujących się do przemocy. Bo to nie ETA podkładała bomby na
Bali ani też IRA wysadziła w powietrze hotel w Casablance, to również
nie japońska Aum Shinry Kyo jest odpowiedzialna za zamachy w Turcji,
podobnie jak i Świetlistego Szlaku nie oskarża się o masowe morderstwo
w Madrycie. Za wszystkimi zamachami stali ludzie odwołujący się
do nauki islamu, którzy bodajże po raz pierwszy w historii zaplanowali
globalną strategię swoich zbrodniczych działań.
Przypomnijmy
jednakże i kolejny fakt. Najwięcej ofiar zamachów terrorystycznych
w ciągu ostatnich piętnastu lat stanowią muzułmanie. Innymi słowy:
organizacje terrorystyczne odwołujące się do islamu kierują ostrze
przemocy ku swoim współbraciom w wierze w nie mniejszym stopniu
aniżeli ku tym, których postrzegają jako wrogów swojej religii.
Dla skrajnych fundamentalistów symbolem zdrady, ideologicznym arcywrogiem
numer jeden był onegdaj Kemal Atatürk, twórca Republiki Tureckiej,
następnie król Faruk oraz prezydenci Naser i Sadat w Egipcie, potem
Hafiz al-Asad w Syrii i szach perski, wreszcie całkiem niedawno
Saddam Husajn (tak, tak!) bądź "zdradzieccy" książęta z Arabii.
Muhammad Abd al-Salam Faradż, ideolog grupy, która dokonała zamachu
na prezydenta Sadata, przedstawił rzecz brutalnie szczerze: "Walka
z wrogiem bliższym jest dużo ważniejsza aniżeli walka z wrogiem
odległym. Tak więc w prowadzonym dżihadzie będziemy przelewać krew
muzułmanów, aż osiągniemy ostateczne zwycięstwo" .
Inicjując
wojnę z terroryzmem, Stany Zjednoczone, a w jeszcze większym stopniu
Europa, weszły w środek sporu, który toczy się wewnątrz cywilizacji
islamu. W tej nowej jakościowo sytuacji nie powinno dziwić, że doprowadzenie
do wzajemnej wrogości mieszkańców Zachodu i muzułmanów byłoby idealnym
celem przede wszystkim skrajnych grup fundamentalistycznych. Konflikt,
zwłaszcza w Europie, stanowiłby niebezpieczne "paliwo mobilizacyjne"
dla tych wyznawców islamu, którzy generalnie dalecy od jakiejkolwiek
idei stosowania przemocy, lecz zepchnięci do politycznego i społecznego
narożnika, z konieczności wybierają drogę walki z "niewiernymi".
Niestety, ta ostatnia ewentualność, zwłaszcza po 11 marca 2004 roku,
nie wydaje się tak bardzo niemożliwa.
Nasza chata już
nie z kraja
Położenie geograficzne
Polski od dawna było opisywane przez rodaków jako historyczne przekleństwo.
Zmieniało się to stopniowo w latach 90., zaś niezwykłym paradoksem
okazał się 11 września, kiedy w powszechnej świadomości owo przekleństwo
geografii straciło swą moc. Rzeczpospolita wydawała się bowiem bezpieczniejsza
aniżeli kraje Zachodu. Oczywiście w czasie tragedii w Nowym Jorku
niemal wszyscy "byliśmy Amerykanami", podobnie wyrażaliśmy gniew
i współczucie po zamachach na Bali, w Casablance, Moskwie... Ale
samo współczucie, potępienie czy gniew nie oznaczały jednak strachu
o siebie, nawet po decyzji wysłania polskiego kontyngentu do Iraku.
Terror był gdzieś daleko, stanowił temat dyskusji, rozważań, artykułów,
lecz przecież nie wydawał się realnym zagrożeniem. Bardzo sugestywnie
podsumował ówczesne zbiorowe samopoczucie czytelnik "Nowego Państwa",
pisząc: "Kocham telewizję! Gdy oglądam codziennie zwłoki i kataklizmy
w wiadomościach, to myślę sobie, że nie mam znowu tak źle, inni
mają gorzej. Wtedy od razu uśmiech pojawia się na mojej twarzy".
Zamach w Madrycie z 11
marca 2004 całkowicie to zmienił. Co prawda znów deklarowaliśmy,
że "wszyscy byliśmy w tym pociągu", ale wtedy oprócz współczucia
i gniewu wysunięto przerażającą sugestię, że ten pociąg może dotrzeć
także do Polski. Pojawił się strach.
Informacje o zagrożeniu
atakiem terrorystycznym podawano co prawda już wcześniej, tyle że
najczęściej w sposób sensacyjny, krzykliwy, a przez to niezbyt wiarygodny.
W grudniowym wydaniu dziennika "Fakt" czytelnikom zaserwowano bulwersujące
wiadomości o tym, że "pętla terroru zaciska się wokół Polski" i
że "Osama bin Laden wybrał Polaka, aby pokierował jego siatką w
naszym kraju". Dalej dowiedzieliśmy się, że pewien mieszkaniec Opola
przeszedł na islam i "od tego momentu stał się fanatykiem", który
"koordynuje działania Arabów na terenie Polski". Autorzy wskazywali
na ewentualne kontakty dość tajemniczych terrorystów (koniecznie
islamskich) z polskimi gangami, gotowymi jak twierdzi cytowany
anonimowy oficer Centralnego Biura Śledczego do współpracy na
korzystnych warunkach finansowych. Na celowniku pojawił się również
Jan Paweł II, który miał podobno stać się ofiarą zamachów podczas
uroczystości świąt Bożego Narodzenia w 2003 roku. Mieliśmy więc
relację o niezrealizowanych zamierzeniach: Papież jakoby "miał zginąć
w święta. Zamachowcy planowali rozbić samolot w Watykanie. Na placu
św. Piotra modliło się wtedy kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Gdyby
terrorystom udał się ich plan, doszłoby do potwornej tragedii".
Na innych stronach cytowane są natomiast wypowiedzi prezydenta Kwaśniewskiego
o możliwych kolejnych polskich ofiarach w Iraku i ministra Szmajdzińskiego
o obławach na terrorystów "w naszej strefie". Cały misternie przygotowany
plan według wersji autorów "Faktu" przybiera kształt światowego
trójkąta: Irak-Polska-Watykan. Dodajmy w tym miejscu, że tekst o
planowanych zamachach w Watykanie nie był wymysłem polskich dziennikarzy.
O planowanym jakoby ataku na Stolicę Apostolską wypowiadał się już
premier Silvio Berlusconi w mediolańskim "Libero" z 26 grudnia 2003
roku.
Dane o potencjalnych zagrożeniach
terrorystycznych w Polsce zostały potwierdzone po zamachach w Madrycie.
W mediach wspominano o podejrzanych wysłannikach, którzy mieli sfilmować
ukradkiem port lotniczy na Okęciu i dworzec kolejowy w Gdańsku.
Przypomniano również wypowiedź Osamy bin Ladena, że Polska, obok
Hiszpanii, ma znajdować się na liście celów terrorystów. "Gazeta
Wyborcza" wydrukowała miniporadniki, w których nadkomisarz Zbigniew
Matwiej wyjaśnia, dlaczego powinniśmy być czujni, natomiast Jacek
Konieczny z Centrum Edukacji Obywatelskiej radzi, jak rozmawiać
z dziećmi o terroryzmie. O czujności mówił też w radiowej "Trójce"
poseł Dziewulski, tym razem bez owijania w bawełnę podkreślając,
że chodzi tutaj w dużym stopniu o osobników mających ciemniejszą
karnację skóry.
Stopniowo tworzy się wizerunek
globalnego wroga. Niezwykle emocjonalne analizy przyczyniają się
do utrwalenia klasycznego ciągu stereotypów Arab-muzułmanin-terrorysta
i to akurat w kraju, gdzie wyznawców islamu jest na razie znikoma
liczba i który bierze udział w irackiej misji stabilizacyjnej, a
więc wymagającej jakiegoś minimum tolerancji dla muzułmanów. Co
ważniejsze, tego typu wizerunki wroga przyjmowane są niemal bez
sprzeciwu, a można z dużym prawdopodobieństwem założyć, iż ulegną
jeszcze wzmocnieniu po kolejnych informacjach o zagrożeniu albo
nie daj Boże! zamachach terrorystycznych. To zjawisko idzie
w parze z jeszcze innym, dla ogromnej większości Polaków zupełnie
niezrozumiałym. "Newsweek" w swoim numerze marcowym informuje bowiem
o coraz większej liczbie młodych osób nawracających się na islam:
Islamska fala piszą dziennikarze która w ostatnich latach
podniosła się na całym świecie, dociera teraz do Polski. Podczas
piątkowych zgromadzeń [warszawski] meczet pęka w szwach. (...)
Zwiększone zainteresowanie Polaków islamem jest też częścią procesu
o zasięgu globalnym. Najwyraźniej i u nas zadziałał efekt 11 września,
który na całym świecie, paradoksalnie, ściągnął do meczetów tysiące
ludzi. W Polsce ta fala objawia się nie tylko zwiększoną liczbą
konwersji na islam, lecz także wzrostem zainteresowania dla cywilizacji
arabskiej. (...) Wśród tych nowych muzułmanów najwięcej jest pracowników
naukowych, studentów, artystów mówi imam Tomasz Miśkiewicz,
przewodniczący Rady Imamów RP i dyrektor warszawskiego Centrum
Islamu.
Dzisiaj, rzecz jasna, trudno
przewidywać, czy to tylko krótkotrwały trend czy też odbicie pewnego
szerszego zjawiska, mogącego w dłuższej perspektywie zmienić zasadniczo
fundamenty europejskiej społeczności. Poddani ciśnieniu faktów oraz
ich interpretacji powoli jednak odkrywamy, że stajemy się naprawdę
częścią świata wplątanego w sieć globalnych konfliktów i globalnych
przemian, niekoniecznie inicjowanych tym razem przez cywilizację
zachodnią.
Stan permanentnego
kryzysu
Terror skrajnych ugrupowań
w świecie islamu jest wypadkową bardzo wielu zmiennych. W tysiącach
opracowań podawano rozmaite interpretacje jego powstania, ewolucji
i możliwości ekspansji. Kolejne doniesienia wzmacniały wnioski dotychczasowych
analiz, ale też obalały te, które sugerowały zanadto optymistyczne
bądź skrajnie pesymistyczne wersje wydarzeń. Z dużą regularnością
opisywano jednak pewne zjawisko mające ogromny wpływ na rozwój współczesnych
konfliktów. Otóż świat islamu to w dużym stopniu świat ludzi bardzo
sfrustrowanych i niepogodzonych z rzeczywistością, w której przyszło
im żyć. Wycieczki do przeszłości są coraz częstsze, albowiem to
właśnie "złoty okres", aczkolwiek rozmaicie rozumiany, stanowi punkt
odniesienia w ocenie teraźniejszości. Ta zaś jest naprawdę fatalna.
Bernard Lewis w swojej
książce The Crisis of Islam... wskazuje na kilka znamiennych faktów.
Porównanie osiągnięć krajów islamu z innymi państwami, i to nie
tylko zachodnimi, jest przygnębiające. Na liście krajów sklasyfikowanych
według wielkości PKB najwyższą, dwudziestą trzecią pozycję zajmuje
Turcja, z ponad 60 milionami mieszkańców. Znajduje się między Austrią
i Danią, liczącymi każda po około 5 milionów ludzi. Następny z krajów
muzułmańskich, Indonezja, z ponad 200 milionami mieszkańców, jest
za Norwegią, która liczy ich zaledwie 4,5 miliona. Według Banku
Światowego pod koniec ubiegłego wieku średni roczny dochód krajów
muzułmańskich od Bangladeszu do Maroka stanowił jedynie połowę średniej
światowej. Niestety, porównanie dochodów per capita jest jeszcze
gorsze. Przykładowo dochód PKB na jednego mieszkańca dla samego
Izraela był 3,5 razy większy niż łączny dochód Libanu i Syrii, 12
razy większy od jordańskiego i 13,5 razy większy od egipskiego.
Z kolei łączny PKB we wszystkich krajach arabskich wynosił 531,2
miliarda dolarów, czyli mniej niż PKB jednego tylko kraju europejskiego,
Hiszpanii (595,5 miliarda). Zatrważające są również dane dotyczące
chociażby działalności kulturalnej. Zespół arabskich intelektualistów
pracujący pod auspicjami ONZ przygotował raport Arab Human Development,
którego dane są wręcz porażające. "Świat arabski tłumaczy rocznie
330 książek, czyli jedną piątą tego co Grecy. Łączna liczba przetłumaczonych
książek od czasów kalifa Mamuna (IX w., sic!!!) wynosi około 100
tysięcy, czyli tyle, ile przeciętnie tłumaczy się w Hiszpanii w
ciągu jednego roku".
Dotychczasowe, różnego
rodzaju ideowe lekarstwa nie przyniosły jak widać skutecznych
rozwiązań. Powstają więc nowe, mające swoich zwolenników, którzy
pochodzą z bardzo różnych warstw społecznych i należą do rozmaitych
narodów oraz obszarów kulturowych. To swoiste pęknięcie ideowe i
polityczne przebiega w niemal całym społeczeństwie islamu. W dawnej
epoce, to znaczy 50 czy 30 lat temu, ten wewnątrzcywilizacyjny spór
nie miałby większego znaczenia dla Europy czy Stanów Zjednoczonych.
Ale dzisiaj rzeczy mają się zupełnie inaczej. Ogromne migracje ludnościowe,
potworna moc rażenia broni dostępnej jednostkom, globalny przekaz
medialny i możliwości szybkiej komunikacji sprawiły, że znaczna
część naszego świata przypomina zbiór naczyń połączonych. Jedno,
wydawałoby się, mało istotne zjawisko wywołuje ciąg kolejnych, wcześniej
trudnych do przewidzenia. Nic więc dziwnego, że pęknięcie wewnątrzcywilizacyjne
prowadzi do konsekwencji odczuwalnych poza samymi granicami jednej
cywilizacji. Spór ideologiczny toczący się w państwach muzułmańskich
rozlewa się wobec tego poza świat islamu, docierając pośrednio lub
bezpośrednio do krajów Zachodu.
Globalny system
naczyń połączonych
Fouad Ajami wskazuje przykładowo
na zjawisko ideologicznego pęknięcia, które występuje w obrębie
państw arabskich i bezpośrednio dotyczy najpierw Stanów Zjednoczonych,
a następnie kolejnych państw zachodnich. Paradoksalnie sugeruje
Ajami nieustanny konflikt między fundamentalistyczną opozycją
a świeckimi reżimami w krajach Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu
nie jest już w żadnej mierze konfliktem wewnętrznym, ponieważ niektóre
jego elementy zostają przerzucone na scenę amerykańską bądź europejską.
Stany Zjednoczone i Europa stają się niemal wrogami "zastępczymi",
kojarzonymi z ideologią, którą w mniejszym lub większym stopniu
przyjmuje jedna ze stron wewnętrznego konfliktu w świecie arabskim.
Również ze względu na uwarunkowania wewnętrzne ów zastępczy spór
przedstawiany jest jako "zderzenie między cywilizacjami" . Najbardziej
znanym przykładem jest naturalnie ideologiczne i polityczne pęknięcie
w Arabii Saudyjskiej, świętej ziemi islamu. Osama bin Laden występuje
przeciwko jak sam to określa "bezbożnemu Domowi Saudów" będącemu,
przynajmniej formalnie, sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Walka
z monarchią toczy się według nowej, globalnej strategii, całkowicie
odmiennej od tych, które były stosowane jeszcze kilkadziesiąt lat
temu. Bezpośrednie uderzenie na panującą rodzinę, oficjalnych strażników
świętych miejsc islamu, byłoby niełatwe nie tylko z powodów logistycznych,
ale przede wszystkim ideologicznych. Trudno byłoby się bowiem spodziewać
w takiej sytuacji powszechnego poparcia większości muzułmanów, zwłaszcza
spoza samej Arabii Saudyjskiej. Dużo skuteczniejsze z punktu widzenia
propagandowego jest uderzenie w najpotężniejszego sojusznika, postrzeganego
dość powszechnie w świecie muzułmańskim jako państwo co najmniej
niechętne islamowi, i to niezależnie od swych oficjalnych deklaracji.
Ten wewnętrzny w zasadzie spór znajduje apogeum 11 września 2001
roku, co z kolei doprowadza do całego już łańcucha konfliktów, w
których pęknięcie wewnątrzcywilizacyjne powoduje niemal "zderzenia
między cywilizacjami".
Podobne splecenie wydarzeń
wewnętrznych z agresją na zewnątrz nastąpiło wcześniej w Europie,
a konkretnie we Francji, i było następstwem wojny domowej w Algierii
prowadzonej w latach 1992-1997. Wybory do parlamentu, które najprawdopodobniej
wygrałby fundamentalistyczny Front Wyzwolenia Narodowego (FIS),
przerwało brutalnie wojsko, które w styczniu 1992 dokonało zamachu
stanu. Przeciwko niemu stanęła najpierw Muzułmańska Armia Ocalenia,
AIS, a następnie pęczniejący organizacyjnie zlepek różnych odłamów
zwany Islamską Grupą Zbrojną, GIA. W ciągu pięciu lat cały kraj
targany był potwornie brutalnymi aktami przemocy, które spowodowały
śmierć około 100 tysięcy ludzi. GIA nie toczyła walki jedynie z
rządem, lecz również przeciw umiarkowanym fundamentalistom, którzy
nie chcieli akceptować strategii ślepego terroru. Symbolem tarć
wewnętrznych była śmierć szajcha Buslimaniego, popularnego kaznodziei
z lokalnej partii Hamas. Szajch zginął, albowiem nie zgodził się
na wydanie fatwy (opinii religijnej) uprawniającej praktyki GIA.
Stopniowo wrogiem terrorystów stawało się całe społeczeństwo, oskarżane
o bezbożność (kufr).
Wreszcie wojna przeniosła
się poza granicę kraju, do Francji, kiedy to w święta Bożego Narodzenia
1994 roku porwano samolot Air France, a skończyła po krwawych
zamachach w Paryżu jesienią 1995 roku. Siłom bezpieczeństwa udało
się zniszczyć całą sieć grup wspierających logistycznie algierskich
terrorystów. Gilles Kepel, jeden z najlepszych znawców politycznego
islamu, pisze:
Pod koniec grudnia 1994 roku na lotnisku w Algierze członkowie
GIA opanowali francuski samolot, zawrócony nad Marsylią. (...)
Ta akcja sprawiła wrażenie, że grupa wkroczyła w nowe stadium
walki i jest odtąd zdolna przenieść wojnę na teren Francji. Zyskała
prestiż w oczach hittystów [bezrobotnej młodzieży], gdyż uderzyła
w dawną nietykalną potęgę kolonialną, "najgorszego wroga islamu
na Zachodzie", liczyła też, że po tym ataku rząd francuski uzna,
iż koszt przeniesienia terroryzmu na ziemię francuską jest zbyt
wysoki i w rezultacie wycofa wszelkie wsparcie dla algierskiej
[świeckiej i dyktatorskiej] władzy, co przyspieszy jej upadek.
Jednak liczba zabitych i rannych w zamachach z lata i jesieni
1995 roku wywołała odwrotny skutek i wzmocniła stanowczość władz
francuskich wobec walki ze skrajnym ruchem fundamentalistycznym,
który narażał na niebezpieczeństwo pokój społeczny w środowisku
muzułmańskiej młodzieży wywodzącej się ze środowisk emigrantów
Maghrebu .
System naczyń połączonych
w świecie polityki i ideologii nie ogranicza się jedynie do zjawiska
eskalowania przemocy. Innym jeszcze niezwykłym fenomenem, będącym
paradoksalną konsekwencją 11 września, jest coraz większa siłą przyciągania
samego islamu, czego wspomnianym już przykładem, do pewnego stopnia,
rzecz jasna, może być sama Polska. W tym wypadku chodzi o eksport
samej idei, niekoniecznie ubranej w szaty przemocy. Działania polityczne
i militarne doprowadzają bowiem do zmian ideologicznych, i to nie
tylko w świecie muzułmańskim, ale także w Stanach Zjednoczonych.
Tygodnik "LExpress" donosił w kwietniu 2003 roku, że co roku od
50 do 80 tysięcy Amerykanów przechodzi na islam: "Zamachy z 11 września
nie odstraszyły chętnych. Wręcz przeciwnie biali, Latynosi, czarni
oraz Azjaci rzucili się na meczety". Osoby nawrócone powtarzają,
że powszechna "american way of life" ciąży im jak ołów. Pogardzają
tym, co Cindy Hawkins, nawrócona studentka nauk społecznych z San
Diego, określa jako "Amerykę w stylu Fox News i CNN, kraj szalejącego
indywidualizmu, energicznego konsumpcjonizmu, zjadliwego patriotyzmu
i brutalności na co dzień". Najbardziej krytycznie o Ameryce wyraża
się tamtejszy imam przedstawiający się dziennikarzowi jako Abu Namousa:
"Tutaj co trzy minuty dokonuje się gwałt! To oznacza 500 zgwałconych
kobiet dziennie i 175 tysięcy w ciągu roku! Zdajecie sobie sprawę?
Panuje przemoc, narkomania, niemoralność, zaspokajanie żądz. Kobiety
są odzierane z godności! Tylko islam może to powstrzymać.
Tak tworzony wizerunek
własnego kraju, do tego jeszcze autorstwa samych Amerykanów, musi
silnie przemawiać do wielu muzułmanów. Zwłaszcza w sytuacji gdy
Stany Zjednoczone wraz z sojusznikami zaangażowane są politycznie
i militarnie w świecie islamu. Kolejne warstwy owego wizerunku wzbogacone
są, co oczywiste, o elementy "polityki imperialnej" Ameryki i wykorzystywane
przez tych, których zalicza się do sprawców pęknięcia wewnątrz cywilizacji.
To tzw. salafici dżihadu, czyli zwolennicy najbardziej skrajnej
wersji fundamentalizmu. Dzisiaj są członkami rozmaitych ugrupowań,
połączonych wspólną ideologią, a nierzadko i więzami organizacyjnymi.
Wielu spośród nich początki swej działalności łączy z epoką walki
przeciw dawnemu imperium sowieckiemu.
Kryzys organizacji
i sukces ideologii
Antysowiecki dżihad był
gigantyczną kuźnią kadr bojowników za wiarę. Ochotnicy z Pakistanu,
Arabii Saudyjskiej, Egiptu, Algierii, Indonezji, Kaukazu czy indyjskiego
Kaszmiru zdobyli na wojnie umiejętności nie tylko militarne, lecz
również logistyczne, psychologiczne i finansowe. W 1992 roku, po
zdobyciu Kabulu przez mudżahedinów, większość zdecydowała się opuścić
Afganistan. Dżihad dla nich się skończył, tyle że po powrocie do
domu odkrywali, że miejscowe władze niekoniecznie witają ich jako
godnych naśladowania bohaterów. Od kilku lat bowiem niektóre kraje
muzułmańskie doświadczały coraz większych nacisków politycznych
ze strony rodzimych organizacji fundamentalistycznych, dla których
powracający bojownicy stawali się wartościowymi sojusznikami. Bractwo
Muzułmańskie w Egipcie, Islamski Front Wyzwolenia w Algierii czy
Dżamaati Islami w Pakistanie stopniowo zyskiwały ogromną popularność,
głosząc hasła "powrotu do islamu", co oznaczało odrzucenie założeń
państwa świeckiego, źródła wszelkiego zła.
Fundamentalizm, będąc
z zasady ruchem międzynarodowym, próbuje objąć swym zasięgiem całą
wspólnotę, tak więc interpretacja religijna powstała na przykład
w Egipcie czy w Pakistanie znajduje szybko swoich odbiorców w Algierii,
Indonezji czy Maroku. Dużą rolę, zwłaszcza w skrajnym ruchu fundamentalistycznym,
odegrali właśnie "Afgańczycy", czyli dawni bojownicy dżihadu przeciw
Sowietom. Część z nich zaangażowała się w działania zbrojne egipskiej
Dżamaat Islamijja, inni poparli czynnie walkę prowadzoną przez
algierską GIA, jeszcze inni udali się do Europy, do Bośni. Przykładem
niech będzie jeden z importowanych przywódców bośniackich Abu
Abd al-Aziz, zwany Barbaros (Rudobrody), który walczył w Afganistanie
od 1984 roku, zaś w 1992, po upadku Kabulu, szukał możliwości kontynuowania
dżihadu. Wahał się podobno między Filipinami a Kaszmirem. W rozmowie
z Gilles'em Kepelem tak mówił: "Upłynęło zaledwie piętnaście dni
i zaczął się kryzys w Bośni. Potwierdzało to wypowiedź Proroka,
pokój i błogosławieństwo Mu, że dżihad będzie trwał aż do dnia Sądu
Ostatecznego. W Bośni rozpoczął się nowy dżihad, pojechaliśmy tam
i bierzemy w nim udział, jeśli tak podoba się Allachowi".
Tragiczne wydarzenia,
tym razem już na ziemi europejskiej, okazały się kamieniem probierczym
dla milionów muzułmanów zamieszkujących Europę Zachodnią. Wspólna
więź religijna, mimo różnic etnicznych, okazywała się w tym wypadku
czynnikiem decydującym o krytyce Europy. Wielu potomków Pakistańczyków
i Banglijczyków z Wielkiej Brytanii, mieszkańców Maghrebu osiadłych
we Francji bądź Turków zamieszkujących Niemcy zaczęło zastanawiać
się nad istotą własnej tożsamości. No bo skoro muzułmańscy Bośniacy,
było nie było, Europejczycy z pochodzenia, często blondyni o niebieskich
oczach, mówiący tym samym językiem i stanowiący od setek lat część
jednego narodu, zostali ofiarami okrucieństwa Serbów innowierców,
czyli faktycznie swoich współobywateli, a wszystko to przy praktycznej
bierności Europy, to jaki jest sens asymilacji muzułmanów-imigrantów
z dominującą kulturą zachodnią? Czy integracja może zapewnić im
bezpieczeństwo czy też raczej osłabi tożsamość wyznawców islamu,
którzy w przyszłości staną się ofiarami jakiejś kolejnej czystki?
W Bośni polityka integracji zawiodła, argumentowała duża grupa działaczy
islamskich, wobec tego wybawieniem jest raczej intensyfikacja więzi
łączących wspólnotę religijną, kulturową i polityczną. Oczywiście
takie postawienie sprawy pozwalało, przynajmniej na jakiś czas,
zapomnieć o dzielących różnicach i skupić się na wypracowaniu metod
pomagających tworzyć ową jedność. Wydawało się nawet, że przesłanie
fundamentalistyczne trafiło tutaj na bardziej podatny grunt aniżeli
w muzułmańskich państwach Orientu.
Pomoc dla bośniackiego
dżihadu nie oznaczała tylko wsparcia finansowego, lecz przyjmowała
także kształt jak najbardziej militarny. Dla salafitów dżihadu sytuacja
w Europie była przecież dużo klarowniejsza aniżeli w ich własnym
kraju. Po drugiej stronie stali bowiem nie wyznawcy islamu, ale
innowiercy, którzy przelewali krew muzułmańską. Wspomniany już Barbaros
dowodził specjalnym oddziałem El Mudzahidun, wyodrębnionym z 7 brygady
armii bośniackiej. Jak pisze Kepel: "W okrucieństwie niczym nie
ustępowali Serbom, a zdjęcia arabskich bojowników potrząsających
z uśmiechem świeżo odciętymi głowami >>serbskich chrześcijan<<
czy miażdżących je obcasami, zmusiło ostatecznie armię bośniacką
do przejęcia kontroli nad tymi bojownikami, których zbyteczny zapał
wyrządzał jej jedynie szkodę .
Bośnia okazała się klęską
dla salafitów dżihadu. O ostatecznych losach oddziału El Mudzahidun
zadecydowało tzw. porozumienie z Dayton, podpisane w 1995 roku.
Oddziały "zagranicznych ochotników" poproszono o opuszczenie Bośni,
zaś ich miejsce miały zająć oddziały amerykańskie. Tak więc zamiast
wprowadzenia ideologii skrajnego fundamentalizmu bojownicy dżihadu
doczekali się kolejnej wersji pax americana. Ich ówczesna frustracja
i wściekłość nie mogły chyba być większe.
Klęska w Bośni była jednakże
dopiero początkiem całej serii wydarzeń. W krajach muzułmańskich
autorytarne rządy stopniowo opanowały stan wrzenia, jak chociażby
w Egipcie, gdzie ogromną rolę odgrywali Bracia Muzułmanie, czy w
Algierii, gdzie po latach krwawej wojny zduszono represjami działalność
GIA. W Pakistanie generał Muszarraf powstrzymał ofensywę skrajnych
partii fundamentalistycznych, w Kaszmirze zaś miejscowa intifada
skończyła się patem. Bojownicy dżihadu po raz kolejny stawali się
banitami. Stan niemocy politycznej, ale przecież także i ekonomicznej
a to chociażby ze względu na ogromny przyrost naturalny pozostał
taki sam jak przedtem. Kraje muzułmańskie nadal znajdują się w głębokim
kryzysie.
Coś się jednak zmieniło.
Spory kolejnych rządów z partiami fundamentalistycznymi toczone
były nie tylko w wymiarze militarnym, lecz przede wszystkim na obszarze
ideologii. Aby zneutralizować ideowego przeciwnika, należało wykorzystać
niemałą część jego przesłania, po to aby samemu przedstawić się
jako gorliwy i prawy wyznawca islamu. Tak więc w Egipcie państwo
poszerzało swobodę działalności religijnej, dając wolną rękę telewizyjnym
kaznodziejom kształtującym gusty muzułmańskich widzów. Już w latach
80. państwowa telewizja nadawała rocznie 14 tysięcy godzin emisji
programów fundamentalistycznych i 11 tysięcy politycznych, cenzurując
natomiast tzw. programy niemoralne, czyli na przykład poświęcone
tańcowi lub też uznane za "niezgodne z wartościami islamu". W Algierii
otwarto ogromny Uniwersytet Muzułmański w Konstantynie, głównie
po to, aby zapewnić władzom przyszłych imamów gotowych żyrować ideologicznie
działalność świeckiego rządu. W celu uwiarygodnienia zamiarów sprowadzono
czcigodnych szajchów egipskich związanych z fundamentalistyczną
organizacją Braci Muzułmanów. W Pakistanie w latach 90. poszczególne
rządy toczyły z partiami fundamentalistycznymi spory o to, "kto
bardziej jest wierny przesłaniu islamu". Owocowało to wprowadzaniem
kolejnych elementów szarijatu do obowiązującego prawa. Sam prezydent
Muszarraf wyraźnie rozróżniał między "niemoralnymi terrorystami"
a "prawymi bojownikami dżihadu", oczywiście sobie zostawiając ostateczną
decyzję co do właściwej nominacji.
Kontrofensywa przeciw
organizacjom fundamentalistycznym szła w parze z częściową kapitulacją
przed ich ideologią. Narzucenie przez formalnie świeckie państwo
skutecznej kontroli nad skrajnymi ugrupowaniami lub nawet spacyfikowanie
ich, jak w wypadku Algierii, wcale nie oznaczało powstrzymania rozwoju
fundamentalistycznej wersji religii. Ta bowiem z roku na rok ma
się coraz lepiej.
Nowe okoliczności wymusiły
więc zmianę polityki skrajnych fundamentalistów. No bo skoro niemożliwa,
a przynajmniej bardzo trudna, okazała się bezpośrednia walka z reżimami
autorytarnymi, mimo wszystko jednak muzułmańskimi, to czyż naprawdę
doskonałym rozwiązaniem nie byłoby skierowanie gniewu wyznawców
islamu poza obszar swojej kultury? Tutaj odpowiednio spreparowana
interpretacja wydarzeń mogłaby przecież okazać się dużo skuteczniejsza.
Skupienie się na "krzyżowcach dokonujących agresji na kraje islamu"
dałoby szansę mobilizacji stronników w państwach muzułmańskich,
a to z kolei mogłoby w przyszłości doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa
i przejęcia władzy u siebie.
Ten dość złożony scenariusz
realizowany jest w dużej mierze przez "politycznych banitów", którzy
nie odniósłszy sukcesu w ojczyźnie, próbują i to nie z niemałym
sukcesem materializować go tym razem na sposób globalny. Banitami,
oprócz samego Osamy bin Ladena, są czołowi terroryści świata: Ajman
al-Zawahiri, związany ongiś z egipskim odłamem Muzułmańskiego Dżihadu,
Saudyjczyk Al-Nasser, odpowiedzialny za zamach w Dahranie w 1998
roku, czy przebywający na pograniczu afgańsko-pakistańskim Egipcjanie
Abdullah Ahmed Abdullah i Muszin Musa Matwali Atwah. Niestety, psychologiczna
gleba dla ich przesłania w środowisku muzułmańskim jest obecnie
dość żyzna, sam zaś Osama bin Laden stał się wręcz medialną ikoną.
W badaniach Pew Research Center przeprowadzonych w marcu i kwietniu
2004 roku szef tzw. Al-Kaidy cieszy się poparciem ponad 90 procent
Pakistańczyków, także w Jordanii i Maroku jego zwolennicy górują
nad przeciwnikami. W Europie Osama najwięcej pozytywów uzyskał we
Francji, a więc w kraju o największej mniejszości muzułmańskiej.
Z kolei prezydent Bush to postać niemal diabelska dla zdecydowanej
większości Jordańczyków, Marokańczyków i Pakistańczyków (90 procent
głosów negatywnych). Także w Europie odwracają się od niego dotychczasowi
zwolennicy. W Wielkiej Brytanii ma już ponad połowę (57%) przeciwników.
Oczywiście o Niemczech czy Francji lepiej nie wspominać .
Prowadzona głównie przez
USA "wojna z terroryzmem" wkracza więc w nową jakościową fazę. Zachód
jest podzielony jak nigdy dotąd, a dla kilkusetmilionowej muzułmańskiej
społeczności Stany Zjednoczone, uosabiane przez prezydenta Busha,
stają się wrogiem numer jeden. To rokuje bardzo źle na przyszłość.
Czerwona lampka ostrzegawcza historii już nie miga. Pali się na
stałe.
I co dalej z naszą
wojną?
Od razu podkreślmy dwie
zasadnicze sprawy. Chyba nikt odpowiedzialny nie kwestionuje obecnie
sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi ani nie myśli o natychmiastowym
wycofaniu polskich jednostek z Iraku po zamachach w Madrycie, co
byłoby powszechnie odczytane jako duży sukces grup terrorystycznych.
Ale inne kwestie nie są już tak oczywiste.
Pozwolę sobie na kilka
osobistych uwag. Pamiętam reakcje i komentarze po decyzji wysłania
polskiego kontyngentu do Iraku. Mówiło się o rosnącej roli Polski
w polityce międzynarodowej, później nawet o awansie do "pierwszej
ligi", zwłaszcza gdy przyznano nam, obok Brytyjczyków, samodzielną
strefę stabilizacyjną. Pamiętam także zapowiedzi i nadzieje dotyczące
"ogromnej fury grajcarów", jakie to Polska miała zarobić w ramach
przyszłych kontraktów w Iraku. Przychodzi mi też na myśl jeden z
żołnierzy, który szczerze przyznał w wywiadzie, że jego motywacją
jest przygoda i pieniądze, "potrzebne do ukończenia domu". To wszystko
dziwnie korespondowało ze słowami Janiny Ochojskiej, która z ubolewaniem
stwierdziła, że rząd RP najchętniej nie dałby złamanego grosza na
jakąkolwiek akcję humanitarną w Iraku, tak więc członkowie PAH muszą
korzystać z funduszy amerykańskich. Pomyślałem wówczas sobie, że
gdyby jacyś szaleni ideolodzy organizacji terrorystycznych zechcieli
przygotować materiały propagandowe, wystarczyłoby im zrobić streszczenie
ówczesnych wypowiedzi Polaków. Nie trzeba by było żadnych manipulacji,
aby wzbudzić wściekłość muzułmanów oskarżających Zachód o zapędy
imperialne. Bo skoro "wojna z terroryzmem" w Iraku jest tylko środkiem
do celu, czyli wzmocnienia pozycji politycznej naszego kraju, a
zarazem szansą na zarobienie paru dolarów albo przynajmniej na zniesienie
amerykańskich wiz, to wobec tego sugerowaliby muzułmańscy odbiorcy
materiałów propagandowych, i to nawet ci, którym daleko do pomysłów
terrorystycznych takie państwo jest niczym innym, jak "tylko zwykłym
najeźdźcą, wartym tego, aby mu porządnie przyłożyć".
Oczywiście nie wiem, czy
takie materiały rzeczywiście powstały. Niewykluczone jednak, że
jeżeli gdzieś się pojawiły, to ich odbiorcy ukształtowali sobie
bardzo ciekawy wizerunek Polski.
Na szczęście te wypowiedziane
bardzo głośno głupstwa należą już do przeszłości. Na szczęście dowództwo
wojskowe w polskiej strefie postępowało dość rozsądnie w stosunku
do przedstawicieli miejscowych wspólnot religijnych i etnicznych,
co ostatecznie przyczyniło się do relatywnie niewielkich strat w
ludziach. Także na szczęście polska polityka zagraniczna na Bliskim
Wschodzie, a szczególnie w Iranie, który ma spory udział w tym,
co w sąsiednim Iraku się dzieje, była realizowana w przemyślany
sposób. To wszystko wystarcza jednak do kontynuowania strategii
na krótki, no, może średni okres. Ale dzisiaj to już za mało.
Przede wszystkim wiemy
już, że wszelkie analizy i debaty w Polsce, w których to porównywano
Saddama Husajna do Adolfa Hitlera, wątpliwości zaś co do militarnego
rozstrzygnięcia problemu do niesławnych kompromisów monachijskich,
były funta kłaków warte. Główny powód interwencji w Iraku, czyli
bezpośrednie zagrożenie bronią masowego rażenia przez Husajna, okazał
się całkowicie nietrafiony. Wywiad amerykański przekazał błędne
informacje i co tu ukrywać skompromitował się całkowicie. Także
oskarżenia o współpracę Iraku z Al-Kaidą nie znajdują potwierdzenia.
Prawdopodobnie więcej mają na sumieniu Syria, Pakistan czy nawet
tzw. monarchie naftowe, tyle że akurat te kraje cieszą się sporą
swobodą działania, a nierzadko i amerykańskim poparciem.
Można naturalnie wysuwać
tezę, że usunięcie irackiego despoty w dalszej perspektywie przyczyni
się do stabilizacji regionu. Można także powoływać się na badania
opinii Irakijczyków, spośród których większość ma nadzieję, iż po
wojnie będzie im się żyło dużo lepiej. Ale konstruowane w ten sposób
odpowiedzi nie rozwiązują zasadniczego dylematu. Bo jeżeli w przyszłości
amerykański styl postępowania politycznego względem Iraku będzie
precedensem, to oznacza, że każdy niemal powód do wojny, zwłaszcza
mówiący o potencjalnym zagrożeniu terrorystycznym, zostanie uznany
za usprawiedliwiony. Później, w razie wpadki, można go będzie przecież
dowolnie zmieniać i podać na przykład, że chodzi o wprowadzenie
demokracji, o przestrzeganie praw człowieka albo o tuzin jeszcze
innych rzeczy, które przyjdą do głowy nadgorliwym ideologom .
Nie dziwmy się więc postawie
ogromnej grupy Europejczyków, którzy podważają zasadność amerykańskich
metod "wojny z terroryzmem". I nie chodzi tu wyłącznie o problemy
etyczne, lecz o fundamentalną kwestię bezpieczeństwa wewnętrznego.
Wyobraźmy sobie Francję, mającą u siebie kilkumilionową muzułmańską
mniejszość, która przystępuje do antyirackiej koalicji. W momencie
gdy upadają wszystkie argumenty za interwencją, operacja militarna
zostaje w oczach miejscowych muzułmanów odebrana jako niczym nieusprawiedliwiona
agresja. W rezultacie pojawia się ogromny wzrost napięcia, a nawet
wybuch większej lub mniejszej intifady. Po szybkiej reakcji sił
bezpieczeństwa tłumiących otwartą rebelię najbardziej radykalne
odłamy decydują się na działalność terrorystyczną. Skuteczność planów
dotyczących integracji społeczności muzułmanów z kulturą zachodnią
spada wówczas niemal do zera. W dalszej perspektywie oznacza to
nieustanny konflikt, którego konsekwencje trudno przewidzieć.
Nie sposób więc lekceważyć
problemów wewnętrznych krajów europejskich, i to w sytuacji gdy
jesteśmy partnerami w tworzeniu wspólnej polityki zagranicznej.
"Wojna z terroryzmem" to prawdziwe pole minowe, gdzie fałszywy krok
zwiększa, a nie zmniejsza zagrożenie. Nie unikniemy zatem pytań,
które zapewne coraz częściej zadają sobie Niemcy, Francuzi czy Brytyjczycy.
W jaki stopniu "wojna
z terroryzmem" jest rzeczywiście metodą likwidowania terroryzmu,
a w jakim po prostu częścią amerykańskiego planu zbudowania "przyjaznej
strefy wpływów" na Bliskim Wschodzie? Czy w drugim wypadku nadal
jesteśmy przekonani, że powinniśmy brać w tym udział?
Kolejne pytania są konsekwencją
poprzednich. Czy jesteśmy w stanie sami podsumować obecny stan "wojny
z terroryzmem", a tym samym trzeźwo spojrzeć na realizację naszego
dotychczasowego sojuszu militarnego ze Stanami Zjednoczonymi? Liczba
zamachów w czasie jej trwania bynajmniej nie zmalała, a wydaje się,
że ci spośród muzułmanów, którzy byli dotychczas neutralni, zaczynają
się radykalizować, ponieważ ową "wojnę" uznają jedynie za pretekst
do rozszerzania amerykańskich wpływów w świecie islamu. Czy wobec
tego nie czas zmienić strategię, albowiem dotychczasowa, oparta
przede wszystkim na sile militarnej, jest tylko częściowo skuteczna?
I wreszcie jak można wciągnąć do systematycznej współpracy rządy
i organizacje muzułmańskie, bo bez ich rzeczywistego, a nie pozorowanego
udziału "wojna z terroryzmem" przeistoczy się w prawdziwe zderzenie
cywilizacji prorokowane przez Huntingtona? W tym ostatnim wypadku
rola Polski jest całkiem niemała, mamy przecież historię bardzo
dobrych kontaktów z krajami islamu, i to począwszy od Turcji, a
skończywszy na Iranie. Czy w takiej sytuacji mamy przygotowany jakiś
długo-, a przynajmniej średniofalowy plan działania i jak by on
wyglądał we współpracy z krajami Unii Europejskiej, bez której zwalczanie
plagi terroryzmu po prostu nie ma sensu?
Wszystkich odpowiedzi
nie poznamy w najbliższym czasie. To zwyczajnie niemożliwe. Ale
jedno jest pewne. Odpowiedzi na te pytania są dużo ważniejsze dla
samej Europy aniżeli dla Stanów Zjednoczonych. Chociażby z powodu
położenia geograficznego i takiej, a nie innej struktury demograficznej,
etnicznej i wyznaniowej. I wreszcie rzecz najważniejsza. Po Madrycie
globalne problemy Europy stały się naszymi problemami. I globalny
strach również.
PIOTR KŁODKOWSKI,
ur. 1964, dr orientalistyki. Wydał: Homo mysitcus hinduizmu
i islamu (1998), Jak się modlą hindusi (red. i oprac.,2000),
Wojna światów? O iluzji wartości uniwersalnych (2002).
Adiunkt w Wyższej szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.
POCZĄTEK
STRONY |