Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

PAŹDZIERNIK 2004, NUMER 593

Strona główna

Środki masowej iluzji?


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

Zdarzenia-książki-ludzie

 

Otoczeni światłem

Krystyna Strączek

Ryszard Kapuściński
Podróże z Herodotem,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2004

Czytanie opowieści jest także rodzajem podróży. Poruszamy się po tekście, zatrzymujemy się nad jakąś myślą, a potem znów do niej wracamy. Najpierw spróbujmy wędrówki od pierwszej do ostatniej strony.

Najnowsza książka Ryszarda Kapuścińskiego Podróże z Herodotem już samym tytułem otwiera kilka dróg interpretacyjnych. Biorąc pod uwagę to, kim jest autor i jakie teksty do tej pory wyszły spod jego pióra, spodziewamy się reporterskiej podróży w przestrzeni. Spodziewamy się jednak także odbyć podróż w czasie - do świata starożytnego. Tę wyprawę zapowiada postać Herodota. A skoro "podróże z Herodotem", to chyba również czeka nas wycieczka odbywana jednocześnie w czasie i przestrzeni - trasa, myślimy, będzie wiodła przez starożytne szlaki i miasta. Z pozoru wszystkie te oczekiwania książka spełnia.

Myślę, że Podróże z Herodotem mogą być dla wielu czytelników Kapuścińskiego zaskoczeniem. Mniej tu samego pisarza-reportera niż autora Dziejów. Wprawdzie pierwsza połowa książki zaspokaja przyzwyczajenia lekturowe - tu przeważają wspomnienia z wypraw reporterskich: do Indii, Chin, Egiptu - relacje dla nas nowe, ekscytujące. W tych akapitach odnajdujemy "dawnego" Kapuścińskiego, który jedzie w nieznane po to, by tłumaczyć świat, mierzyć się ze śmiercią i roztaczać przed nami tak barwne, nasycone ukrytym znaczeniem obrazy. Perypetie opisane ze swadą, poczuciem humoru (spróbujcie w muzułmańskim Chartumie wyrzucić bez zwracania niczyjej uwagi pustą butelkę po piwie...) i wielkim talentem prozatorskim. Wszystko, co tak lubimy, ze szczyptą sensacji (choćby wycieczka na szczyt minaretu i wymuszenie pieniędzy pod groźbą śmierci). Kapuściński oferuje nam dobrą rozrywkę, bo respektuje, podobnie jak Herodot, "prawo medialnego rynku": "historia, żeby ją dobrze sprzedać, musi być ciekawa, musi zawierać odrobinę pieprzu, coś sensacyjnego, jakiś dreszcz" (s. 83). Pisarz zarzuca przynętę i wciąga nas do gry.

Tak, autor Podróży z Herodotem prowadzi z czytelnikiem grę. Stawia sprawę następująco: opowiem wam coś ciekawego, pod warunkiem, że wysłuchacie także Herodota. Pozwalamy się w tę grę wciągnąć, bo mamy do pisarza zaufanie, i słuchamy starożytnej historii i tego, co Kapuściński chce nam przekazać o samym Herodocie. W miarę jak zagłębiamy się w lekturę, cytaty z Dziejów stają się coraz dłuższe, komentarze do Herodota coraz obszerniejsze, przygód samego Kapuścińskiego jest coraz mniej. Jakby reporter przerzucał obowiązek podtrzymywania uwagi czytelników na historyka: dobitnie świadczy o tym rozdział Sceny szaleństwa i odwagi niemal w całości złożony z opisów "love story i piekła zazdrości", czyli scen dantejskich, jakie miały miejsce na perskim dworze Kserksesa.

Dajemy się uwieść gawędom Greka i zazwyczaj akceptujemy glosy pióra Polaka, ale czasem pojawia się pytanie: dlaczego Herodot przytłacza Kapuścińskiego, co zyskuje ten drugi, usuwając się w cień? Czujemy zmęczenie, gdy po raz kolejny dowiadujemy się, że Herodot pracuje jak reporter, "jest reporterem", "to rasowy reporter", "człowiek drogi", "był pierwszym globalistą", "pierwszym w dziejach globalistą", że pierwszym jego impulsem było wyruszyć w drogę, by "dotrzeć do źródeł", samemu "zobaczyć" i "usłyszeć", i że musiał być człowiekiem "wyrozumiałym" i "otwartym", "bratem łatą". To tłumaczenie spraw dowiedzionych już wcześniej na przykładach, osłabiające siłę przykładów.

Zastanawiają także swoiste streszczenia (pojawiające się w kilku miejscach na początku rozdziałów) przytaczanych uprzednio z Dziejów faktów: losów Krezusa (Koniec bitwy), sporu Herodota z ziomkami o pochodzenie bogów (Widok z minaretu) czy kulisów podjęcia przez Kserksesa decyzji o wojnie z Grekami (Kserkses). Czy Kapuściński przestał wierzyć w siłę czystego obrazu? Nie ufa, że czytelnik pamięta zdarzenia opisane w poprzednim rozdziale? A może to "skutek uboczny" pierwotnej formy publikacji książki - w cotygodniowych odcinkach na łamach "Gazety Wyborczej", gdy każda część musiała być odrębną i w pełni zrozumiałą całostką? I gdy nie istniał problem powtórzeń? Tak czy inaczej, w podobnych momentach dręczy nas wątpliwość, czy gra, w którą wciągnął nas Kapuściński, prowadzona była w myśl zasad fair play, to znaczy: czy wysiłek lekturowy się opłaci i co ciekawego wyniknie z podróży z Herodotem?

Dręczy nas wątpliwość, ale czytamy, bo - z drugiej strony - czujemy, że towarzystwo Greka ma istotny sens. Do czego był więc Kapuścińskiemu potrzebny Herodot? Najpierw do tego, aby w jeszcze szerszy sposób spojrzeć na wielkie problemy ludzkości. Problemy, które już w swoich książkach wskazywał, ale które teraz zyskały potwierdzenie "ponadczasowości". We wszystkich wcześniejszych utworach autor Hebanu toczy walkę o rozerwanie pęt - tu Kapuściński przywołuje terminologię Eliota - prowincjonalizmu przestrzeni, który odróżnić należy od prowincjonalizmu czasu. Obecnie zaś pragnie zerwać kajdany właśnie prowincjonalizmu czasu, bo "historia jest tylko nieprzerwanym ciągiem teraźniejszości" (s. 256).

I dlatego właśnie ukazuje tę historię jako, po pierwsze, nieustające zderzenie cywilizacji, a po drugie, jako odwieczną walkę wolności z despotyzmem, czyli (po raz pierwszy nazywa to tak dobitnie) odwieczną walkę pokory z pychą.

Okazuje się bowiem, że nie ma nic odkrywczego w proroctwach Huntingtona, bo "do tego zderzenia dochodziło już dawno, dwa razy w tygodniu" na sali wykładowej uniwersytetu, gdzie ubogie polskie dzieci wojny słuchały o bogatym i barwnym świecie Hellady, świecie całkowicie im obcym, niepojętym. Motyw konfliktu cywilizacji wciąż powraca na kartach Podróży z Herodotem. W każdym zakątku świata reporter napotyka niewidzialne "granice" (to słowo-klucz!): czy z komunistycznej Polski udając się do Rzymu, czy aż do Indii, Chin i Afryki. Ale podobny szok kulturowy przeżywał Dariusz oko w oko ze Scytami. I takiego samego wstrząsu doznał czarnoskóry Amerykanian Richard Wright, autor książki Black Power, który odwiedził ziemię przodków - Ghanę i nie znalazł ze swymi "braćmi" wspólnego języka.

Dlaczego? Bo "Człowiek nie tylko tworzy kulturę i mieszka w niej, człowiek nosi ją w sobie, człowiek jest kulturą" (s.80). A najłatwiej zauważalnym "zewnętrznym" kodem kulturowym jest język: rozumiany jako środek komunikacji werbalnej, ale także jako system znaków kulturowych. Możemy dopowiedzieć: "językowo-alfabetyczna wieża Babel" to symbol wielokulturowości. Inny - w ostatnich tekstach Kapuścińskiego zawsze z dużej litery - i Inność - jako kategoria filozoficzna - przybliżane są przez piękne metafory wyrastające z obserwacji konkretu i paraboliczne obrazy, tak charakterystyczne dla autora Cesarza: Indie, czyli nieskończoność; Chiny, czyli Wielki Mur.

Co jednak, o tragiczny paradoksie!, stanowi napęd historii? Wcale nie szacunek dla Innego, tylko chęć uczynienia zeń niewolnika, żądza władzy i pragnienie posiadania. Czyż nie o walce despotyzmu z wolnością, nie o pysze władców pisał we wszystkich swych książkach Kapuściński? Pycha nakazuje zagarniać, ale pokora chroni przed klęską (czego jednak wielcy tego świata nie przyjmują do wiadomości). Wniosek taki wynika jasno z opowieści Greka o losach króla Lidów, Krezusa, o podbojach Cyrusa, Dariusza - upadli, gdyż chcieli mieć zbyt wiele. Herodot daje tym samym nadzieję wszystkim walczącym z despotyzmem: wszak umiłowanie wolności doprowadziło do zwycięstwa Scytów i Greków w bitwach z ówczesnym globalnym imperium - Persją. Kapuściński zgadza się ze starożytnym pisarzem, ale wie, że historia będzie się toczyć dalej.

Autor Podróży z Herodotem zestawił swych bohaterów na zasadzie kontrastu. Postać Herodota-reportera wyraźnie stanowić ma zwierciadło dla postaci władców. Bo podróż, poznawanie światów, jest jednocześnie "wielką lekcją pokory" (s. 42). Tak więc reporter znaczy - pokorny. To kontrast, nazwijmy go, zewnętrzny. Ale istnieje także rodzaj kontrastu wewnętrznego, zasadzającego się na dwoistości natury ludzkiej. W człowieku miesza się bowiem dobro i zło, okrucieństwo i piękno. Dlatego Dariusz buduje wspaniałe Persepolis, dba o drogi, pocztę i wspiera handel, a jednocześnie w porywie złości morduje poddanych.

Tu dochodzimy do pytania, które od pewnego czasu nurtuje Kapuscińskiego: unde malum? Skąd biorą się erupcje zbrodni ludzkich? W Podróżach z Herodotem są dwie przejmujące sceny: wyprawa na szczyt minaretu w Chartumie z przewodnikiem, który okazał się złodziejem i niedoszłym zabójcą (Widok z minaretu) oraz spotkanie z pijanymi żandarmami na ulicy kongijskiego miasteczka Lisali (U doktora Ranke). W obu przypadkach agresor zachowuje się (bądź może się zachować) jak opętany. Zło jawi się pisarzowi jako niepojęta ciemna siła, która odbiera człowiekowi rozum, by nim zawładnąć. W obliczu niepojętych mocy zła pozostajemy bezradni. Kapuściński zdobywa się na wyznanie: "Są to jedyne momenty, w których czuję prawdziwą samotność: kiedy jest się samemu wobec bezkarnej przemocy. Świat pustoszeje, milknie, wyludnia się i znika" (s. 158).

*

Jeśli nawet te argumenty nas nie przekonują, że obecność Herodota była Kapuścińskiemu niezbędna, spróbujmy przeczytać jego książkę na wspak. Czyli odbyć podróż jeszcze raz: od końca do początku.

W ostatnim rozdziale padają słowa: "Obdarzyłem ją [postać Herodota - przyp. KS] teraz wyglądem i cechami, jakie chciałem jej nadać. Był to już mój Herodot, a przez to, że mój - szczególnie mi bliski, taki, z którym miałem wspólny język i mogłem się porozumieć w pół słowa" (s. 252). Wcześniej narrator wspomina zaś kilkakrotnie, że to, co działo się w świecie starożytnym, interesowało go bardziej niż wydarzenia jemu współczesne, że postępował w nim "emocjonalny i myślowy proces identyfikacji z tym światem i zdarzeniami, które przywołuje nasz Grek" (s. 208). Nietrudno także zauważyć, jak wiele podobieństw łączy obu reporterów: są kresowiakami, żyjącymi na styku kultur, obydwaj namiętnie podróżują, poznają świat i opisują go.

Kim jest więc Herodot? Po pierwsze, idealnym konstruktem - Pierwszym Reporterem, wzorcem do naśladowania. Takim go stworzył na swój użytek Kapuściński. I taki też może, jak każda nieskazitelna postać, czytelnika zirytować. Ale Herodot, w myśl zasady dwoistości natury ludzkiej, jest także boską cząstką samego narratora - nam współczesnego, człowieka z krwi i kości. (Obaj są jak Don Kichot i Sancho Pansa w jednym ciele.) To, czego narrator nie rozumie, tłumaczy mu Herodot. Podróżują razem i gdy zbyt trudno jest wytrzymać w piekle wojny, w przytłaczającej szarej codzienności, Kapuściński salwuje się ucieczką. Chroni się w ramionach Mistrza.

Współczesność jednak dogania uciekiniera, który na końcu książki rzuca dramatyczne pytanie bez odpowiedzi: "Ale czy robiłem słusznie, próbując uciekać w historię? Czy miało to jakiś sens? Przecież w końcu odnajdujemy w niej to samo, przed czym zdawało nam się, że zdołamy uciec" (s. 256): śmierć, cierpienie, okrucieństwo. I całkowitą samotność. Na koniec Kapuściński pisze o swoim Mistrzu (o sobie?):

Ludzie tacy, pożyteczni dla innych, są w gruncie rzeczy nieszczęśliwi, ponieważ tak naprawdę są bardzo samotni. Owszem, szukają innych i nawet zdaje im się, że w jakimś kraju czy mieście już znaleźli sobie bliskich, już ich poznali i wszystkiego się o nich dowiedzieli, ale któregoś dnia budzą się i nagle czują, że nic ich z nimi nie łączy, że mogą stamtąd natychmiast wyjechać, bo raptem widzą, że pociągnął ich i olśnił jakiś inny kraj, jacyś inni ludzie, a zdarzenie, którym jeszcze wczoraj się pasjonowali – zbladło i straciło wszelkie znaczenie i sens.
Tak na dobre do niczego się nie przywiązują, nie zapuszczają głęboko korzeni. Ich empatia jest szczera, ale powierzchowna (s. 253).

Gorzkie wyznanie. Kapuściński w pewien sposób używa Herodota, aby powiedzieć nam coś o sobie. Aby uchylić „szczelną zasłonę tekstu", pod którą skrywał się od lat. Podróż z Herodotem jest więc także podróżą po umyśle reportera - tego idealnego (Mistrza) i tego realnego (narratora). Można ją czytać jako rodzaj autobiografii. Autor prowadzi nas od uniwersyteckiej sali przez pragnienie "przekroczenia granicy", po pierwszą wyprawę do Indii, oszołomienie Innym, próby zrozumienia i ogarnięcia tej kultury, przez odkrycie wielości kultur: Chin, Afryki, aż po doświadczenie niemożności poznania Drugiego i całkowitej samotności człowieka wśród ludzi. Reporter czuje się już zmęczony, ciąży mu jego misja niemożliwa. Chciałby uciec, ale nie ma dokąd.

I jeszcze coś. Czy jesteśmy pewni, że autor Wojny futbolowej to pisarz gatunku non-fiction? Ale cóż to takiego "fikcja" i cóż to takiego "historia"? W ostatnim rozdziale Kapuściński wspomina o "przewrotnej i podstępnej cesze pamięci": "ludzie zapamiętują to, co chcą zapamiętać, a nie to, co działo się w rzeczywistości. (...) Przeszłość nie istnieje. Są tylko jej nieskończone wersje” (s. 247). A przecież i Polak, i Grek, opowiadając swe "prawdziwe" historie, na pamięci bazują. Więcej, Herodot miesza fakty z mitami, legendami, snami i wróżbami. Może i w tym Kapuściński naśladuje Mistrza? Bo pomyślmy przez chwilę: skąd pewność, że reporter zawsze woził ze sobą po świecie Dzieje? Może pamięć spłatała mu figla, a może zmyślił kilka sytuacji na potrzeby książki...

Czy ma to jednak jakiekolwiek znaczenie dla lektury Podróży z Herodotem? Albo dajemy się pisarzowi uwieść i słuchamy do końca jego opowieści, albo opuszczamy go. Oto jedyna sensowna alternatywa.

*

Dla mnie najpiękniejszy jest ostatni obraz: w Halikarnasie (którego już nie ma) w Muzeum Archeologii Podwodnej Kapuściński ogląda świat Herodota (którego już nie ma). W jednej z sal, gdy gaśnie żarówka, zaczynają lśnić szklane naczynia, podświetlone od spodu. Daje to efekt nazwany przez pisarza jednym zdaniem: "Stoimy w ciemności, otoczeni światłem". Co błyszczy? Nieistniejąca, a ciągle żywa Hellada, Persja, która przetrwała na kartach Dziejów. Ten świat nie umarł, podróż się nie skończyła. Tak jak świat młodości i podróże Kapuścińskiego. Stoimy wśród śmierci, otoczeni życiem.

KRYSTYNA STRĄCZEK, ur. 1977, członek redakcji "Znaku". Publikowała w "Ruchu Literackim", "Kresach", "Znaku"..

 

 

POCZĄTEK STRONY


Znak Młodych

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.