
Społeczeństwo nieobojętnych
Jak pokonać opór materii i gdzie zarejestrować lamę?
Anna Szklarska
Siostra Małgorzata Chmielewska to kobieta energiczna, konkretna i bardzo zajęta, co dało się zauważyć już przy pierwszych próbach umówienia się z nią na wizytę w Zochcinie, gdzie znajduje się jeden z domów Wspólnoty Chleb Życia. Kiedy w końcu udało się znaleźć termin, który odpowiadałby nam obu, miałam okazję na własne oczy przekonać się o skali działalności Siostry. Dom Wspólnoty leży na uboczu, gdzie, jak sama Siostra mówi, wrony zawracają (dlatego otrzymałam bardzo dokładne wskazówki i przykazanie, żeby się ich ściśle trzymać), niemniej w obejściu panuje duży ruch, co chwila ktoś przyjeżdża, trzeba rozładować ciężarówkę, przywieźć dzieci z pobliskiej szkoły... Siostra musiała załatwić jeszcze parę spraw, zanim mogła poświęcić czas na rozmowę ze mną, a i tak kilka razy przerywał nam telefon. Paradoksalnie Wspólnota Chleb Życia jest wspólnotą kontemplacyjną, powołaną jednak do życia z ubogimi w szczególny sposób, który nie polega na "wspólnym śpiewaniu Alleluja". Członkowie Wspólnoty mieszkają razem z ubogimi i żyją ich życiem - "siedzą na tym samym stołku", według słów siostry Małgorzaty.
Gospodarstwo w Zochcinie jest miejscem, gdzie bezdomni i bezrobotni mogą przystosować się do życia w coraz bardziej skomplikowanym społeczeństwie, nauczyć się pracować, zdobywać przydatne umiejętności. To swoista szkoła życia, wspólnego gospodarowania, szkoła poczucia obowiązku i odpowiedzialności. Mieszkańcy są ludźmi, którzy mogą wrócić do społeczeństwa, a nawet na normalny rynek pracy, jeśli tylko pomoże im się zdobyć odpowiednie umiejętności zawodowe i socjalne. Dlatego też Siostra nieustannie uruchamia wyobraźnię, by mogli je nabyć, a także by sprawić, aby gospodarstwo rolne o powierzchni około 3 ha mogło przynosić dochody i dać zatrudnienie mniej więcej dziesięciu osobom. Każda z nich wykorzystuje swoje umiejętności i talenty, za co dostaje pieniądze. Płaca jest oczywiście minimalna: 600 zł netto, ale w świętokrzyskiem jest to duża suma.
Wspólnota powołała Fundację, której celem statutowym jest m.in. walka z bezrobociem. Zdobywa ona pieniądze na rozwój inicjatyw i narzędzia do ich organizacji, prowadzi warsztaty dla mieszkańców gospodarstwa i okolicznych bezrobotnych. Praca tych ludzi nie przynosi jednak na tyle dużych zysków, by móc pokryć koszty produkcji czy pensje, dlatego wszelka działalność musi być w ten czy inny sposób subsydiowana. Tak drobna przedsiębiorczość nie może być konkurencyjna dla dużych firm, choć zamiarem Siostry jest wejście na "normalny" rynek.
Udało się znaleźć nisze, w których nie działają wielkie firmy, gdyż im się to nie opłaca. Jedną z nich okazała się produkcja przetworów owocowych i warzywnych. Gospodarstwo ma sad, uprawiane są także warzywa, jednakże nie ma na nie zbytu, zwłaszcza, że giełda sandomierska jest nimi wprost zawalona. Pomysł na produkcję przetworów pojawił się przypadkiem, kiedy do Siostry przyszło kilka pań, błagając o pracę. Widząc za oknem rosnące jabłka, Siostra zaproponowała im, by robiły przetwory, zwłaszcza iż słyszała, że jeden z domów Wspólnoty w Kanadzie zarobił sporo pieniędzy na marmoladzie jabłkowej. Przepis, który dostali z Kanady, został dostosowany do polskich realiów (niestety w Polsce brązowy cukier jest bardzo drogi) i rozpoczęła się produkcja. Początkowo wszystko przygotowywane było w kuchni należącej do Siostry, która w związku z tym musiała się z niej wyprowadzić. Później przetwory robiono na dwóch zwykłych wiejskich kuchniach opalanych węglem w budynku zakupionym w tamtym czasie przez Fundację. Początkowo Siostra sprzedawała gotowe wyroby niejako przy okazji - na kiermaszach, piknikach. Dziś przetwory cieszą się bardzo dobrą opinią - reklamuje je nawet Maciej Kuroń, który sam się nimi zajada. Nic dziwnego, skoro robione są w tradycyjny sposób - nie ma w nich ani krzty chemii, a owoce i warzywa są "niepryskane". Plany rozwoju produkcji są imponujące: przewiduje się postawienie budynku, w którym można by pracować w bardziej profesjonalny, co nie znaczy, że mniej "domowy", sposób. Fundacja chce zarejestrować przetwory jako produkty tradycyjne, choć na przykład ogórki w musztardzie trudno określić tym mianem. Problemem są jednak przepisy, w myśl których przetwórnia powinna spełniać wszelkie restrykcyjne wymogi obowiązujące w wielkich fabrykach. Poza tym nikt tak naprawdę nie potrafi powiedzieć, kto i gdzie ma przyjąć wniosek o zarejestrowanie przetworów. Bez odpowiednich atestów nie ma szans na sprzedaż "Przetworów prababuni" w sklepach, które chętnie zamówiłyby je jako tradycyjną i zdrową żywność. Ja sama z przyjemnością kupowałabym buraczki z cukinią albo jabłka z rodzynkami, gdyby tylko były osiągalne w Krakowie.
Przepisy na szczęście nie blokują pracy szwalni i stolarni. Szwalnia wytwarza piękne obrusy i pościel - produkty luksusowe i tradycyjne, które szyte są z lnu i naturalnych materiałów. Komplet "Pościeli prababuni" kosztuje od 100 do 200 zł. Sprzedaż prowadzona jest w Warszawie, a także w Kazimierzu nad Wisłą, gdzie jeden z właścicieli restauracji udostępnił nieodpłatnie fragment ogródka. Z produktami szwalni Siostra chce także dotrzeć do Krakowa i innych miast, to jednakże wymaga doradztwa, a przede wszystkim pieniędzy i pracy, by zorganizować rynek odbiorców. Sprzedając obrusy na kiermaszach, można było zdobyć wiele przydatnych informacji - na przykład taką, że bogaci ludzie poszukują eleganckich, trzymetrowych obrusów, których niestety panie w szwalni nie produkowały, nie przypuszczając, że ludzie mogą mieć aż tak duże stoły. Teraz już będzie można kupić obrusy także w takich rozmiarach. Z kolei stolarnia robi budy dla psów, i to nie byle jakie. Mogą być z gankiem albo bez, z podnoszonym dachem, ocieplane, z tarasem albo dwoma wejściami. Buda może być dostosowana dla psa, kota, a nawet kaczki. Wszystko w zależności od zapotrzebowania. Zamówić można także meble. Stolarnia na razie mieści się w dwóch kontenerach - jest po prostu ciasna, poza tym nie ma jeszcze wszystkich maszyn, najbardziej brakuje dużej piły. Pracujący tam mężczyźni muszą ciąć grube deski w innym warsztacie. W trakcie mojej rozmowy z Siostrą zadzwonił telefon i okazało się, że udało się znaleźć wsparcie dużej firmy na zakup jednej czy dwóch maszyn. Zarówno szwalnia, jak i stolarnia przynoszą zyski, choć nie na tyle duże, by pokryć wszystkie poniesione koszty. Dlatego należałoby rozbudować warsztaty - są plany budowy parterowego pawilonu o powierzchni 300m2, w którym zmieściłyby się manufaktury, magazyny i sala na szkolenia, czy też na kawiarenkę internetową dla młodzieży ze wsi. Pawilon mógłby zostać zbudowany przez mieszkańców domu, jednakże potrzebny jest majster z uprawnieniami, a odpowiedniej osoby nikt nie może znaleźć. Dopóki trwają rozpaczliwe poszukiwania kierownika budowy, nie można zacząć prac. W Zochcinie brakuje nie tylko majstra. Trwają poszukiwania młodej osoby, menedżera, który ustawiłby produkcję w manufakturach i zrobił sensowny biznesplan. Nie pracowałby oczywiście za darmo - znalazł się sponsor, który opłaci etat na rok; niestety do tej pory nie widać chętnego.
Trudności związane z surowymi przepisami nie ominęły także samego gospodarstwa. Otóż w Zochcinie powoli powstaje przydomowe zoo, w którym znajdują się króliki, owce, świnka wietnamska i... lama. Owo dość egzotyczne zwierzę powinno zostać zarejestrowane, jednak żaden urzędnik nie jest w stanie powiedzieć, gdzie i w jaki sposób należy tego obowiązku dopełnić. Innym problemem są przepisy dotyczące rejestrowania gospodarstwa rolnego jako gospodarstwa agroturystycznego - nawet współautor przepisu nie potrafi rozstrzygnąć, czy Fundacja może dokonać takiej rejestracji. Zoo byłoby dobrą reklamą. Góry Świętokrzyskie to rejon turystyczny, trochę ludzi przybywa tu w czasie wakacji - mogliby za niewielką opłatą zapoznać się z małym zoo, zwiedzić gospodarstwo, przy okazji kupić przetwory. Na razie jednak wszystko rozbija się o przepisy.
W gospodarstwie - przy przetworach i w manufakturach - pracuje w sumie ponad 20 osób. Gdyby tylko było miejsce, znalazłaby się praca dla kilku następnych. Z kursów zawodowych skorzystały 104 osoby. Młodzi ludzie, którzy przyjeżdżają z domów Wspólnoty w Warszawie, uczą się tu na nowo życia, pracują i po pewnym czasie (ze świadectwem pracy i odpowiednimi kwalifikacjami) wracają do stolicy, gdzie mogą już znaleźć stałe zatrudnienie. Dzięki działalności Wspólnoty, odrobinie "ekscentryzmu", coś się we wsi dzieje, nie ma marazmu, życie biegnie szybciej. Jeśli tylko ludziom bezrobotnym da się szansę, pomoże, to wiele się może zmienić, a niektórzy, jak zauważyła siostra Chmielewska, zaczynają nawet lubić pracę. Ludziom z różnych powodów słabszym społeczeństwo zapewnia pieniądze, często także dach nad głową, równocześnie jednak ich izoluje. Wspólnota Chleb Życia daje im miejsce, gdzie mogą godnie żyć.
Nie tylko w Polsce. Problem bezrobocia, bezdomności, marginalizacji jest kwestią globalną. Polska gałąź Wspólnoty pomaga nie tylko swoim rodakom. Jeden z belgijskich domów przez kilkanaście lat przechodził z rąk do rąk różnych ekip francuskich, nikt jednak nie potrafił go dobrze zagospodarować. Poproszono więc Polaków, by go przejęli, co też uczyniono z dwojaką intencją. Belgia jest krajem, który wymaga ewangelizacji, a dom znajduje się w rejonie ogromnej biedy, demoralizacji, a także największego analfabetyzmu w Europie, więc obecność Wspólnoty jest jak najbardziej potrzebna. Po drugie, dom może być miejscem, w którym młodzież polska, której nie stać na wycieczki zagraniczne, mogłaby się zatrzymać. Dla dzieci i młodzieży możliwość wyjazdu za granicę to otwarcie okna, przełamanie bariery mentalnej. Oczywiście w domu mieszkają także bezdomni Belgowie, choć ich sytuacja jest diametralnie różna od położenia polskich bezdomnych. Po pierwsze stopień trudności w przyjmowaniu takich ludzi w Belgii jest znacznie większy niż u nas - trzeba dopełnić wielu formalności. Ludzie w tamtym kraju są zaś nastawieni bardzo roszczeniowo, zwłaszcza że pobierają dość duże zasiłki - inny jest też tamtejszy świat wartości. Mimo trudności z wzajemnym porozumieniem współpraca została nawiązana. Domem zajmuje się czterech Polaków, którzy przez wiele lat mieszkali w polskich domach Wspólnoty. Nie mając pieniędzy na papierosy, zaczęli po prostu zbierać puszki i oddawać je do skupu. Belgowie mieszkający z nimi również nie mieli pieniędzy, puszek jednak nie zbierali (mimo iż cena skupu jest bardzo korzystna), gdyż do głowy im nie przyszło, że można zarobić, a nie czekać na wypłatę zasiłku. Wzięli jednak przykład z Polaków, by zdobyć pieniądze. Była to zapewne pierwsza dla nich lekcja ekonomii i pierwsze ich uczciwie zarobione od dłuższego czasu pieniądze.
Tak jak Belgowie nauczyli się czegoś od naszych rodaków, tak i my możemy przejąć pozytywne wzorce z innych krajów. Marzeniem Siostry jest popularyzacja "społecznej ekonomii" - ekonomii nie nastawionej tylko na zysk, lecz także na walkę z bezrobociem i marginalizacją, na pomoc ludziom, którzy pogubili się w dzisiejszym świecie. Jak uczy przykład płynący z Zachodu, firmy mogą dzielić się nie tylko pieniędzmi, lecz także wiedzą i doświadczeniem. Mogą fundować miejsca pracy i przyjmować na staże.
Ogrom pracy, jaki siostra Chmielewska wkłada w przeróżne inicjatywy, jest imponujący. Rozwijanie i stałe kształtowanie "wyobraźni miłosierdzia", o której mówił Jan Paweł II, codzienna walka o pieniądze, dotacje, zmagania z oporem ze strony urzędników i samych bezrobotnych to chleb powszedni we Wspólnocie. Nie ma gotowych recept. Każdy jednak ma jakieś talenty czy umiejętności, które może ofiarować, a jeśli zbierze się wszystkie siły razem, może z tego zrodzić się coś naprawdę dobrego: pyszne przetwory, piękne obrusy, ładne meble, odbudowane poczucie godności, wiara we własne możliwości i wartość pracy.
Fundacja Domy Wspólnoty Chleb Życia 02-220 Warszawa, Łopuszańska 17, tel. (22) 868.75.66; e-mail: wchz@wp.pl, Zochcin 58, 27-580 Sadowie, tel. (15) 869.23.16.
www.chlebzycia.win.pl
POCZĄTEK
STRONY |