|

SPOŁECZEŃSTWO NIEOBOJĘTNYCH
Dzięki za doping!
Magda Bożyk, Anka Strumieńska
Ze względu na słabe nogi mówi na siebie - bubel. Śmieje się z siebie
i to jej pomaga. Anka Strumieńska ma 30 lat i porażenie mózgowe. Od
dziewięciu miesięcy mieszka sama. Idąc, opiera się o ścianę, krzesło, łóżko
- o wszystko, co jest po drodze. Czasami podpiera się dwoma zwykłymi
grubymi kijami. Kiedy coś intensywnie przeżywa, jej ciało chwytają skurcze - spazmy charakterystyczne dla porażenia. Zdarza się, że wstając
z wózka, pada na ziemię i nie może się ruszyć. Podnosi się dopiero, kiedy skurcze puszczają. Ale Anka mówi, że niepełnosprawność to zamknięcie się w sobie, nieumiejętność komunikowania się ze światem i samodzielnego myślenia, a nie problemy z poruszaniem się.
- Każdy przecież ma jakieś problemy. To ludzie zdrowi stwarzają
sobie obraz osoby niepełnosprawnej jako zależnej od innych, niedołężnej. Tak nie jest!
Poznałyśmy się rok temu. Mieszkała już wtedy sama. To był początek jej niezależnego życia. Jak ono wygląda?
- Każdy dzień jest inny. Sama gospodaruję własnym czasem. W domu rodziców żyłam według wypracowanego przez nich schematu opieki. Na początku odreagowywałam więc domowe schematy. Dawniej
mówiłam: "Mamusiu, chcę pić", a mamusia odpowiadała: "Już piłaś!".
Tutaj, kiedy mam ochotę na herbatę, to idę i robię. Nie dzwonię o pierwszej w nocy do mamy, że właśnie się przewróciłam i nie mogę się podnieść, tylko docieram jakoś do uchwytu i wstaję. To mi daje siłę i coraz
większą wiarę: dam radę, to jest możliwe!
Zaprosiłam kiedyś Ankę na obiad. Uprzedziłam, że mieszkam na
pierwszym piętrze w starym budownictwie, bez windy. Przyszła. Na
pierwsze piętro wchodziłyśmy czterdzieści minut. Właściwie wciągała
się na rękach, trzymając się poręczy, bo przy każdym kroku zahaczała
nogami o wystający stopień. Pomagałam jej, podnosząc raz jedną, raz
drugą nogę - obydwie były mocno napięte z powodu stresu. Nie chciała
się zgodzić, żebym ją wniosła czy prosiła kogoś o pomoc. - Daj spokój,
damy radę!
Mówiła mi, że jako dziecko, potem jako nastolatka, była trudna.
Nie potrafiła samodzielnie rozpoznać własnych potrzeb i płakała, nie
wiedząc dlaczego. Na rehabilitację, która była dla niej bezmyślnym powtarzaniem ruchów za rehabilitantem i podczas której czuła się jak manekin, trzeba ją było zaciągać wołami. Ale osiem lat temu nastąpił przełom. Pracowała wtedy z Tomkiem.
- On rozumiał rehabilitację przede wszystkim jako środek do celu,
a nie cel sam w sobie. Zwykle rehabilitanci skupiają się na tym, by pacjent mógł pracować rączką, nóżką, nie zastanawiając się nad tym, że
człowiek jest całością, ma osobowość i cel, do którego dąży, a tym celem powinna być samodzielność. Pracowaliśmy intuicyjnie, potem okazało się, że realizujemy założenia tak zwanej rehabilitacji funkcjonalnej
i neurologicznej, której częścią składową jest PNF (Proprioceptive Neuromuscular Facilitation - proprioceptywne nerwowo-mięśniowe torowanie ruchu).
To Ankę fascynowało. Wiedziała, że - tak samo jak on - będzie musiała
być twarda i niezłomna, by w ogóle przetrwać. Dotychczas umiała tylko zaciskać zęby, żeby mieć siłę godzić się na to, że nie dostanie wszystkiego, o czym zamarzy, bo jest niepełnosprawna i nie ma takich samych
szans jak sprawni. Tomek pokazał jej, jak - mimo ograniczeń - spełniać
swoje marzenia. Warunek był tylko jeden: Anka musi być mistrzem własnych emocji, bardzo dobrze znać siebie i swoje możliwości oraz samodzielnie je oceniać.
Tomek wyczynowo trenował biegi. Ona - najprostsze czynności,
które w życiu codziennym przez większość ludzi wykonywane są automatycznie, bezrefleksyjnie. Widziała jego wysiłek, walkę z samym sobą,
ale też załamania.
- Kiedy oglądam zawody sportowe i widzę, że ktoś wygrał, zbieram
się. Tomek nie zawsze miał siłę. Dzięki Tomkowi zrozumiałam, że każdy walczy, każdy musi staczać boje z samym sobą,
nie tylko ja - niepełnosprawna. Zobaczyłam, że to jest normalne życie. Kiedyś przyszłam na
zawody, w których uczestniczył Tomek. Nie wiedział o tym. Pamiętam,
że w pewnym momencie wstałam z wózka, żeby mu kibicować, i krzyczałam najgłośniej ze wszystkich. A potem był telefon: "Dzięki za doping!".
Kolejną osobą, która wpłynęła na zmianę postawy Anki, była Marzanna, psycholog sportowy. Marzanna odkryła, że Anka nie może się
dalej rozwijać, bo jest zamknięta w domu i żyje problemami rodziców
martwiących się o jej przyszłość. Rodzice nie mieli własnego życia poza
nią - swoim niepełnosprawnym dzieckiem.
Anka chodziła do zwykłego ogólniaka, miała kontakt z rówieśnikami, miała przyjaciół, ale nie myślała samodzielnie. Była odgrodzona od
rzeczywistości przez swój dom, który, z jednej strony, chronił ją, a z drugiej - sprawiał, że mogła tylko oglądać świat, a nie poznawać go.
Mówi o tym, że była zamknięta w szkatule, do której klucz miała tylko mama.
- Trzeba mieć odwagę zbuntować się przeciwko nadopiekuńczości
- mówi, uderzając ze złością rękami o stół - i to jest klucz do wszystkiego. Rodzice uważali, że ci ludzie, z którymi pracowałam, źle na mnie
działali, bo się buntowałam. A ja protestowałam przeciwko ich nadopiekuńczości. Wiedziałam, że taka sytuacja doprowadzi do tego, że
w pewnym momencie - to jest straszne, co powiem, ale tak to czułam -
przestanę być człowiekiem. Byłam wystarczająco upokorzona tym, że
wszystko koło mnie musiał robić ktoś inny, że nie miałam intymnego
świata. Żyłam tylko życiem moich rodziców, ich planami względem mnie
i poczuciem bezradności.
Do Marzanny mogła zadzwonić w każdej chwili. I dzwoniła. Czasami z krzykiem, że już nie ma siły, że chce się zabić. Marzanna zresztą też
miała wątpliwości: czy idą dobrą drogą, czy usamodzielnianie Anki nie
jest nazbyt ryzykowne? Czy trzeba zmieniać jej dotychczasowe życie?
- Wszyscy, którzy mi pomagali - wspomina Anka - miewali momenty załamania i odpadali. Mówili: "Chcemy mieć święty spokój! Pozbieraj się!". Po co mi to mówili? Żebym się ocknęła w którymś momencie. Potem wracali do mnie, nagradzając w ten sposób mój wysiłek.
"A jednak! Udało ci się!".
Przemiana trwała dobrych kilka lat. Ten okres życia Anka pamięta
jako ciężką harówkę - swoją, rodziców, przyjaciół i rehabilitantów.
Doszła do samodzielności, która bywa ciężka, samotna, czasem pełna
łez, ale najczęściej przepełnia ją satysfakcja. A tego Anka nie zamieniłaby na nic innego. O doświadczeniach z tego okresu pisze książkę.
- Piszę o tym, w jaki sposób
można sobie radzić i pomagać.
W tej książce staram się pokazać,
jak wiele ci, którzy mi pomagali,
zrobili dla mnie. Jak wiele zrobiła
Marzanna, Tomek, Wojtek, Filip
czy masażysta, który mówił, że
trzeba iść przez życie z zębem,
chcieć czegoś od tego życia. Dzięki nim wszystkim - ja czegoś chcę!
POCZĄTEK
STRONY |