|

SPOŁECZEŃSTWO NIEOBOJĘTNYCH
Effatha
TOMASZ PONIKŁO
Tekst ten otrzymał pierwszą nagrodę w konkursie FLASH im. Jana Schoena.
Temat pierwszej edycji konkursu brzmiał: Inni wśród nas, my wśród innych. Jan Schoen
zginął w Tatrach w 2005 roku. Był studentem Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks.
J. Tischnera.
Pukamy. Jeszcze raz. Słychać kroki. Drzwi się otwierają. – Cześć, zapraszam,
jestem sam, robię obiad. – Patrzymy po sobie. – Byliśmy umówieni
z Basią – tłumaczymy. – Jest w warsztacie, to niecałe trzysta metrów.
Idziemy. I znowu: wchodzimy? Słychać hałas. Wchodzimy? Drzwi
nas odgradzają. Wchodzimy?! Po tej stronie ciągle jesteśmy „u siebie”.
Wchodźmy. Ale kto naciśnie klamkę, kto pierwszy przejdzie przez próg?
Przełykamy ślinę, po ciałach przechodzi dreszcz. Musimy. Wchodzimy.
Drzwi są już otwarte. Od pierwszego kroku zostajemy zauważeni...
– Cześć, czekaliśmy na was, Basia mówiła, że będziecie o dziesiątej –
słyszymy męski głos, ale w zamieszaniu, które powstało, nie wiemy, kto
mówi. Z całego pomieszczenia rozlegają się słowa powitań: – Dzień
dobry, witamy, cześć. A nawet: – Dobrze, że jesteście. Przeszliśmy za
próg i nie możemy opędzić się od wyrazów sympatii. Wyciągnięte dłonie,
ciekawe spojrzenia, pytania – wszyscy uśmiechnięci, zainteresowani.
– Kto pokaże Anicie i Tomkowi warsztaty? – pyta Mariusz, asystent,
którego przed momentem poznaliśmy. W odpowiedzi słychać: – Ja, ja!
Albo widać podniesione dłonie: niektóre nieśmiało, a inne z takim impetem,
że wyciągają w górę całe ciało właściciela. Wypada na Grzegorza.
Mężczyzna w średnim wieku, z kilkudniowym zarostem, w roboczym
kombinezonie, pokazuje nam warsztaty i prace Osób. To nasze pierwsze spotkanie z Arką, która prowadzi domy dla ludzi niepełnosprawnych
umysłowo: domy, w których mieszkają pod opieką asystentów
– jak rodzina; warsztaty, bo chcą i potrafią dobrze pracować. Ruch
zainicjował w latach sześćdziesiątych Jean Vanier, który podobnie wspomina
pierwsze spotkanie: „Byłem oczarowany ich prostotą, ich powitaniem,
ich przyjęciem...”. Dziś Arka ma sto dwadzieścia wspólnot na całym
świecie, trzy w Polsce. Jesteśmy w Śledziejowicach koło Krakowa –
to pierwszy Dom, jaki powstał w naszym kraju. Ale życie toczy się nie
tylko w Domach, także tu, w warsztatach.
Na początek pracownia ceramiczna. – To moje miejsce pracy – mówi
z dumą Grzegorz i spogląda na naszą reakcję. Jesteśmy pod wrażeniem:
na ścianach wiszą anioły, kolorowe płaskorzeźby, ceramiczne podstawki
z barwionymi szkiełkami. Półki regałów uginają się pod ciężarem rzeźb.
– O, te tutaj, te robili niewidomi – mówi Grzegorz i podaje nam kota
i psa z gliny: świetne proporcje, gładka powierzchnia, nawet u tego kota,
karykaturalnego jak z kreskówki. – Taki grubas – określa go Grzegorz.
Trzymając figurki w dłoniach, zamykamy oczy, żeby wyobrazić sobie
proces tworzenia... W ogromnych pudłach leży mnóstwo glinianych
krzyży. – Czterysta, na zamówienie robiliśmy. Bo tutaj pracują Osoby,
dlatego na warsztaty mówią „robota”. Rano, po śniadaniu, „idą do roboty”.
Grzegorz otwiera drzwi do pomieszczenia w głębi pracowni, bucha
gorąco. W piecu właśnie wypalają się rzeźby wykonane poprzedniego
dnia. – Tylko nie otwieraj, nie poparz się – przypominają Grzegorzowi
dwaj mężczyźni, którzy towarzyszą nam od początku: gdzieś z boku,
ciągle wymieniają szeptem uwagi, czasem jeden z nich śmieje się głośno.
Idziemy do kolejnego pomieszczenia. – Tu się robi świeczki – mówi
Grzegorz. – To nie moja działka. I prosi śmiejącego się kolegę, żeby wyjaśnił,
„jak tu się pracuje”. Ale ten natychmiast, zawstydzony, splata dłonie
za plecami, kręci się w miejscu, a ruchem głowy daje do zrozumienia:
„nie, mnie tu nie ma”. – No, powiedz – zachęca go towarzysz. – Zaraz
powiem, tylko muszę przestać się wstydzić – oznajmia Piotrek, uśmiechając
się nieśmiało. Jeszcze trochę przekomarzania się, a my tymczasem oglądamy
świece: pastelowe barwy, smukłe lub krągłe kształty. – No więc to
robi się tak – mówi wreszcie Piotrek i z ulgą wybucha śmiechem. Pokazał
na Cecylię, która właśnie układa skrupulatnie różnokolorowe kawałki
wosku w formie piramidy. Kobieta, mała, starsza, spogląda na nas. Musi
do tego wyciągnąć szyję wysoko w górę i zmarszczyć nos tak, żeby ramki
okularów nie przysłoniły jej naszych twarzy. Podaje dłoń. Witamy się,
przedstawiamy. Cecylia bez słowa wraca do przerwanego zajęcia.
Kolejna pracownia: stolarska. Dostrzegamy, że nawet jeśli Osoba
z nami nie rozmawia, to swoją serdeczność wyraża uśmiechem albo ochoczo
wyciągniętą dłonią. – To jest Krzyś – witamy się. Krzyś robi ślimaka.
Patrzymy: w starczych dłoniach szlifuje drewniany przedmiot. Wysuwa
go do nas. Dotykamy: jest już idealnie gładki. Ale tak właśnie pracują
Osoby. – Są strasznie dokładni – usłyszymy przy różnych okazjach: ta
cecha potwierdza się „i w robocie, i w domu”. Teraz Osoby przygotowują
płotek. – Żebyśmy nie chodzili po kwiatkach – tłumaczą ze śmiechem.
Józek, potężny mężczyzna w średnim wieku, pokazuje małe, pstrokato
pomalowane sztachetki, które sami przygotowali. Wydaje z siebie
dźwięk wyraźnego zadowolenia, bo Józek tylko w ten sposób używa
swojego głosu. Ja do końca będę mieć trudności ze zrozumieniem. –
A ja prawie zawsze wiedziałam, o co mu chodzi – powie Anita pod koniec
naszego pobytu w Arce. Przechodzimy do pracowni malarskiej.
Przy stole siedzi kilka Osób. Wita nas Basia, asystentka. – Cześć –
mówi i momentalnie zwraca się do wszystkich pracujących: – Przywitajcie
Anitę i Tomka. Nim się odezwiemy, pytania: skąd jesteście? co robicie?
– A-aaa – wzdycha jedna Osoba i z wyrozumiałością kiwa głową: – Ja
wiem. Witamy się ze wszystkimi. Basia prosi każdego, żeby opowiedział
o swojej pracy. Zaczynamy rozmawiać. – Ładne? – pyta Justyna, pokazując
obrazek. Oznajmia, że to morze. Na kartce robi kolejne pociągnięcie
pędzlem: szybkie, gwałtowne, potem cała się odchyla i patrzy na efekt
z różnych stron. Czeka, co powiemy, więc pytam: czemu malujesz morze?
– Bo ja lubię morze, jadę nad morze. Osoby spędzają wakacje w różnych
miejscach: jedni u rodzin, inni u wspólnot w kraju albo za granicą,
ale też na zorganizowanych wczasach, z asystentami. Justyna kończy rysunek,
kładzie nad kaloryferem, żeby wysechł. Pokazuje szufladę ze swoimi
pracami. – O rany, patrz, jakie oni tu miny mają! – kobieta trzyma
rysunek podpisany „Rodzice, dziadkowie, ja” i śmieje się tak bardzo, że
ręką musi zasłaniać usta. Na obrazkach widnieją kwadratowe twarze złożone
z kilku kresek, które przyprawiają Justynę o śmiech. – Jakie miny,
co za miny, ja nie mogę! – „Ja nie mogę” to jej ulubione powiedzenie.
Przechodzimy do głównej sali warsztatów. Na ścianach trudno znaleźć
puste miejsce: wszędzie wiszą rysunki. W ramce przypominającej
kwaterowe okno widać cztery pory roku, w innej, takiej samej, różne drogi.
Jest też plakat z obrazkową historią wspólnoty: „Asystenci przychodzą
i odchodzą”, konkretne imiona. Umawiamy się z Mariuszem na następne
spotkanie – teraz obiecaliśmy pomóc przy obiedzie. W tym samym czasie,
metr dalej, widzimy po raz pierwszy, jak powstaje „Baba Jaga, którą poskręcało razem z nosem”. Alicja, autorka kultowej tutaj interpretacji
znanej wiedźmy, z lekkością kreśli zawijasy poskręcanego nosa – ogranicza
ją tylko wielkość dostępnej powierzchni, tym razem to bristol.
Wracamy do Domu. Wojtek – były wolontariusz, który jest tutaj przez
parę dni, „przejazdem” – przygotowuje obiad razem z Karolem. Karol
mieszka tu, w Śledziejowicach, jako jedna z sześciu Osób. Gotowanie to
jego pasja: zawsze weźmie czyjś dyżur (bo obowiązki domowe są rozpisane
na każdego mieszkańca), jeśli tylko wiąże się to z pracą w kuchni. Ale
dzisiaj nie ma z czego przygotować posiłku. Dzięki kobiecej pomysłowości
i zaradności Anity po szybkim rozeznaniu zabieramy się za robienie
obiadu. Każdy ma zajęcie: czyszczenie, obieranie, gotowanie. – W Arce
zawsze jest coś do zrobienia – usłyszymy to jeszcze nieraz. Szkoda tylko,
że dzieje się tak z powodu braku asystentów i wolontariuszy.
Kiedy wsunęliśmy do piekarnika zapiekankę dla dziesięciu osób, przyszła
Alicja. Zaczynamy się zbierać do wyjścia. Wtedy po plecach Anity,
szybko, ale delikatnie, w górę i w dół, przebiegają palce Ali. – Małe napadzicho
– mruczy Ala, jakby się tłumacząc. Po chwili, pokazuje na Karolu
„duże napadzicho”: mężczyzna prawie wypuszcza z rąk rondel, który
wycierał. Bo duże napadzicho to łaskotki, a małe to leciutki, przyjemny
dotyk. Chociaż atmosfera jest fantastyczna, musimy iść. W trakcie ponad
trzech godzin nasze mięśnie, „pospinane” przed wejściem, zdążyły
się rozluźnić i zaczęliśmy się uśmiechać. Jednak oprócz pozytywnego
zaskoczenia i satysfakcji czujemy też zmęczenie.
Pierwszy dzień i wejście mamy za sobą. – To było niesamowite –
wymieniamy komentarze. – W ogóle nie spodziewałem się czegoś takiego.
Szukamy słów. Nagle zauważamy, że naszych wrażeń nie potrafimy
nazwać – my tylko opowiadamy to, co się stało. Po prostu. Za kilka dni
wrócimy do Arki. Anita jest umówiona na następny piątek na dziewiątą
rano, ja dołączę dzień później.
Piątek. Jest już dwunasta, a Anita nie dała znaku życia. (Po tygodniu
wrócił stres: jak tam będzie? Dlatego umówiliśmy się na telefon). Cisza.
Dzwonię. – Wszystko super, naprawdę, tylko nie miałam czasu się odezwać,
jak znajdę chwilkę, zadzwonię, pa! – nie zdążyłem otworzyć ust,
kiedy było już po rozmowie. Telefon od Anity odbieram dopiero przed
dziewiętnastą. – Zaraz jemy kolację i już wracam, czekaj na mnie. No to
czekam. Kiedy wraca: – Ale jestem padnięta – ogłasza na wstępie. Ale
wystarczyło, że zapytałem o rysunek, który ma w ręku: – To dostałam od
Michała, namalował specjalnie dla mnie. Michała nie znasz, ale jest przeuroczy,
w naszym wieku. – To co robiłaś, że nawet po południu nie zadzwoniłaś? – Bo po obiedzie Agatka zaprosiła mnie do swojego pokoju
i pomogłam jej sprzątać, Ala opowiadała o swoich bajkach, które codziennie
pisze, a Michał o rodzinie. Jak wychodziłam, Agatka uparła się, że
mnie odprowadzi. Wzięła moją torebkę, a jak się żegnałyśmy, podała mi
ją i powiedziała: „Tak jak ty mi pomogłaś, teraz ja ci pomagam. I obiecaj,
że jeszcze przyjdziesz...”. Opowieściom Anity nie ma końca.
Na razie przyjeżdżam ja, tuż po śniadaniu, spóźniony. Ale wszystkie
Osoby są w Domu. – Dzisiaj sobota, a w sobotę nie chodzimy do roboty
– tłumaczy Michał, z którym się właśnie poznałem. Witam się z pozostałymi:
z Karolem, Agatką, Cecylią, Jankiem i Alą. – Chcesz się czegoś
napić, Tomku? – pyta Jola, wolontariuszka. Na zewnątrz gorąco: domowy
specjał w taką pogodę to woda z cytryną. Częstuję się. Z Jolą
i Olą, asystentką, siadamy w kuchni. Chwila rozmowy. Na progu drzwi
wyleguje się mały, rudo-biały kotek. – To Oświęcimek. Widząc moje
zaskoczenie, kobiety tłumaczą: – Tak się już przyjęło; któraś z Osób to
powiedziała, bo jak się przybłąkał, był chudy i malutki. – Nie, Jola,
musimy mu zmienić to imię – protestuje Ola. Nowe, Pucek, przyjmie się
dopiero po tygodniu. W każdym razie: – W Arce nie można narzekać
na brak zajęć. Potrafisz prasować? – Minutę później stoję z żelazkiem,
a koło mnie leżą kosze z pościelą, obrusami i ścierkami.
Ale mam towarzystwo: kto może, ten siada i rozmawia ze mną chwilkę.
Stojąc w pokoju, Janek pomrukuje: potrafi długo obserwować, co
się dzieje na zewnątrz. Karol rozsiadł się na kanapie przed swoim biurkiem:
mnóstwo książek, masa notatek. Cecylka, oglądając telewizję,
dyskretnie wszystkim się przygląda. W fotelu kręci się Agatka. Michał
siada raz tu, raz tam. – Strasznie gorąco – mówi, wychodząc z łazienki
z mokrą głową. To jego sposób na upały. A dziś słońce grzeje tak, że nie
ma mowy o spacerze. Atmosfera w pokoju robi się coraz sympatyczniejsza:
energia Michała to zapłon do rozmów. Tym bardziej, że ma w zwyczaju
pytać: „A ty? Też tak miałeś? Wiesz, jak to jest?”. A ja nie wiedziałem,
że można prasować przez dwie godziny i nie nudzić się. Pora na
obiad. Po posiłku wychodzę po Anitę. – Jak jest? – Sympatycznie – odpowiadam
i dodaję: – Agatka pytała, czy będziesz. – No widzisz? Mówiłam
ci! – Wchodzimy. Serdeczne powitania to nie wszystko: Agatka tuli
się do Anity jak dziecko, a Michał tylko czeka, żeby móc puścić nowej
koleżance piosenkę. Wychodzimy z Arki dopiero po kolacji.
Kolejne dni: poznajemy Osoby, asystentów, Domy – wspólnota w Śledziejowicach
ma dwa: drugi, „Emaus”, leży na skraju Wieliczki. Po każdym
dniu wymieniamy refleksje: na tę najważniejszą jeszcze przyjdzie czas. Ale już teraz, choć nie od razu, widzimy, że to, co określamy jako
„niesamowite”, to w gruncie rzeczy prostota i autentyzm: ludzi, sytuacji.
Niby wszystko takie oczywiste: „Arka objawia dar osób z upośledzeniem
umysłowym”, czytamy w Karcie Arki. A kilka punktów dalej:
„Osoby z upośledzeniem umysłowym często są obdarzone takimi zaletami
jak umiejętność przyjmowania innych, zachwyt, spontaniczność i autentyzm”.
Niby wszystko takie oczywiste, a trzeba tego dotknąć.
„W Arce nie brakuje zajęć”. Przy ich wykonywaniu pracuje się z Osobami
albo w ich towarzystwie: to one mają coś robić, poczuć, że są sprawne
i potrzebne. Nic za nich, tylko razem z nimi. Wzajemna pomoc
i wsparcie to podstawa. W warsztatach uczestniczą mieszkańcy obu
Domów i Osoby z okolicy, ale spoza wspólnoty. My też. Czasem w pracowniach,
czasem w kuchni, czasem sprzątając. Chociaż parę popołudniowych
dyżurów mamy w „Emausie”, to zżyliśmy się z „Effathą”, czyli
pierwszym Domem. Tu czujemy się najlepiej, tu są Osoby, z którymi
poznaliśmy się bliżej.
Jako pierwsza do Śledziejowic przyszła Ala: w Arce ponad dwadzieścia
lat. Pisze bajki. Właściwie teraz przepisuje: zeszyt musi być ładny,
pisak kolorowy. Zapełnia kartkę od krawędzi do krawędzi dużym, regularnym
pismem. Jej opowieści wydał Znak. Na co dzień używa słów:
„lubaski”, „mikstury”, zwrotów: „jak się było takim dziubasem”, a na
koniec opowieści: „takie były hece”. Jest potężną kobietą. Zamiast siedzieć,
woli dreptać po Domu, czasem w miejscu, bujając się na boki (ten
zwyczaj przejmie Anita). Ala uwielbia zwierzęta, bez wyjątków. W ogóle
lubi wszystko: nie wartościuje rzeczy.
Karol. Do Arki przyszedł z własnej woli. Urodził się w 1952 roku.
Wspomina rodziców. Matkę jako troskliwą kobietę, ojca w dwóch kontekstach:
jako pracownika naukowego albo... towarzysza gry w brydża.
Oboje nie żyją, ale Karol nadal ma rodziców: pokazuje obrazek z małym
Jezusem i Maryją. Obok radia ustawił kasety z nieszporami – lubi
się modlić cichym śpiewem. Na szyi nosi franciszkański krzyżyk. Pisze
listy do Boga. Czyta Biblię i mnóstwo książek religijnych, ale nie tylko:
teraz wertuje leksykon mitów. Uwielbia historię. Korzystając z legend
i pozycji naukowych, opracowuje „Bajeczne dzieje Warszawy” – tam się
urodził. Bawi się językiem, co świetnie oddaje jego duże poczucie humoru:
mówiąc o śmierci, stwierdza z lekkością, że „w ciele duszy duszno”,
więc dusza przeprowadza się do nieba. Ma dystans do siebie: kiedy
mówi się o nim, że jest historykiem, z figlarnym przymrużeniem oczu
dodaje: „albo histerykiem”. Lubi pozować do zdjęć: na jednych cichy
i skupiony, na innych w ciemnych okularach, kapeluszu, z miną cwaniaka. Ciągle zadaje zagadki. Ma ogromną wiedzę – mówiąc o swoich
imieninach, pyta: – Co to jest trzy razy K? Trzech Karolów. Jakich wielkich
Karolów znamy? – Karol Wojtyła. – Zgadza się, a patron jego imienia?
– I słyszymy opowieść o Karolu Boromeuszu. Oczywiście trzeci Karol
to nasz Karol. Zagadka przypomniała mu jego „rozmowy o wszystkim
z wielkim człowiekiem”. Chodzi o Wojtyłę, z którym dyskutował, kiedy
przyszły papież odwiedzał ich w mieszkaniu.
Agatka to mała, krągła kobieta: tak mała, że odchodząc od zlewu,
zawsze ma mokry biust – dlatego „miss mokrego podkoszulka”. Zdecydowanie
kobieca: uwielbia porządek, kosmetyki i tulenie się – dlatego „nasz
pupilek”. Woli towarzystwo chłopców niż dziewczyn. Jest emocjonalna,
czasem nawet zazdrosna. Z zapałem opisuje swój, zbliżający się niebawem,
ślub. A mąż? – Znajdzie się. – Nie lubi, kiedy ktoś mówi zbyt dużo. Na
warsztatach maluje. W Domu chętnie spełnia obowiązki, nawet takie jak
mycie szafek, kiedy musi się wspinać po krześle i blacie kredensu.
Michał ma dwadzieścia parę lat, siedmioro rodzeństwa i za sobą przykry
pobyt w internacie. Słabo czyta, więc dostawał „same pały”, tutaj
jego lektorem jest Karol. Niedawno zmarł mu ojciec, mówi, że „nie ukrywa:
dużo wtedy płakał”. Chciałby pracować w Krakowie, najlepiej robić
coś przy meblach. Oczywiście „dużo zarabiać, żeby móc kupować
dużo rzeczy”, bardzo to lubi. Lubi też malować i słuchać muzyki. Uczy
się gry na gitarze. Ma świetny słuch: z każdej piosenki potrafi wyłowić
i zanucić melodię. Zbiera płyty i kasety: od piosenek religijnych, przez
muzykę rockową, po klubową. Razem z wolontariuszem Wojtkiem czasem
grają i śpiewają: raz Barkę, a raz Whisky.
Cecylka robi wrażenie najbardziej samodzielnej i taka chce być. Potrafi
nie okazywać emocji, zachować dystans, ale kiedy uważa, że coś
jest nie w porządku, wyraźnie daje o tym znać. Lubi obserwować innych.
W telewizji śledzi Taniec z gwiazdami, a jej ulubiony serial to Stawka
większa niż życie – kiedy emisję filmu wstrzymano w związku z Mundialem,
była niepocieszona.
Najsilniejszy i najdzielniejszy w całym Domu jest Jasiu. To postawny
mężczyzna, który chętnie majsterkuje: szczególnie przy rowerze, bo
Jasiu uwielbia swój rower i jeździ na nim nawet do warsztatów. Chwali
się mięśniami. Mało mówi. Nigdy nie marudzi. Dba o Dom i o Osoby.
Kiedy coś go ucieszy, robi charakterystyczne, głębokie „mhmm” (ten
zwyczaj przejmę ja).
A asystenci? – Kiedy wchodzisz do Arki, przestajesz mieć własne życie
– mówi Ola. To nie zarzut: tak po prostu jest. – Arka to fantastyczne doświadczenie: bardzo cię zmienia, rozwija, ale wymaga od ciebie poświęcenia,
ciągłego przebywania z kimś, pomagania komuś. Jak kogoś na
to nie stać, jak nie umie być z ludźmi, nie ma tutaj szans – dodaje. – Jeszcze
niedawno było nas więcej: po jednym asystencie na Osobę. Mogliśmy
zajmować się indywidualną terapią. Teraz jesteśmy na najwyższych obrotach,
a i tak załatwiamy tylko podstawowe sprawy Osób – lekarza, jedzenie,
pracę, sprzątanie. Żyjemy, ale nie rozwijamy się – mówi Mariusz.
„Wspólnoty są miejscami nadziei” – czytamy w Karcie. Jean Vanier:
„Nadzieja Ewangelii skłoniła mnie do założenia Arki, ale życie w Arce odkryło
przede mną głębokie i ukryte znaczenie Ewangelii”. Nam Arka pokazała
niesamowitą wartość spotkania z drugim człowiekiem. Początkowy
stres, obawy, zastanawianie się nad różnymi rodzajami niepełnosprawności
i próba szukania odpowiednich zachowań… i tak dalej, i bez końca – to
wszystko prysło w zderzeniu z rzeczywistością. Do dziś nie wiemy, jakie
nazwy noszą upośledzenia większości Osób. W Arce byliśmy wszyscy – po
prostu – ludźmi. Autentyzm, szczerość, bezpretensjonalność Osób – ta atmosfera
zbudowała przestrzeń spotkania. Vanier: „Kochać kogoś nie znaczy
przede wszystkim robić coś dla niego, ale pomóc mu odkryć jego piękno,
jego niepowtarzalność, światło ukryte w jego wnętrzu”.
W pierwszy dzień, kiedy staliśmy zdenerwowani pod drzwiami
Domu, bojąc się zapukać, wpatrywaliśmy się w tabliczkę ze słowem:
„Effatha” – otwórz się. Nie wiedzieliśmy o tej nazwie. A to właśnie ta
myśl była z nami, kiedy zbieraliśmy odwagę na wejście do warsztatów:
effatha. Wreszcie otworzyliśmy drzwi. Osoby otworzyły nas.
Dziękuję Osobom, Asystentom, Basi Pestce, Anicie, Rodzinie Janka
Fundacja Arka
Wspólnota w Śledziejowicach
32-020 Wieliczka
Śledziejowice 83
tel.: +48 12 288 24 70
fax: +48 12 288 24 71
e-mail: sledziejowice@larche.org.pl
POCZĄTEK STRONY |