|

SPOŁECZEŃSTWO NIEOBOJĘTNYCH
Z głową w chmurach
AGNIESZKA WAŚNIOWSKA
Są rzeczy na ziemi i niebie, o których nie śniło się nawet filozofom.
William Szekspir
– Gonisz Profesora Kozła – rzucał w przestrzeń i biegł rozradowany
przed siebie. Wymachiwał do tego nogami na wszystkie strony. Robił
koślawe kroki i często wpadał w kałuże, jeśli były. Nietrudno było go
złapać. A największą radością w momencie chwycenia go za rękę był
jego śmiech.
Magda marzyła o mężczyźnie swojego życia, szczęśliwym posiadaczu
mercedesa. Rafał wiedział wszystko o kanalizacji i kolekcjonował
klucze. Wojtek uwielbiał małe dzieci. Łukasz szukał przyjaciół na całe
życie. A Paulina zapraszała innych, żeby odmawiali z nią różaniec.
Wspaniali ludzie, pochłonięci pasją, obdarzeni różnymi zdolnościami,
z radością i ze smutkiem przeżywający kolejne dni, nic szczególnego
nie czyni z nich innych. Na pozór.
Malutka twarz, malutki nos, malutkie uszy, lekko skośne oczy. „Niech
się pani nie przejmuje, te dzieci są jak tresowane pieski” – powiedział
lekarz na porodówce do młodej matki dziecka z zespołem Downa.
Długie lata miałam wrażenie, że ludzie traktują tę chorobę, jakby
przechodziła z rąk do rąk. I bach! Ciebie też to spotyka.
Ja byłam inna, musiałam być. Mój brat Łukasz należał do ludzi genetycznie
niedoskonałych. I choć przez dużą część swojego życia traktowałam
jego obecność jak kamień zawieszony u szyi, wiedziałam, że większego
daru dostać nie mogłam.
Często zaciskanie zębów bolało. Niedzielne poranki w kościele stawały
się katorgą zaraz po przestąpieniu progu. Ludzie zerkali spod oka
na małego chłopca skubiącego palce. Z obrzydzeniem obserwowali, jak
dmuchał nos w chusteczkę higieniczną. Odsuwali się, kiedy szedł im
naprzeciw. Spuszczali oczy, gdy słodko się do nich uśmiechał. Patrzyli
na niego, a ja patrzyłam na nich. Mieszkały w nas przeciwstawne uczucia
dotyczące jego osoby. A on, jakby nigdy nic, miał miłość w sercu do
całego świata.
Zapytałam go niedawno, czy jest szczęśliwy. Nie wiedział, jak odpowiedzieć.
Nigdy nie czuł się nieszczęśliwy, więc nie wiedział, czym jest
uczucie szczęścia.
Kiedy byliśmy mali, zabierał mnie w świat swojej fantazji. Domki
z foteli i koców ustawione na środku pokoju stawały się dla nas szałasem
w samym sercu lasów tropikalnych. Wspinaliśmy się po lianach i goniliśmy
małpy. Uciekaliśmy przed drapieżnymi kotami. Okrążaliśmy całą
kulę ziemską w ciągu kilku godzin. Byliśmy wszędzie. Byliśmy razem.
I nikt na nas krzywo nie patrzył. Dzięki niemu wkroczyłam do rzeczywistości,
gdzie ludzie byli z marzeń.
Należałam do stowarzyszenia, w którym on pojawił się już wcześniej.
Zrzeszało ludzi z upośledzeniem umysłowym i tych pseudonormalnych,
bez zmian w mózgu. Nikt niczego nie robił dla pieniędzy, tylko
z potrzeby serca. Stykaliśmy się koniuszkami palców i docieraliśmy
do siebie uśmiechem.
– Chodź, pokażę ci kanał – mówił Rafał i ciągnął mocno za rękę.
O mały włos nie wpadłby tam kilka razy. Nachylał się, zaglądał do środka,
okulary spadały mu z nosa, ale póki nie zbadał wszystkiego, nie odchodził.
Nazywał siebie Profesorem Kozłem i miewał napady śmiechu,
tak że cały się trząsł. Nie lubił się golić, nie dbał o szkła oblepione dżemem
truskawkowym ze śniadania, podciągał spodnie dużo powyżej pasa
i spędzał niezliczone godziny na wtykaniu kluczy do zamków w drzwiach.
Miał tych kluczy cały worek, chyba ze sto sztuk, i każdy musiał sprawdzić,
na wszelki wypadek, dla spokoju ducha.
Uczyniłam go kiedyś Batmanem w pewnym przedstawieniu, pewnego
lata. Miał idealnie nadającą się do tej roli pelerynę od deszczu. Zaaferowany,
odgrywał swoje kwestie podczas prób jak profesjonalny aktor.
Kiedy nadszedł dzień premiery, poprosiłam go, aby został za kotarami
z prześcieradeł i czekał, aż go zawołam. Odpowiedział: dobrze.
A że bywał rozkojarzony (tak wiele rzeczy przykuwało jego uwagę),
powtórzyłam raz jeszcze. Odpowiedział drugi raz tak samo.
Trzy, dwa, jeden, zero… start! Kurtyna w górę. Scena po scenie,
wszystko idzie gładko, prawie sukces. I nagle ma wkroczyć Batman. Ale
nie ma go tam, gdzie stał. Więc lekko zdenerwowani krzyczymy – ja
i inni organizatorzy spektaklu: „Batman, Batman, gdzie jesteś!?”. „Tu
jestem”, rozlega się z pierwszego rzędu na widowni. Profesor Kozioł
wstaje, a wiatr, który dmuchnął na werandzie, gdzie odbywa się spektakl,
podwiewa jego ciemną pelerynę. Efekt jest taki, jakby Rafał unosił
się w powietrzu. Publiczność śmieje się. My też nie wytrzymujemy. Nawet
Profesor Kozioł zaczyna trząść się po swojemu ze śmiechu. Okazało
się, że to była najlepsza scena w spektaklu!
Fernanda Renzullo uwielbiała pływać. Była półsierotą, pół-Włoszką
i chorowała na elefantyzm (wciąż przybierała na wadze, niezależnie od
ilości przyjmowanych pokarmów). Letnie wieczory nad morzem spędzała
na pływaniu w basenie należącym do ośrodka, w którym stacjonowała
nasza „śmieszna” drużyna.
Jej wejście do wody utrudniało życie wielu ludziom – trzeba było dwóch
mężczyzn, by trzymali barierkę, kiedy Fernanda odrywała się od ściany
basenu, były ofiary wody wypływającej nagle poza obręb brodzika. Jednak
dziewczyna miała w sobie tyle beztroski i uroku, że nikomu nie było
straszne jej gramolenie się w wodzie. Miała nawet kilku stałych widzów.
Pływała bliżej nieokreślonym stylem przypominającym posuwiste ruchy
wieloryba. Żółty strój kąpielowy kontrastował z jej ciemnymi włosami
i wystającymi z wody paznokciami stóp, pomalowanymi na czerwono.
Zachwycałam się widokiem niebiańsko szczęśliwej Funi i żałowałam, że
nie mam ze sobą aparatu fotograficznego. Zdjęcie byłoby piękne!
Jak każda kobieta kochała się w mężczyznach. Miała wielkie serce,
a jej włoska natura dawała się we znaki na każdym kroku. Funia miała
szczególną słabość do ratowników. Co roku wzdychała do innego. Pewnego
razu podczas śniadania jej koleżanka z pokoju zapytała, co ratownik
– jej ówczesny wybranek – ma w sobie takiego, że Funia obdarzyła
go uczuciem.
– Oczy… Piękne niebieskie oczy – westchnęła rozmarzona.
– To mu je wydłub i wstaw do kompotu, żebyś mogła je oglądać –
poddała jej pomysł koleżanka.
I tak siedziały przy śniadaniu, obmyślając plan. Tragiczna operacja
miała dokonać się przy pomocy widelca. Kompot miał zastąpić formalinę.
Zamiast oczu dziewczęta postanowiły zaopatrzyć się w całą głowę.
A ciało chciały wrzucić do szamba. Ploteczki. Gdy ratownik pojawił się
w stołówce, Funia chwyciła narzędzie zbrodni i zdecydowanym krokiem
ruszyła w jego stronę. „Kiedy miłość szepce, rozum milczeć musi”. Na
szczęście rozum ją dogonił i poprosiliśmy, aby wróciła na swoje miejsce.
Piotrek z kolei fruwał w obłokach, dosłownie. Na uszach miał aparat,
który piszczał czasem nie do wytrzymania. Piotrek wydawał z siebie
krzykliwe dźwięki, nie umiał mówić. Chory na autyzm, całymi dniami
bawił się reklamówkami z hipermarketów, patrząc, jak unoszą się w powietrzu
– góra-dół, góra-dół. Czasem dostawał napadów złości i gryzł
tego, kto nawinął się mu pod rękę. Trzeba było mocno ścisnąć go wtedy
od tyłu, przytrzymując ręce, dopóki się nie uspokoił. Trudne było to
zadanie i nie każdy to potrafił. Nikt jednak tak jak Piotrek nie potrafił
głaskać po rękach. Przychodził, rozsiadał się obok jak najlepszy i jedyny
gość na świecie, po czym głaskał, wydając z siebie pomruki podobne do
rechotania żaby. Człowiek czuł się wtedy bezpiecznie, szczęśliwie.
Paulina często chodziła naburmuszona. Lubiła robić innym na przekór.
Najdłużej jadała posiłki, a połowa z nich lądowała na ubranku jej
ukochanej lalki Marysi, podczas karmienia. Zaczepne pstrykanie ludzi
w głowę sprawiało jej ogromną radość. Miała satysfakcję, gdy ktoś chmurnie
na nią spojrzał. Nie odpuszczała i wyczekując momentu jego nieuwagi,
powtarzała złośliwą czynność. Po czym mówiła, jakby w imieniu
swojej „ofiary”: „Paaaaaauuuulina! Nie rób tak, nie wolno”.
Większą część dnia spędzała na prowadzeniu wózka z Marysią,
z którą nie rozstawała się ani na krok. Jeździła tam i z powrotem, sprawiając
wrażenie kompletnie odciętej od rzeczywistości. Ukradkiem oceniała
jednak sytuację i gdy można było komuś dokuczyć, pozostając niezauważonym,
robiła to. Lubiłam ją obserwować. Niejeden pozazdrościłby
jej sprytu i wytrwałości. Przebiegle inteligentna. Ale jej złośliwa
natura nijak się miała do sił ducha, które w niej kipiały. Nie zasnęła, nie
zmówiwszy paciorka, różańca i Litanii do Serca Jezusowego. Uciekaliśmy przed zaproszeniem na wieczorną modlitwę, gdyż trwała ona dwie
godziny i trzeba było cały czas klęczeć. Żadnych taryf ulgowych.
Pamiętam, jak pewnego letniego dnia Paulina samodzielnie zawiązała
na głowie chustkę od słońca na modłę starej wiejskiej kobiety i zasiadła
na czerwonym traktorze. Udawała, że go prowadzi. Wyglądała przy
tym jak przodowniczka pracy z socrealistycznych plakatów. Ile myśmy
mieli przy tym śmiechu! Jak bardzo podobało się jej to, że śmiejemy się
z jej dowcipu…
Łukasz lubił zwracać na siebie uwagę. Wynikało to z głębokiej potrzeby
posiadania przyjaciół. Uwielbiał wisieć na telefonie i rozmawiać
o „niebieskich migdałach” – wypytywał rozmówcę również i o to, co
zjadł na obiad. Pochłaniało go wszystko, co dotyczyło drugiego człowieka,
wszystkie jego emocje i uczucia. Zdarzało się, że przepełniony
zmartwieniami przyjaciół nie mógł spać po nocach.
Odnalazł siebie w malarstwie. Wymyślał postacie o długich, szczupłych
tułowiach i rozradowanych twarzach. Jeden z jego abstrakcyjnych
aktów kobiecych, trochę na wzór Picassa, trafił w posiadanie niemieckiego
ginekologa.
Dumny jak paw, zapraszał na wystawy wszystkich, bardziej i mniej
znajomych. Po czym, gdy zaproszony się zjawiał, rzucał mu się na szyję,
trochę go przyduszając z radości.
Doskonale znał się na aktorach z polskich seriali. Wiedział o nich
wszystko, o czym można było się dowiedzieć z gazet. Popołudnia spędzał
na wycinaniu ich wizerunków z kolorowych czasopism i przydzielaniu
ich do odpowiedniej teczki. Każdy serial miał swoje własne akta.
W domu zawsze można było znaleźć wycinki szwendające się po podłodze
z kąta w kąt.
Nigdy nie pozwalał nikomu mieć w stałym posiadaniu programu
telewizyjnego. Zapytany, pożyczał go oczywiście na chwilę, ale wcześniej
nie zapominał rzucić: „Jest na nim napisane: wróć do mnie!”. Irytowały
mnie zakreślone na czarno nazwy programów, których Łukasz
nie lubił. Wkurzały mnie wycięte prostokąty filmów i teatrów telewizji,
które miałam ochotę oglądać. W poniedziałki miał w zwyczaju informować
mnie, że wieczorem nie ma niczego, co by mnie zainteresowało,
a na dowód wręczał mi do ręki program, w którym były powycinane
czworokąty. Pamiętam, jak pewnego razu nie zdążył na czas z wycinaniem.
Poprosiłam o program. Coś zaburczał pod nosem, po czym wręczył
mi kilka pomiętych kartek ze zdjęciem jakiejś gwiazdki. Zaczęłam przeglądać. Tytuły jakoś dziwnie pokrywały się z tymi z zeszłego tygodnia.
Spoglądam na datę i już znam przyczynę. A on patrzy na mnie
i wie, że się zorientowałam. Spokojnie mówi: „Nie mówiłaś, jaki chcesz.
Powiedziałaś »program«, to dostałaś program”.
Czasem się kłóciliśmy, choć częściej to on denerwował mnie niż ja
jego. Często nie potrafiłam z nim rozmawiać, kiedy przychodził opowiedzieć
mi o minionym dniu. Burczałam coś wtedy i mówiłam, że jestem
zajęta. A on zawsze odpowiadał pokornie: „Dobrze, dobrze, to ja
już idę”. Bolała ta jego zgoda na wszystko i ogromna wyrozumiałość –
nigdy nikomu nie miał za złe, że nie chce z nim rozmawiać. Nie było
w nim śladu niezadowolenia z życia – w którym ludzie wytykają go palcami,
omijają dużym łukiem, boją się.
Kiedyś płakałam z rodzicami na wspomnienie jednego zdarzenia.
Łukasz był najlepszym towarzyszem rodziców w czasie robienia zakupów.
Jeździł z nimi po wszystkich możliwych hipermarketach i wkładał
produkty do wózka. Kiedyś nie mieli gdzie zaparkować. Tato jeździł
samochodem w kółko i zaczynał się irytować. Gdy przejechał koło wolnego
miejsca dla niepełnosprawnych, Łukasz powiedział jakby nigdy nic:
„Tato, możesz tu zaparkować, przecież ja jestem takim dzieckiem”. Powiedział
to od niechcenia, jakby mówił o pogodzie za oknem. Rodziców
zamilkli zaskoczeni. Mama przełknęła łzy, tacie dreszcz przebiegł
po plecach. Nigdy nie mówiliśmy mu o jego inności, a on przez całe
swoje życie, siedząc cicho w kąciku i wycinając twarze normalnych ludzi,
wiedział, że jego już nic nie zmieni.
My, pseudonormalni, pomagaliśmy im żyć w świecie, gdzie ich nie
rozumiano i nie traktowano poważnie. Próbowaliśmy dać im siebie.
Naszą przyjaźń, nasz czas, nasze pomysły, zdolności. Byliśmy ich przewodnikami,
oni stali się dla nas mistrzami, otwartymi księgami mądrości.
Czas wydawał się pełniejszy, radośniejszy, istniał sens. Wychowywaliśmy
się nawzajem. Byliśmy tylko ramą do pięknego obrazu malowanego
ich sercami. Ich śmiech był dwa razy bardziej śmieszny, ich łzy
dwa razy bardziej bolesne.
POCZĄTEK STRONY |