|

TEMAT MIESIĄCA:
Jan Paweł II. Żywa pamięć czy makatka?
W oparach toksycznej mentalności (fragment)
MICHAŁ PALUCH OP
Mam wrażenie, że polski Kościół poddany jest działaniu chmury
toksycznej mentalności, która uniemożliwia mu refleksję czy może
raczej: istotnie ją ogranicza i zniekształca. To dlatego impulsy, jakie
płynęły i płyną z dziedzictwa Jana Pawła II, są za mało „wdrożone”,
a szanse na „rzeczy wielkie” – marnie spożytkowane.
Nie było nigdy podobnego wzlotu w historii polskiego Kościoła: wielkość świadka, męża
stanu i człowieka splotły się w jedną i przekonującą całość w osobowości polskiego
biskupa, następcy świętego Piotra. Czy jednak ten moment chwały nie staje się dla nas
z każdym rokiem w coraz większym stopniu wyrzutem i oskarżeniem? Czy nie jest bowiem
tak, że mimo dziesiątków tysięcy akcji, T-shirtów, baloników i albumów, dziedzictwo
Jana Pawła II okazuje się coraz bardziej niewchłonięte i nieprzetrawione, a szansa
na ewangelizację, jaką otworzyło, coraz mniej wykorzystana? Najpierw napiszę, co
każe mi skłaniać się ku pozytywnej odpowiedzi na to pytanie. Na końcu zaś – wspominam
o tym na potrzeby przeciwników czarnowidztwa – postaram się zasygnalizować,
co może być dla nas źródłem nadziei na inny scenariusz.
Chmura toksycznej mentalności
Stanisław Lem w Niezwyciężonym opisuje zmaganie kosmicznej ekspedycji na wyimaginowanej
planecie z chmurą, która powstaje z opiłków żelaza, by zwalczać wszelkie przejawy
świadomości. Wokół głów nieszczęśników poddawanych jej działaniu tworzy ona
pole wysokiego napięcia, które doprowadza do „rozmagnesowania” mózgu. Ofiary tej chmury – mimo że poza mózgiem reszcie ich ciała nie przydarza się żadne nieszczęście –
stają się trwale niezdolne do refleksji, pozbawione zdolności do samodzielności.
Wiem, że to obraz dość drastyczny, ale mam wrażenie, iż polski Kościół poddany jest
działaniu tego rodzaju chmury toksycznej mentalności. Nie pozbawia go ona wprawdzie
fizycznej integralności, ale uniemożliwia mu refleksję czy może raczej: istotnie ją
ogranicza i zniekształca. To właśnie dlatego impulsy, jakie płynęły i płyną z dziedzictwa
Jana Pawła II, są za mało „wdrożone”, a szanse na „rzeczy wielkie”, jakie otworzył przed
nami niezwykły pontyfikat – marnie spożytkowane.
Toksyczna mentalność, której działaniu jesteśmy poddawani, wyraża się, moim
zdaniem, w trzech „zamiast”: „pobożność zamiast wiary”, „prawo zamiast sumienia”
i „autorytet zamiast rozumu”. Kluczowe jest słówko „zamiast”. Katolicka duchowość
winna być prowadzona przez koniunkcję: pobożność i wiara razem mają kształtować
praktykę naszego życia, prawo we współdziałaniu z sumieniem może poprowadzić
nas do dojrzałych moralnie rozstrzygnięć, a tylko autorytet działający wraz z rozumem,
a nie przeciw niemu, może ofiarować nam satysfakcjonujący model wyjaśniania
tajemnic wiary.
Niestety, spotkanie nauczania Kościoła z nowożytnością może łatwo prowadzić do
wykoślawień. U jej zarania propozycje reformatorów przyniosły bowiem przeciwstawienie
nadprzyrodzonej wiary naturalnej pobożności (sola fides), Oświecenie zaś artykułowało
wrażliwość, którą można by było streścić jako „rozum zamiast autorytetu”
i „indywidualne sumienie zamiast prawa” (wyrażającego dominację wspólnoty nad jednostką).
Kościół w swoim nauczaniu nigdy nie poddał się wprawdzie presji tej kontestacji,
redukując swoją koniunkcję do odwróconych, polemicznych „zamiast” (pomyślmy
choćby o Fides et ratio). Praktyka kościelnego życia obsuwa się jednak łatwo poniżej
ideałów wskazywanych przez oficjalne dokumenty.
Pobożność zamiast wiary
Kościół w Polsce rytem stoi. Wystarczy zajrzeć do jakiejkolwiek świątyni, by się o tym
przekonać: msze święte i nabożeństwa, odprawiane wielokrotnie w ciągu dnia, sprawowane
są z dyscypliną i godnością. Proboszczowie zwykle dbają o naczynia liturgiczne,
biel obrusów i czystość wnętrza. Kościoły jako ośrodki kultu pracują jak dobrze naoliwione
maszyny.
Należy się z tego cieszyć, możliwość przystępowania do sakramentów jest z pewnością
wielką wartością polskiej sytuacji. Nie zapominajmy wszakże, iż jest to jedynie
„zewnętrzna strona misy”. Ze stroną wewnętrzną zaś jest już znacznie gorzej. Sam kult
i troska o niego bywają bowiem murem, przy pomocy którego można bezpiecznie odgrodzić
się od wiernych. Posługa wielu pasterzy degraduje się więc często do troski o rytualną
poprawność i strzyżenia owieczek posłusznych wezwaniom kościelnych dzwonów. Rzadko prowadzone są interesujące katechezy dla dorosłych, czasem nawet duże
zakonne parafie nie są w stanie się na nie zdobyć. Pomysły duszpasterskiego wychodzenia
poza kościelne mury w poszukiwaniu ludzi niewierzących – o ile nie chodzi o papieską
pielgrzymkę, święcenie kolejnych sal ratusza czy małe grupki zapaleńców jeżdżących
do Jarocina lub Kostrzynia – należy w Polsce kojarzyć wyłącznie z sektami.
Warto przy tym zaznaczyć, że rytualizm w podejściu do misji Kościoła odegrał w Polsce
powojennej bardzo pozytywną rolę. To przecież właśnie związek z kultem jest podstawą
ludowej pobożności, dzięki której udało się Kościołowi przetrwać starcie z komunizmem
i ocalić katolicyzm w postaci masowej. Z pewnością zresztą pamięć tamtej
doniosłej wygranej jest dla współczesnych duszpasterzy ważną zachętą do podtrzymywania
nastrojonego na ryt modelu funkcjonowania kościelnych wspólnot.
Więcej na łamach październikowego „Znaku”
Zamów numer
MICHAŁ PALUCH OP, dr teologii,
dyrektor
Instytutu
Tomistycznego,
wykładowca
dogmatyki
w Kolegium
Filozoficzno-Teologicznym
oo. dominikanów.
POCZĄTEK STRONY |