|

ZDARZENIA – KSIĄŻKI – LUDZIE
Warszawska Masada (fragment)
AGNIESZKA SABOR
Patrzyłam na usta…
Dziennik z warszawskiego getta,
red. Piotr Weiser,
Homini, Kraków–Lublin 2008
Wszystkim urodzonym grubo po wojnie,
którzy z najróżniejszych i wartych osobnej
analizy powodów zajmują się historią
Zagłady, grożą dziś trzy niebezpieczeństwa:
sentymentalizm (a więc i banalizacja),
abstrakcja i – co być może najbardziej
niebezpieczne – rutyna. Przekonałam się
o tym przed kilku laty na własnej skórze,
oglądając w krakowskiej Galerii Starmach
wideoinstalację Mirosława Bałki. Ten wielki klasyk polskiej „sztuki pamięci”
podczas zimowej wizyty w Auschwitz-
-Birkenau sfotografował sarny szukające
w śniegu czegoś, co nadawałoby się do
zjedzenia. Estetyczna, statyczna metafora
tego, co w żadnym wypadku estetyczne
być nie mogło, czy też coś więcej: swoiste
memento?
Chyba to drugie. Mam to memento
w głowie, ilekroć przyjeżdżam do Oświęcimia,
Majdanka czy Bełżca z kolejną grupą
Niemców, Francuzów, a nawet Izraelczyków.
Zdarzyło mi się bowiem, i to nie
raz, spacerować wśród rozkwitających
zielenią i słońcem brzóz Birkenau, mijając
rowerzystów skracających sobie tamtędy
drogę do sklepu lub pracy. Pełna radości
i zadowolenia, niemal nie pamiętałam,
co przed kilkudziesięciu laty wydarzyło
się w tym miejscu. Ważniejsze były spokój,
wiosna, a zarazem wypracowany dystans
moich – bądź co bądź profesjonalnych
– wizyt w miejscach pamięci. Niemal
„kurort-Auschwitz” (to cytat z pilota, który
do obozu przyjeżdża z turystami kilka razy
w tygodniu). „Kurort” dość popularny,
sądząc po reklamach w folderach agencji
turystycznych, liczbie autokarów na placyku
przed wieżyczkami strażniczymi Birkenau,
a także po frekwencji w (niezbędnej)
restauracji przylegającej do parkingu
przy Stammlager I.
To samo dotyczy lektury. Nie wiem, ile
setek świadectw holokaustowych przeczytałam
w ostatnich dwudziestu latach.
Co gorsza, nie pamiętam, w którym momencie
uznałam je za naturalną psychoterapię
autorów i kiedy zaczęłam czytać je „ zawodowo” – trochę jak rebus lub krzyżówkę
– beznamiętnie skupiając się na nowych,
intrygujących, godnych zapamiętania
szczegółach. Tak, zajmowanie się Zagładą,
z gruntu szlachetne, może mieć dziś
formę zepsutą, zdeprawowaną – bo wyabstrahowaną
i przemysłową, co w kontekście
Zagłady ma szczególnie paradoksalne
znaczenie. To moje własne, wstydliwe
doświadczenie.
Lecz nagle pojawiła się książka, po którą
początkowo sięgnęłam przede wszystkim
z zawodowego obowiązku – jako po
kolejne (które to już?) świadectwo z getta.
Nieoczekiwanie niewielki, kratkowany zeszyt,
znaleziony przed laty na Majdanku
i w całości opublikowany dopiero niedawno
przez wydawnictwo „Homini”, okazał
się dla mnie powrotem do początku: przerażającym
zdumieniem, a zarazem rzeczowym
zapisem grozy, krzykiem pytania
o sens istnienia, a zarazem matematycznym
katalogiem konieczności. I oto
zdałam sobie sprawę z wagi faktu, że czytam
– ze strony na stronę coraz bardziej
bezwzględny i świadomy Końca Świata –
pamiętnik umierania autorki.
Nie znamy jej nazwiska. Musi nam wystarczyć
imię, mickiewiczowskie: Maryla.
Nie wiemy, ile miała lat (można jednak
przypuszczać, że była młodą, najpewniej
bezdzietną mężatką). Nie wiemy, czy
przed wojną bliższe jej były idee syjonistyczne,
czy asymilacyjne (z socjalistycznym,
jidyszowym Bundem raczej nie miała
wiele wspólnego). Wiemy, że w warszawskim
getcie udało jej się przetrwać kolejne
wywózki i że pracowała w szopach Többensa.
Prawdopodobnie należała do polsko-
żydowskiej inteligencji. Świadczy
o tym choćby tylko jej wyrafinowana polszczyzna,
równe kaligraficzne pismo relacji
pisanej w kwietniu 1943 roku, staranne
przekreślenia i dopiski, które nie muszą poprawiać
ani ortografii, ani stylu, lecz podkreślają
jedynie literackość rzeczowego,
szczerego do krwi i kości opisu. Wydawcom
należy podziękować za to, że zdecydowali
się na „podwójność” tej książki: tekstowi
drukowanemu równolegle towarzyszą
faksymile kartek zeszytu – w pewnym
momencie czytelnik rezygnuje z wygody,
starając się odcyfrować kolejne zdania
w ich oryginalnej formie graficznej. W tej
lekturze ma to znaczenie.
Więcej na łamach październikowego „Znaku”
Zamów numer
AGNIESZKA SABOR, historyk sztuki
i polonistka,
redaktorka
„Tygodnika
Powszechnego”
i wydawnictwa
Austeria.
POCZĄTEK STRONY |