|

TEMAT MIESIĄCA:
Jan Paweł II. Żywa pamięć czy makatka?
Pełzająca de-wojtylizacja (fragment)
ADAM SZOSTKIEWICZ
Interpretacje „prawicowe” wypierają dziś z debaty publicznej, a więc
i ze świadomości szerszych kręgów społeczeństwa, inne odczytania
pontyfikatu i przesłania Jana Pawła II. Oznacza to, moim zdaniem, że
mamy do czynienia z pełzającą „de-wojtylizacją” Kościoła w Polsce.
W dniach, kiedy odchodził Jan Paweł II, trudno było myśleć o tym, jak długo jego przesłanie
zachowa siłę oddziaływania. W tym szczególnym czasie niektórzy mogli wracać
pamięcią do momentu, kiedy usłyszeli wieść, że Karol Wojtyła został wybrany papieżem.
W Polsce mało kto nie przyjął tej wieści z nadzieją lub (tak jak ludzie ówczesnego
systemu) z obawą, że teraz już nic nie będzie w Polsce takie samo. Mało kto myślał
wtedy o czym innym niż o tym, że ten pontyfikat pomoże sprawie polskiej, czyli wybiciu
się Polaków na niepodległość. Mniej myślano wówczas o innych możliwych skutkach
wyboru Wojtyły, na przykład o tym, czym będzie ten pontyfikat dla Kościoła powszechnego
i dla podzielonego na przeciwstawne bloki świata.
Nadzieje i obawy spełniły się. Nic już nie było takie samo ani w Polsce, ani w Kościele.
W polskim intelektualnym katolickim miesięczniku z ponad 60-letnią historią, redagowanym
w różnych okresach przez osoby blisko związane z Karolem Wojtyłą przed i po
jego wyborze na papieża, nie trzeba wyliczać zasług i dokonań Jana Pawła II, duchownego
kandydata na ołtarze. Piszący te słowa był przez lata pod wrażeniem walki Papieża
Polaka o prawa człowieka. Jan Paweł był dla mnie kimś takim jak Mahatma Gandhi.
Zagrzewał do męstwa, ale odrzucał przemoc. Mówił, czym jest chrześcijaństwo, ale słuchał
opowieści wyznawców innych religii. Wskazywał na bogactwo tradycji Kościoła –
tego Kościoła, ale był ciekaw innych tradycji duchowych. Ciekawość świata i ludzi, jaką
wyczytywałem z jego niezliczonych pielgrzymek, była dla mnie czymś urzekającym.
Przekaz Jana Pawła II docierał tak szeroko, bo oprócz słów zawierał znaczące gesty
– rozmowę z Alim Agcą, przytulenie dziecka chorego na AIDS, wysłuchanie Boba Dylana, modlitwę z Dalajlamą… Dzięki nim Papież i w świecie pozakatolickim budził
zainteresowanie swoim przesłaniem i instytucją Kościoła powszechnego. Wojtyła znalazł
bowiem sposób na uniwersalizację katolicyzmu w czasach, kiedy negatywne stereotypowe
wyobrażenia na jego temat zaczynały się rozsypywać. Właśnie to wydobycie
– na skalę globalną – katolicyzmu z wyznaniowego getta uważam za największe
osiągnięcie jego pontyfikatu.
Co do Polski poprzestanę na tym, że Papież przypominał, iż nie da się jej zrozumieć
bez Chrystusa, ale nie powiedział, że mu wszystko jedno, jaka będzie Polska,
byle tylko była katolicka. Dzięki temu świadectwu uniwersalności Ewangelii Jan Paweł
II pozyskał także część intelektualistów, którzy na jego przykładzie dowiadywali
się, jak zmienił się Kościół powszechny dzięki odnowie soborowej. Nie musieli się
nawracać na katolicyzm, by móc wejść w dialog z chrześcijaństwem. Tak dziś często
pomniejszany „Kościół otwarty” jawił się im jako atrakcyjny partner globalnej debaty.
Nazwiska Karola Wojtyły, Józefa Tischnera czy Jerzego Turowicza, symboli owego
katolickiego otwarcia na współczesność, bez jej idealizowania, ale też bez jej demonizowania,
stały się znakiem firmowym Kościoła otwartego na „ludzi i myśli”, zdolnego
do solidarności z innymi, a nie tylko z „funkcjonariuszami tej samej instytucji”,
i gotowego na „ryzyko dyskusji, w której może się czasem okazać, że racja jest gdzie
indziej” (Kościół szeroko otwarty. Z Krzysztofem Michalskim rozmawia Cezary Michalski, „Europa” nr 7/2008).
Sądzę, że Jan Paweł II do końca pontyfikatu nie rozstał się z soborową wizją Kościoła
otwartego, choć ostatnio próbuje się go przedstawiać jako albo zatwardziałego klerykała,
albo naiwnego liberała. W interpretacji pierwszej (u nas jej eksponentem jest garstka
„lewicujących” publicystów katolickich) Wojtyła de facto hamował wyzwoleńczą energię
soborową i patronował restauracji kościelnego status quo, czyli prymatu aparatu
i jego programu działania. W interpretacji drugiej, szeroko teraz propagowanej w Polsce
i poza nią w kręgach katolickiej „prawicy” (użyłem tu cudzysłowu, bo określenie
to wydaje mi się jednak podobnie nieadekwatne jak katolicka „lewica”; obu tych określeń
używam na zasadzie licencji publicysty), pontyfikat Wojtyły był, owszem, wielki –
tam, gdzie podtrzymywał katolicką (i tylko katolicką) Tradycję, natomiast ocierał się
o katastrofę, gdy od tej Tradycji odchodził w stronę „postmodernistycznych nowinek”,
takich jak rzekomo krypto-new-age’owskie spotkanie modlitewne w Asyżu. Skrajnym
eksponentem takiego odczytania tego pontyfikatu są rodzimi i zagraniczni lefebryści. Rzekomy naiwny liberalizm Jana Pawła II miał się przejawiać również na płaszczyźnie
politycznej. Na przykład wówczas, gdy Papież wypowiedział słynne słowa: „od Unii Lubelskiej
do Unii Europejskiej”, przesądzając – zdaniem wielu – o pozytywnym wyniku
referendum, czy Polska ma wejść do UE.
Więcej na łamach październikowego „Znaku”
Zamów numer
ADAM SZOSTKIEWICZ, dziennikarz, tłumacz, redaktor „Polityki”,
w latach 1988–
1999 pracował
w „Tygodniku
Powszechnym”.
POCZĄTEK STRONY |