SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
- styczeń, nr 560
Fundacja
Księga gości
Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej
księgi gości.
Dziękujemy!
|
 |
MUZUŁMANIE W EUROPIE
ankieta
|
Alain Besançon
Za masowy napływ muzułmanów do Francji odpowiedzialność ponosi cały kraj. W latach 60. prawica faworyzowała imigrację ze względów ekonomicznych, lewica zaś - ideologicznych. Biskupi sprzyjali przybyszom w duchu ideologii tiers-mondismeu oraz w imię źle pojmowanych zadań charytatywnych i ekumenicznych. Protestanci chcieli przelicytować katolików. Organizacje żydowskie popierały imigrację, powołując się na antyrasizm oraz po to, by Europa nie stała się "klubem chrześcijan" (Jacques Attali).
Muzułmanie stanowią obecnie 10% populacji. W wyborach głosują zazwyczaj na lewicę, inaczej niż imigranci z Polski czy Wietnamu. Są młodzi i silni. Mieszkają w strefach, w których nie działa powszechnie obowiązujące prawo i do których nie zagląda policja. Antyrasistowskie tabu sprawia, że nie rozpowszechnia się informacji dotyczących ich liczby, zachowań czy przestępczości. Nie mają zamiaru się zasymilować i nie są do tego zobowiązani przysięgą na wierność konstytucji, co jest regułą w Stanach Zjednoczonych. Religię praktykują z pewnością bardziej gorliwie niż katolicy. Zawieranie małżeństw mieszanych powoduje, że islam rozprzestrzenia się teraz w sposób mechaniczny. Ponieważ Kościół jest słaby, ludzie zmieniają wiarę z powodów czysto religijnych - z katolicyzmu na islam przeszło w ten sposób około 50 000 osób. Jest to stała prawidłowość historyczna: kiedy jakiś Kościół już dobrze nie wie, w co wierzy lub dlaczego w to wierzy, pojawia się ryzyko, że stado zacznie podążać w kierunku islamu.
Po 11 września rząd uświadomił sobie powagę sytuacji. Uznał, że ze względu na znaczenie islamu we Francji, kraj ten nie jest w stanie bez wahania przyłączyć się do wysiłków amerykańskich. Podejrzewa się, że wybuch w jednej z fabryk w Tuluzie mógł być ostrzeżeniem ze strony terrorystów. Krótko mówiąc, wydaje się, że Francja skazana jest na kupowanie sobie wewnętrznego pokoju w sposób bardzo krótkowzroczny.
Po ludzku rzecz biorąc, nie wiadomo, jak można by zawrócić z tej drogi. Jest już za późno.
tłum. DZ
ALAIN BESANÇON, ur. 1932, francuski historyk myśli społecznej i politolog, prof. w Wyższej Szkole Nauk Społecznych w Paryżu.
Norman Davies
Po wypadkach w Nowym Yorku i Waszyngtonie stosunki między mniejszościami muzułmańskimi w Wielkiej Brytanii a większością nie identyfikującą się z islamem stają się coraz bardziej napięte. Najważniejsze źródło konfliktu wiąże się z militarnym zaangażowaniem w wojnę. Wyraźnie widoczna jest rozbieżność między czynem a słowem, między polityką a propagandą. Jeśli premier Blair mówi, że działania wojskowe nie są wymierzone w islam, i zaprasza brytyjskich przywódców muzułmańskich na Downing Street, deklarując solidarność z religią Mahometa, a równocześnie trwają bombardowania Afganistanu, to trudno liczyć na to, że jego słowa będą brzmieć wiarygodnie. Ogromna większość muzułmanów w Wielkiej Brytanii potępia ataki terrorystyczne. Bardzo mało jest takich, którzy sprzyjają Bin Ladenowi. Równocześnie jednak muzułmanie potępiają trwające już od wielu tygodni bombardowanie afgańskich miast. Podobnie musiały być odbierane słowa sekretarza obrony USA Donalda Rumsfelda, który obiecywał, że wojna będzie krótka, i dzięki temu zwerbował do koalicji Pakistan, ale przecież wkrótce potem prezydent Bush stwierdził, że walka z terroryzmem nie ma końca. Rozbieżność między deklaracjami a rzeczywistością podminowuje wiarygodność prowadzonej polityki.
Jak odnosić się do mniejszości muzułmańskiej w Wielkiej Brytanii? Najpilniejsza sprawa to dobra informacja, bo tak naprawdę bardzo mało wiemy o islamie, a jest on ogromnie zróżnicowany. W Wielkiej Brytanii większość muzułmanów to emigranci z Pakistanu i Bangladeszu. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że te dwie grupy izolują się od siebie. Resentymenty po wojnie domowej w 1971 roku wciąż są żywe. Pouczająca przygoda zdarzyła mi się, kiedy oddawałem do druku Europę. Chciałem zamieścić w książce rycinę przedstawiającą modlitwę do Allacha w arabskim oryginale. Wielokrotnie prosiłem o pomoc Instytut Orientalistyki w Oksfordzie. Czekałem i czekałem, ale znajomi profesorowie wciąż nic dla mnie nie mieli. Zdesperowany, poszedłem po radę do zaprzyjaźnionego pakistańskiego sklepikarza - pana Khana. Ucieszył się z mojej wizyty i tego samego dnia wieczorem miałem już odpowiedni tekst uzupełniony o angielskie tłumaczenie. Okazało się, że pan Khan był w Pakistanie nauczycielem, jest wszechstronnie wykształcony, zna pięć języków... Ponieważ ma dużo dzieci, a w rodzinnych stronach biedował, zdecydował się na emigrację i tym sposobem stał się właścicielem sklepiku nieopodal mojego domu. Byłem zaskoczony - okazało się, że to ja mogłem się dużo więcej dowiedzieć od niego niż on ode mnie. Modlitwa z meczetu w Oksfordzie znalazła się w 4 rozdziale Europy.
Przykładem europejskiej ignorancji jest działalność wielkiego brytyjskiego ministerstwa, które ma przeciwdziałać rasizmowi. To klasyczny przykład instytucji, w której dobre intencje mieszają się ze złą informacją. Urzędnicy tam pracujący stworzyli różne kategorie: Czarnych, Azjatów itd. Patrzą wyłącznie na skórę i nie widzą, że Hindus i Pakistańczyk to zupełnie inne kultury, w dodatku pozostające ze sobą w konflikcie. Nie są też w stanie zrozumieć, kim są sikhowie, którzy nie są ani muzułmanami, ani hindusami... Daje tu o sobie znać niebezpieczna tendencja, żeby wszystkich wrzucać do jednego worka, nie uwzględniając odmienności i napięć. W polityce wobec pozaeuropejskich mniejszości etnicznych popełnia się błędy porównywalne z pomysłem, by Polacy i Rosjanie bawili się wspólnie w "Domu słowiańskim", na który odpowiednie władze hojnie asygnowałyby pieniądze.
Oczywiście różnice kulturowe ujawniają się dopiero po pewnym czasie. Po II wojnie światowej emigranci zaczęli zasiedlać najbardziej zdewastowane dzielnice Londynu. Bieda sprawiła, że na początku wszyscy byli razem. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że hindusi zbudowali aśram, sikhowie swoją świątynię, muzułmanie meczet... Dzisiaj widzimy, jak ważna jest chęć zrozumienia odmienności.
Ważne pole możliwych i istniejących już napięć to kwestia świeckości i wyznaniowości w edukacji. Warto przypomnieć, że w Wielkiej Brytanii nie ma centralnej władzy sterującej edukacją i kulturą. Różnice zaznaczają się nie tylko między Szkocją, Irlandią Północną, Walią i Anglią, ale i na szczeblu najniższym - każda władza lokalna ma w tym obszarze własną politykę. Tym różnimy się na przykład od Francji, która ma centralną politykę edukacyjną i zaleca świeckość szkół. Na dłuższą metę rozwiązanie przyjęte w Wielkiej Brytanii wydaje mi się rozsądniejsze. Model francuski zakłada albo całkowite powodzenie, albo kompletną katastrofę. W Wielkiej Brytanii, gdzie mamy różnorodność, klęski będą współistnieć z sukcesami. Pozwoli to w przyszłości ocenić, które lokalne modele okazały się najskuteczniejsze. To ciekawe, że rozruchy wśród ludności muzułmańskiej, do których dochodziło ostatnio w Wielkiej Brytanii, zdarzały się w Bradford, ale nie w moim rodzinnym Bolton, chociaż w obu miastach mieszka wielu muzułmanów.
Od dłuższego czasu muzułmanie domagają się praw (które od dawna mają katolicy czy Żydzi) do zakładania cieszących się w Wielkiej Brytanii znacznym prestiżem szkół wyznaniowych. Szkoły katolickie pod nadzorem hierarchii kościelnej nie wykluczają nie-katolików. Wielu rodziców woli tam posłać swe dzieci, bo są w niej uczone dyscypliny, szacunku dla pewnych wartości itd. Odnajdują tam po prostu spokojny klimat dla nauki. Oczywiście muzułmanie mają te same prawa co inne religie. Z drugiej strony jednak uważa się powszechnie, że tam, gdzie pojawiają się konflikty religijne, tam szkoły wyznaniowe je utrwalają, bo dzieci są od siebie odseparowane - na przykład w Belfaście od dziesięcioleci rząd próbuje wprowadzić szkoły świeckie, żeby dzieci katolickie i protestanckie mogły wychowywać się wspólnie. Sytuacja zatem jest dwuznaczna - jak dać te same przywileje, ale z drugiej strony nie stworzyć getta z językiem urdu, szkołami wyznaniowymi, społecznością zamkniętą na zewnętrzny świat?
Jak sobie radzić z tym dylematem? Moim zdaniem podstawową sprawą jest respektowanie indywidualnej godności. Władze powinny uznawać godność muzułmanów i zgodzić się, że mają te same prawa co inni. Jeśli zatem chcą mieć szkoły wyznaniowe, niech mają. Ale równocześnie placówki te muszą być otwarte dla innych. Tu oczywiście pojawia się pytanie, czy przeciętny Anglik wyśle swoją córkę do szkoły muzułmańskiej. Czy czarczaf będzie w niej obowiązkowy, czy będą to szkoły koedukacyjne, czy dziewczęta będą mogły występować w uczniowskim teatrzyku czy orkiestrze? Najgłośniej domagają się prawa do szkół wyznaniowych muzułmańscy fundamentaliści, co może napawać niepokojem. Ale istnieje też przecież islam otwarty. Mam wrażenie, że spór o kształt szkół wyznaniowych czy - sięgając po inny przykład - o dobieranie małżeństw przez rodziców bez porozumienia z młodą parą dotyczy nie tyle islamu jako takiego, co lokalnych obyczajów, które do religii przylgnęły. Takie małżeństwo, które może być dobre w wiosce himalajskiej, nie jest czymś zrozumiałym dla mieszkańca Londynu.
Brytyjscy muzułmanie, podobnie jak przedwojenni Żydzi polscy, dzielą się na zasymilowanych i takich, którzy dobrowolnie zamykają się w wyznaniowych gettach. Czy istnieje możliwość łączenia tych gett-wysp z lądem? Myślę, że to kwestia pokoleń i napływu kolejnych migracyjnych fal. Nowojorski Harlem na początku XX wieku zasiedlali Żydzi, którzy potem wzbogacili się i wynieśli do lepszych dzielnic, a ich miejsce zajęli Murzyni. Ostatnio Nowy Jork staje się coraz bardziej latynoski. To samo działo się i dzieje w Londynie. Pojawia się jednak wątpliwość, czy muzułmanie będą się integrować równie skutecznie co Żydzi. Sto lat temu wschodni Londyn był żydowski - nie tylko pod względem religijnym, ale i językowym. To były getta. W ciągu jednego czy dwóch pokoleń całkowicie się zmienił. Dzisiaj East End jest muzułmański. Co będzie za 25 lat? Nie wiemy. Na razie jest za wcześnie, by prognozować. Dużo zależy od następnej fali, bo to ona wyprze obecną.
Kilkanaście lat temu starsza fala emigracji murzyńskiej z Karaibów budziła powszechny lęk. Wśród emigrantów z Trynidadu czy Grenady zdarzały się rozruchy i wtedy młodsze dzielnice muzułmańskie sprawiały wrażenie oazy spokoju. Wydawało się, że skoro muzułmanie są tak zdyscyplinowani, pobożni, ceniący życie rodzinne, zainteresowani edukacją, to znacznie szybciej się zasymilują niż protestanccy na ogół Murzyni z Karaibów. Dzisiaj okazuje się, że było to złudzenie.
Po 11 września mamy raczej wątpliwości niż odpowiedzi, ale pocieszające jest, że zaczynamy więcej myśleć.
NORMAN DAVIES, ur. 1939, historyk, wydał m.in. Boże Igrzysko i Europę. Wkrótce nakładem Wydawnictwa Znak ukaże się Mikrokosmos (historia Wrocławia).
Zdzisław Krasnodębski
Mniejszość muzułmańska (w ogromnej większości turecka) asymiluje się w społeczeństwie niemieckim z dużymi oporami. Początkowo Turcy pojawiali się w Niemczech jako gastarbeiterzy. Władze zakładały - błędnie, jak się okazało - że czasowi robotnicy wrócą do swoich krajów. Tak stało się w przypadku Włochów, Portugalczyków czy Hiszpanów. Natomiast przybysze tureccy zaczęli osiedlać się na stałe i tworzyć zamkniętą mniejszość kulturową. Jest to grupa paromilionowa, skupiona głównie w dużych miastach, gdzie tworzą się dzielnice etniczne, do których nawet policja czy straż pożarna ma utrudniony dostęp. Stoi to w sprzeczności z polityką niemiecką, która stara się przeciwdziałać tworzeniu się odrębnych skupisk etnicznych (odwrotnie zatem niż w USA, gdzie zakłada się, że pierwsze pokolenie imigrantów skupia się we własnych społecznościach, ale dzięki temu ich dzieci łatwiej integrują się z resztą społeczeństwa).
Trudności z wtopieniem się mniejszości tureckiej w społeczeństwo niemieckie można wyraźnie zauważyć w dziedzinie edukacji. Niemal w każdej szkole podstawowej w dużych miastach jest sporo dzieci tureckich, do gimnazjów trafiają już tylko nieliczne, a wśród studentów Turcy stanowią zupełnie nieznaczny procent. Szkoły opanowane przez młodzież turecką przypominają szkoły amerykańskie, w których dominuje czarna populacja, z bardzo agresywną kulturą męską czy zwalczającymi się gangami. Dla młodzieży tureckiej wrogami są często młodzi Niemcy nadwołżańscy czy też Niemcy rosyjscy (jak się ich w tam nazywa). Paradoks polega na tym, że ci ostatni, choć na ogół zupełnie niezasymilowani, często nie znający języka i uformowani przez kulturę rosyjską, mają obywatelstwo niemieckie, podczas gdy młodzi Turcy to często trzecie pokolenie imigrantów, biegle posługujące się niemieckim (zazwyczaj jest to specyficzny dialekt), ale ciągle pozbawione obywatelstwa. To właśnie stanowi jedną z przyczyn konfliktów.
Spoiwem tożsamości Turków niemieckich jest poczucie kulturowej odmienności. Jedną ze swoistości tej kultury jest rola kobiet. O ile mężczyźni integrują się poprzez świat zawodowy, o tyle one koncentrują się na utrzymywaniu więzi rodzinnych i tradycyjnej obyczajowości (co manifestuje się i strojem, i nieuczestniczeniem w życiu publicznym, i rodzajem podległości mężczyznom polegającej np. na tym, że żonie idącej do lekarza zawsze musi towarzyszyć mąż). Podam charakterystyczny przykład. Mój sąsiad, Turek, jest bardzo zamożnym przedsiębiorcą, ale żonę sprowadził sobie z najbardziej rolniczego i tradycyjnego regionu Turcji. On stara się naśladować styl niemieckiej klasy średniej, ona nie zna słowa po niemiecku, ale - jak mi wytłumaczył - nie mógł ożenić się z Turczynką mieszkającą w Niemczech, gdyż one są już zepsute zachodnią kulturą... (Oczywiście, odwrotną stroną tej sytuacji bywa rebelia młodzieży, zwłaszcza dziewcząt).
11 września postawił na ostrzu noża problem tolerancji dla odmienności. O wiele dobitniej niż dawniej pyta się teraz w Niemczech o granice wielokulturowości. Napięcia wiążą się oczywiście głównie z ekspansją islamu. Z jednej strony, muzułmanie twierdzą, że są dyskryminowani przez chrześcijańską (w rzeczywistości raczej postchrześcijańską) większość kulturową i w imię neutralności państwa domagają się prawa do publicznego manifestowania swej wiary. Z drugiej strony, nawet budowa meczetów spotyka się z niechęcią Niemców. Uważają oni islam za religię opresywną, nadmiernie regulującą życie codzienne jej wyznawców i zachęcającą do wojny kulturowej. W takich reakcjach na islam przejawia się po części troska o zachowanie własnej tożsamości, a po części niechęć zsekularyzowanego społeczeństwa do wszelkich przejawów publicznej obecności religii. (Niechęć ta dawała o sobie znać także w ukrytej polemice w obrębie Kościoła katolickiego dotyczącej procesji Bożego Ciała; Polacy chcieli manifestować to święto w sposób publiczny, co spotkało się z wyraźną rezerwą niemieckiej hierarchii kościelnej).
Do zamachu terrorystów na Nowy Jork i Waszyngton polityka niemiecka polegała na zwalczaniu fundamentalistycznych grup muzułmańskich i przeciwstawianiu ich głównemu nurtowi islamu. Kiedy okazało się jednak, że piloci, którzy dokonali zamachów, zwerbowani zostali w meczecie w Hamburgu, zaczęto głośno stawiać pytanie o skalę poparcia mieszkających w Niemczech muzułmanów dla fundamentalizmu. Na razie nikt nie potrafi na nie odpowiedzieć, wydaje się jednak, że między postawami nawet stosunkowo otwartych muzułmanów a skrajnością fundamentalistów istnieje jakieś continuum. Co charakterystyczne, wyznawcy islamu (jak mój sąsiad-przedsiębiorca) akceptują techniczną stronę zachodniej cywilizacji, a jednocześnie odrzucają jej aspekty kulturowe. Nie powinno nas to zresztą aż tak bardzo dziwić; jak napisał niedawno autor bardzo interesującego artykułu o wspólnocie tureckiej w Berlinie: zważywszy na to, co na przykład dzieje się z rodziną niemiecką, można zrozumieć, dlaczego nie chcą dostosować się do takiego modelu kulturowego.
Niewątpliwie, jako pierwsze na zamach z 11 września zareagowały w Niemczech służby specjalne. Na moim uniwersytecie przez jakiś czas nie działał serwer, bo policja przeszukiwała wszystkie maile pod kątem danych mogących naprowadzić na trop terrorystów. Należy jednak liczyć się z dalekosiężnymi reakcjami społecznymi, na przykład z ożywieniem dyskusji na temat Leitkultur, a więc pytania o to, czy społeczeństwo powinno wymagać od imigrantów akceptacji "kultury wiodącej". Do tej pory uważano, że na "kulturę wiodącą" składają się po prostu formalne zasady konstytucji. Teraz coraz częściej pojawiają się głosy, że należy prowadzić aktywną politykę asymilacyjną, a przede wszystkim, że należy ograniczyć imigrację, bo po przekroczeniu pewnego pułapu dezintegruje ona (co pokazuje przykład południowej Francji) więzi społeczne.
Muszę przyznać, że mój stosunek do tej dyskusji jest ambiwalentny. Nie mogę nie przyznać racji tym, którzy niepokoją się o tożsamość społeczeństwa niemieckiego. Ale z drugiej strony - wbrew oficjalnej polityce i ideologii wielokulturowości - społeczeństwo to czyni bardzo niewiele, by integrować mniejszości. W codziennych postawach Niemców dostrzegam wiele przejawów nastawienia dyskryminującego mniejszości, zwłaszcza mniejszość turecką. W Bundestagu zasiada tylko jeden polityk pochodzenia tureckiego. Nie zdarza się niemal, by niemieckie dziecko zaprosiło na przyjęcie urodzinowe tureckiego kolegę z klasy. Inaczej niż Amerykanie, Niemcy zupełnie nie starają się poznać kultury czy języka mniejszości narodowych. Brakuje im tolerancji dla nieistotnych nawet odmienności kulturowych. Znowu opowiem anegdotę o swoich sąsiadach. Mieszkamy na osiedlu szeregowych domków i dla każdego Niemca jest oczywiste, że wolny czas spędza się w ogródku za domkiem. Tymczasem owa sąsiadka, która przyjechała z Anatolii, siada na progu, od strony ulicy, co razi niemieckich sąsiadów i wywołuje zgryźliwe komentarze...
Moim zdaniem dystans Niemców wobec tureckich muzułmanów bierze się w dużej mierze z niepewności co do własnej kultury i własnej religijności. Z jednej strony obawiają się imigracji, a z drugiej - nie dbają o przekaz własnej kultury w szkołach, gdzie nie uczy się o Goethem i Schillerze... Nie jest to też zderzenie kultury otwartej z kulturą zamkniętą. Gdy widzę w parku siedzące na ławkach Turczynki w czadorach, a nieopodal opalające się topless Niemki, często w wieku emerytalnym, to myślę, że w pewnym sensie obie grupy są nastawione fundamentalistycznie.
Między wielokulturowością a zamkniętością na innych i nietolerancyjną asymilacją Europa musi szukać jakiejś drogi pośredniej. Przywiązanie do własnej tradycji i gotowość do wzbogacenia jej przez spotkanie z innymi kulturami to nie przeciwieństwo, lecz dwa warunkujące się aspekty europejskiej tożsamości.
ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI, ur. 1953, prof. dr hab., socjolog i filozof, wykładowca socjologii oraz historii kultury Europy Wschodniej i Środkowowschodniej na uniwersytecie w Bremie.
|