SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
-
styczeń, nr 548
- luty, nr 549
- marzec, nr 550
- kwiecień, nr 551
Fundacja
Księga gości
Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej
księgi gości.
Dziękujemy!
|
 |
O ZOOLOGICZNEJ WIZJI CZŁOWIEKA CZYLI KRÓTKA ROZPRAWA O PYSZE
Tadeusz Bielicki
|
Wśród biologów-ewolucjonistów wypowiadających się na temat gatunku określanego nazwą zoologiczną homo sapiens dominuje od wielu lat nadzwyczaj dobre samopoczucie (w odróżnieniu, rzecz ciekawa, od fizyków i astrofizyków, borykających się nadal z całkiem podstawowymi pytaniami o strukturę materii i wszechświata). Źródłem owego samozadowolenia, jeśli nie wręcz pychy, jest przekonanie następujące. Mamy oto w rękach potężne narzędzie, pozwalające zrozumieć mechanizm ewolucji świata zwierząt i roślin, a zarazem całą rozmaitość owego świata, obecną i przeszłą. Narzędziem tym jest darwinowska teoria kierunkowej selekcji naturalnej. Jej istotą jest teza, iż osobniki obdarzone pewną wrodzoną, tzn. uwarunkowaną genetycznie, choćby drobną modyfikacją swej morfologii, fizjologii lub behawioru osiągają z określonych (zazwyczaj dających się zidentyfikować) powodów przeciętnie nieco większy sukces rozrodczy niż ich pobratymcy, członkowie tej samej populacji, owej modyfikacji pozbawieni. A "sukces rozrodczy" to po prostu pozostawianie po sobie przeciętnie większej liczby sztuk zdolnego potem do rozrodu potomstwa. Osiągać taki sukces można dwojako: albo przez częstsze unikanie przedwczesnej śmierci, albo przez intensywniejszą, nawet przy krótszym życiu, płodność. W związku z tym mówi się o dwu możliwych sposobach działania selekcji: przez różnicową przeżywalność lub przez różnicową płodność. Otóż jeśli sytuacja opisana powyżej powtarza się systematycznie, z pokolenia na pokolenie, wówczas oczywiście wzrastać będzie w populacji odsetek osobników obdarzonych ową cechą sprzyjającą sukcesowi rozrodczemu. Skład populacji będzie więc pod względem tej cechy stopniowo ewoluował. Mechanizm ten tłumaczy zarazem, co po chwili namysłu łatwo dostrzec, wytwarzanie się adaptacji, czyli cech tak zadziwiająco dopasowujących organizmy do życia w ich środowisku. Cała idea, przedstawiona tu oczywiście w telegraficznym skrócie, jest więc w gruncie rzeczy prosta. Tak prosta, że gdy współczesny Darwinowi wybitny filozof brytyjski zetknął się z nią po raz pierwszy, wykrzyknął podobno: "Jakąż niezwykłą głupotą było nie wpaść na ten pomysł wcześniej!"
Owe genialne intuicje Darwina są już dziś oczywiście podbudowane i obudowane nową, ogromną wiedzą, którą XX stulecie przyniosło w zakresie genetyki (najpierw klasycznej, "mendlowskiej", potem populacyjnej, wreszcie molekularnej) oraz w zakresie paleontologii, biologii rozwoju osobniczego i nauki o zachowaniach zwierzęcych, zwłaszcza zachowaniach społecznych. Za jedno ze szczególnie istotnych uzupełnień klasycznego paradygmatu Darwinowskiego uznać trzeba stworzenie w latach 60. i 70. biologicznej teorii zachowań altruistycznych: mówimy o nich wtedy, gdy inicjator danego zachowania działa (zdawałoby się) wbrew własnym interesom po to, by inny osobnik nie będący jego potomkiem mógł zyskać. Otóż najpierw Anglik W. D. Hamilton udowodnił, że altruizm tak zdefiniowany może być dla altruisty opłacalny, tzn. sprzyjać rozpowszechnianiu jego genów w następnym pokoleniu, ale wtedy tylko gdy kierowany jest do osobników noszących w sobie kopie jego (altruisty) genów, tzn. do jego krewniaków. Jest to sławna teoria selekcji krewniaczej. A wkrótce potem Amerykanin Richard Trivers dostrzegł jedną jeszcze możliwość. Akt altruizmu może się altruiście opłacać nawet wtedy, gdy nie jest kierowany do krewnego, ale znów pod określonym warunkiem: że zostanie w przyszłości altruiście odwzajemniony, i to z nawiązką.
Otóż, powiadają pyszałkowie, zbierając te wszystkie dokonania w całość, zyskaliśmy aparat pojęciowy w pełni stosowalny również do człowieka. To znaczy pozwalający, w zasadzie, wyjaśnić po darwinowsku genezę wszelkich bez wyjątku osobliwości człowieka jako gatunku i czynić to równie przekonująco jak w odniesieniu do pawianów, wróbli, pcheł, ślimaków. A jeśli nawet takie darwinowskie "zatłumaczenie na śmierć" świata ludzkiego nie jest jeszcze w każdym przypadku kompletne - to jest już bliskie, w zasięgu ręki.
Pyszałkowie stanowią wśród biologów i antropologów stronnictwo liczebnie dominujące. Są w tym stronnictwie, także w Polsce, uczeni wybitni. Na rynku światowym do sztandarowych jego bojowników należą Amerykanin E. O. Wilson i Anglik Richard Dawkins. Ten pierwszy jest badaczem owadów społecznych, ten drugi - raczej interpretatorem darwinizmu, bez większego pociągu do własnych badań empirycznych. Obaj uprawiają filozofię przyrody i człowieka. Obaj publikują dużo, mają świetne pióra oraz potężne przebicie w mediach.
Wyrażanie sceptycyzmu wobec nauk głoszonych przez luminarzy jest oczywiście bezczelnością. Mimo to ja na nią tu się odważę. Najpierw jednak przyznać wypada, że owa zoologiczna wizja człowieka ma, w znacznej mierze, solidne uzasadnienie empiryczne. Oto przykład, jeden z wielu możliwych, choć na pierwszy rzut oka może nieco zaskakujący. Dotyczy bowiem - zdrady małżeńskiej.
Otóż paradygmat darwinowski - a mówiąc ściślej jego podarwinowskie rozwinięcie: teoria socjobiologii - przewiduje, że zdrada taka powinna mieć "sens" biologiczny całkiem inny w odniesieniu do mężczyzn niż do kobiet. Jakikolwiek bowiem typ kojarzenia małżeńskiego, monogamiczny czy wielożenny, uprawia dane społeczeństwo - zdrada kobiety stanowi poważne zagrożenie dla interesów rozrodczych mężczyzny, ponieważ ewentualny potomek z ciąży pozamałżeńskiej obciąży mężczyznę ekonomicznie (sytuacja kukułczego jajka), a nie doda nic do jego sukcesu rozrodczego (bo nie będzie nosić w sobie jego genów). Natomiast zdrada małżeńska mężczyzny (mówiąc kolokwialnie: "skok w bok") w gruncie rzeczy nie zagraża sukcesowi rozrodczemu kobiety - jeśli tylko nie przyniesie dla niej i rodziny obciążeń ekonomicznych (np. ewentualne alimenty) lub nie doprowadzi do porzucenia małżonki na rzecz partnerki nowej. Skoro tak, to należy oczekiwać, że w większości kultur ludzkich zdrada małżeńska mężczyzny, nawet jeśli przez normy moralne dezaprobowana, traktowana będzie bardziej pobłażliwie, natomiast zdrada kobiety bardziej surowo. A także że sytuacja zdradzanego postrzegana będzie jako bardziej ośmieszająca ("rogacz") niż sytuacja zdradzanej. I rzeczywiście, zaczerpnięte z rozmaitych społeczeństw dane etnograficzne to oczekiwanie potwierdzają. Co więcej, z owego rachunku interesów rozrodczych wynika, że każda płeć powinna postrzegać jako szczególnie dla siebie groźny całkiem inny rodzaj zdrady partnera lub partnerki. U mężczyzn podejrzewanie żony o zdradę czysto seksualną powinno wywoływać emocje silniejsze niż podejrzewanie jej o niewierność tylko uczuciową. U kobiet odwrotnie: uczuciowe zauroczenie męża inną kobietą odczuwane być powinno jako groźniejsze niż "skok w bok". Otóż przewidywania te znajdują potwierdzenie w eksperymentalnych badaniach psychologicznych. Okazuje się, że u mężczyzn (mierzalne!) reakcje emocjonalne na wyobrażoną sytuację niewierności małżonki są znacznie intensywniejsze w odniesieniu do zdrady seksualnej niż romansu czysto uczuciowego; u kobiet natomiast ta konfiguracja intensywności reakcji jest dokładnie odwrotna! Tak więc przewidywania darwinowskie weryfikują się tu znakomicie. Przykłady analogicznych weryfikacji, odnoszących się do rozmaitych rodzajów zachowań ludzkich, można by mnożyć nieomal bez końca.
Ale medal ten, jak każdy, ma też stronę drugą. Na niej zaś wyryte są pewne osobliwości człowieka jako gatunku, które mam ochotę określić jako niesamowite. I to nie tylko dlatego, że ostro separują one ludzi od całej reszty świata zwierzęcego. Także dlatego, że gdy się te osobliwości rozważa - z punktu widzenia ich prawdopodobnej genezy, tzn. domniemanego wpływu na sukces rozrodczy osobnika - wówczas owa potężna siła eksplikatywna darwinowskiej teorii selekcji jakby nieco zawodzi. Wymienię tu tych osobliwości ludzkich cztery, choć lista mogłaby być dłuższa.
1. Zdolność do odgadywania głęboko ukrytych, niedostępnych bezpośredniemu postrzeganiu zmysłowemu własności świata - takich jak na przykład istnienie i ucieczka galaktyk, struktura jądra Ziemi, istnienie i sposób działania genów, wygląd ziemskiej fauny i flory lat temu sto milionów albo choćby jak wysokość palmy odgadnięta tylko na podstawie długości rzucanego przez nią cienia. Są to wszystko cechy świata całkowicie, szczelnie, od zawsze i na zawsze zasłonięte przed wszystkimi pozostałymi gatunkami zwierzęcymi, nie wyłączając gatunków pod względem genetycznym człowiekowi najbliższych.
2. Zdolność do posługiwania się mową, systemem porozumiewania się w najwyższym stopniu zadziwiającym. Przypomnieć tu można choćby fakt, że podstawowe elementy mowy, głoski, nie są nośnikami znaczeń (np. w języku polskim głoski e, l, p same przez się nie komunikują nic), natomiast znaczenie niosą dopiero niektóre ich sekwencje (wyraz "lep"). Dzięki temu - z bardzo ubogiego repertuaru zaledwie kilkudziesięciu dźwięków, jakie potrafi wydać ludzki aparat głosowy, tworzyć można, przez określone ich układanie, dziesiątki tysięcy znaczeń (słów) oraz miliony kombinacji owych znaczeń (zdań). Niczego choćby w przybliżeniu podobnego nie ma w zwierzęcych systemach porozumiewania się. Jeszcze bardziej zadziwiającą cechą mowy jest możliwość wymieniania między osobnikami komunikatów, których treść nie jest ograniczona do tego, co postrzegane tu i teraz, lecz odnosić się może do dowolnie dalekiej przeszłości lub przyszłości, albo odległości, a także do sytuacji wyimaginowanych, "bajkowych", które nigdy i nigdzie nie mogłyby zaistnieć. Jest to więc system pozwalający na wymianę informacji kompletnie uwolnionych od ograniczeń czasu i przestrzeni, a w znacznej mierze oderwanych w ogóle od realnie istniejącego świata!
3. Zdolność do kontemplowania własnej, jednostkowej egzystencji, w tym także kresu tej egzystencji - czyli świadomość śmierci.
4. Zdolność osobnika do zachowań jaskrawo sprzecznych z ową reklamowaną potężnie zasadą "egoizmu genów", czyli z darwinowską zasadą dążenia do maksymalizacji sukcesu rozrodczego jako ostatecznej miary "racji bytu" osobnika: na przykład zdolność do zachowań samoniszczących, takich jak samobójstwo lub dobrowolna bezdzietność, z punktu widzenia darwinowskiego bezsensownych. Albo zdolność do zachowań o charakterze bezinteresownego altruizmu, takich, które nie dadzą się wyjaśnić ani Hamiltonowską selekcją krewniaczą ani Triversowskim modelem altruizmu. (Do sprawy tej jeszcze powrócę).
Klucza do zrozumienia genezy owych ludzkich osobliwości szukać trzeba oczywiście w ewolucji ludzkiego mózgu. O niej antropolodzy, badacze szczątków kopalnych, wiedzą już sporo. Wiadomo, że rozrost mózgu u praprzodków człowieka rozpoczął się dopiero około 2 mln lat temu, po co najmniej równie długim okresie istnienia populacji już ludzkich pod względem sposobu lokomocji (dwunożny chód w postawie spionizowanej) i budowy uzębienia. Wiadomo, dalej, że przebiegał on wyjątkowo szybko, bo doprowadził w ciągu owych 2 mln lat do potrojenia rozmiarów mózgu, od poziomu "szympansiego" (około 450 cm3) do blisko 1400 cm3. Wiadomo także, że przebieg tego rozrostu da się opisać tzw. krzywą logistyczną: proces był początkowo powolny, potem nabrał wielkiego tempa, wreszcie zwolnił i stanął w miejscu (a nawet, w ciągu ostatnich 30 tys. lat, uległ lekkiemu odwróceniu!).
Jaka była siła napędowa owej dramatycznie szybkiej ewolucji? Paradygmat darwinowski oferuje tu tylko jedno możliwe wyjaśnienie: siłą tą musiała być kierunkowa selekcja naturalna, i to działająca najwidoczniej ostro, z wielkim natężeniem. To znaczy: w społeczeństwach praludzkich osobniki o nieco większych mózgach rzadziej ginęły w młodości lub płodziły więcej potomstwa niż osobniki o nieco mniejszych mózgach. Ale na czym właściwie polegała korzyść z posiadania większego mózgu? Na tym oczywiście, że obdarzał on osobnika większą "inteligencją". Postuluje się tu zatem, że "inteligencja" musiała u hominidów stać się cechą znacznie ważniejszą dla przeżycia i rozrodu osobnika niż u ich ewolucyjnych kuzynów, praantropoidów. Dlaczego? Pytanie naiwne: dlatego że to hominidy właśnie obrały taki tryb życia, przy którym wymagane były coraz bardziej skomplikowane zachowania wyuczone i innowacyjne, takie jak obróbka narzędzi, mowa symboliczna, strategie zespołowego łowiectwa, świadoma samokontrola zachowań agresywnych i seksualnych itd.
Wyjaśnienie powyższe można więc nazwać hipotezą "Selekcji na Inteligencję"; nazwę je tu krótko "hipotezą SI". Brzmi ono elegancko i przekonująco, dopóki formułuje się je jak wyżej: za pomocą gładkich ogólników. Ale zaraz potem, po balu, zaczynają się schody: niejasności o podstawowym znaczeniu. Wyliczę ich, tytułem przykładu, tylko cztery.
1. Milczącą przesłanką hipotezy SI jest oczywiście założenie, że istnieje statystyczna korelacja między wielkością mózgu osobnika a jego inteligencją, czyli że - mówiąc prostacko - im większy mózg, tym większa inteligencja. Okazuje się jednak, że u ludzi dzisiejszych korelacje między rozmaitymi miarami wielkości mózgu a wynikami testów mierzących rozmaite (wyróżniane przez psychologów) rodzaje sprawności intelektualnej są albo zerowe albo znikomo słabe. Na gruncie hipotezy SI należałoby zatem przyjąć, że w populacjach praludzkich korelacje te były silniejsze, a potem osłabły lub zanikły. Trudno pojąć, co mogłoby taką zmianę wywołać.
2. Praczłowieka z okresu środkowego i górnego plejstocenu uznać można za gatunek naziemnego, dwunożnego antropoida, który od innych antropoidów odbiegł pod względem ekologicznym głównie tym, że stał się drapieżcą: zaczął uprawiać, obok zbieractwa, systematyczne polowania, w tym również polowanie zespołowe na dużą zwierzynę. Ale zespołowe łowiectwo nie było wynalazkiem praludzi, uprawiają je też na przykład wilki, hieny i likaony, a sporadycznie też szympansy. Do zespołowego łowiectwa, i to prowadzonego z zastosowaniem nawet tak wyrafinowanych strategii jak nagonka na zasadzkę, całkiem wystarcza inteligencja zwierzęca. Oczywiście, praludzie dodali do drapieżnictwa kapitalną nowość: systematyczną produkcję narzędzi kamiennych, a to wymagało już operacji myślowych wykraczających poza poziom zwierzęcy (chodziło tu głównie o proces tzw. obróbki dwuetapowej, polegający na użyciu jednego narzędzia do wytworzenia innego narzędzia). Ale do tego wystarczał, jak dowodzi archeologia, już mózg tzw. wczesnego homo erectus, rzędu 600-700 cm3. Po co właściwie potrzebny był mózg jeszcze większy? Przecież dwunożny, zespołowo polujący, wszystkożerny drapieżca, uzbrojony w proste, ale rozmaicie ukształtowane i zapewne kilkuczęściowe narzędzia z kamieni, drewna i kości potrafił już zabijać i kawałkować zwierzynę o większych od siebie rozmiarach ciała i miał też łatwy dostęp do obfitego pokarmu roślinnego, łącznie z niedostępnymi dla innych prymatów podziemnymi częściami roślin - bulwami, kłączami, korzeniami. Dlaczego po ulokowaniu się praludzi w takiej wygodnej i względnie bezpiecznej niszy ekologicznej ewolucja mózgu nie stanęła w miejscu? Jaki to czynnik generował w owych populacjach ów potężny nacisk selekcyjny na dalszy raptowny rozwój intelektu? Jakiż to ważny zysk, z punktu widzenia sukcesu rozrodczego osobnika, stwarzało wtedy powstawanie tych wszystkich niesamowitych właściwości ludzkiego umysłu, które wymieniono poprzednio? Po co na przykład potrzebny był w owych warunkach system porozumiewania się o aż tak niesłychanej subtelności i mocy informacyjnej jak mowa artykułowana? Po co magia? Obrzędowe pochówki zmarłych? Oderwane od interesu rozrodczego zakazy i nakazy moralne? Po co zdolność do odgadywania dopplemowskiego przesunięcia widm mgławic ku czerwieni? Pytania te są typu "z głupia frant". Ale sygnalizują one, jak sądzę, pewien problem o znaczeniu pierwszorzędnym. Ten mianowicie, że ostateczny efekt ewolucji mózgu hominidów, intelektualne potencje gatunku homo sapiens (i to już w pełni ukształtowane u człowieka prehistorycznego, tego, który 30 tys. lat temu drobnymi grupkami polował na bawoły i malował je na ścianach jaskiń) zdają się grubo wykraczać poza wymagania, które pod tym względem stawiały prymitywny, zbieracko-myśliwski tryb życia i prosta (prostsza od szympansiej) organizacja społeczna owych stadek praludzkich, cechująca naszych przodków od lat co najmniej kilkuset tysięcy. Skutek wydaje się tu zupełnie nieproporcjonalny do przyczyny.
3. Jeśli hipotezę SI rozważać serio, nie można wymigać się od kolejnego pytania. Który z dwu wariantów selekcji grał tu pierwsze skrzypce: różnicowa płodność czy różnicowa przeżywalność? Sprawa jest zawiła. Największe pole do popisu dla selekcji pierwszego rodzaju (inteligentniejsi płodzą więcej potomstwa) miałaby organizacja nacechowana silną nierównością statusu społecznego poszczególnych członków stada. Taka jest organizacja haremowa, widoczna u wielu gatunków pawianów, w której najagresywniejsze samce mają podporządkowane sobie grupki kilku samic (harem), podczas gdy reszta samców w stadzie to grupy "kawalerów". Takie też jest stado o strukturze hierarchicznej, jak u szympansa: samce "dominujące", które zdobyły sobie wysokie pozycje na drabinie społecznej stada, mają pierwszeństwo dostępu do samic będących w płodnej fazie cyklu miesięcznego. Jak widać, i w jednym, i w drugim przypadku niektóre, "wybrane" samce zostają częściej ojcami, czyli zyskują wybitną nadreprezentację swoich genów w następnym pokoleniu: klasyczna selekcja darwinowska przez płodność różnicową.
Otóż o socjologii archaicznych społeczeństw ludzkich wiadomo sporo, bo resztki ich zachowały się tu i ówdzie aż do połowy XX wieku. Ich jednostką podstawową była wszędzie tzw. grupa lokalna: kilka lub kilkanaście rodzin, z reguły monogamicznych, ściśle ze sobą współpracujących, mających wspólne obozowisko i strukturę wybitnie egalitarną, komunistyczną, opartą między innymi na równym podziale (w obrębie całej grupy) zdobytej żywności, również między starych, chorych, a także tych, którzy z łowów wrócili z pustymi rękami. A są podstawy do mniemania, że ten model organizacji był bardzo stary, sięgał setek tysięcy lat wstecz. Łatwo zresztą zrozumieć, dlaczego on właśnie wśród praludzi zapanował. Opisany poprzednio model haremowy oznaczałby przecież długotrwałe odsunięcie wielu mężczyzn od seksu i rozrodu; model zaś hierarchiczny oznaczałby istnienie jaskrawych nierówności statusu społecznego i przywilejów. Oba rodzaje organizacji są silnie konfliktogenne, rodzą stałe napięcia i rywalizacje, oba więc stanowiłyby rozwiązanie fatalne dla praludzi, gatunku niejako skazanego, przez swoisty tryb życia, na maksymalizowanie, omal za wszelką cenę, stałej i lojalnej współpracy w obrębie grupy. Z tego samego powodu - zdecydowana przewaga, w społeczeństwach zbieracko-łowieckich, monogamicznego systemu kojarzenia: monogamia wszak rozdziela w obrębie grupy seks najbardziej "po równo". Ale skoro tak - to niewielkie tu pole do działania dla selekcji ostro wybierającej do rozrodu tylko niektórych, inteligentniejszych, czyli selekcji przez różnicową płodność.
Selekcja SI mogła też działać przez różnicową umieralność: mniej inteligentnych osobników częściej spotykała przedwczesna śmierć. Ale dlaczego? Co mogło być czynnikiem narażającym ich na taką śmierć? Może niedożywienie? Przed tym powinna ich silnie chronić komunistyczna organizacja grup, zasada, że nikogo nie zostawia się "o suchym pysku". A także to, co wiadomo o zaskakującej wydajności gospodarki zbieracko-łowieckiej: na przykład u Buszmenów przypadający na każdego mężczyznę czas spędzany na łowach wynosił średnio 18 godzin tygodniowo i to wystarczało na zaopatrzenie wszystkich członków grupy w ponad 100 gramów mięsa na głowę dziennie! A może ataki dużych drapieżców? Tu, znowu, obserwacje etnografów dowodzą, że zagrożenie to gra rolę zupełnie znikomą. Może więc bratobójcze konflikty wewnątrz grupy? Ten z kolei ewentualny czynnik selekcyjny był chyba bardzo silnie tłumiony przez wybitnie kolektywistyczną, "solidarnościową" jej organizację.
4. I problem jeden jeszcze. Mózg ludzki, choć wielki, nie jest w świecie zwierzęcym wcale rekordowy ani pod względem masy absolutnej, ani relatywnej (odniesionej do masy ciała). Co więcej, w porównaniu z mózgiem szympansa, nie ma w nim żadnych nowego typu komórek ani tkanek, ani narządów. Mniejsza jest u człowieka gęstość upakowania ciał neuronów w korze mózgowej (w związku z czym człowiek ma ich zaledwie 1,5 raza więcej niż szympans!), natomiast wyraźnie bogatsza sieć połączeń między nimi. Ale są to różnice tylko ilościowe, i to nie większe niż te oddzielające szympansa od na przykład lemura. Jakież więc jest anatomiczne, biochemiczne, elektrochemiczne, molekularne uzasadnienie owej przepastnej różnicy intelektu między człowiekiem
a szympansem? Dlaczegóż to ja chodzę oglądać szympansa w klatce w zoo, a nie na odwrót?
Z wyliczonych w tym artykule poprzednio czterech głównych "osobliwości człowieka" ("odgadywanie" struktury świata, mowa, świadomość śmierci, ucieczka od zasady egoizmu genów) mnie osobiście fascynuje najbardziej pozycja na tej liście ostatnia (na pewno jakoś związana z pierwszą). Przejawia się ona we wspomnianej już zdolności do działań samoniszczących. Ale także w zdolności do świadomego hamowania zachowań, do których owa zasada "zachęca", na przykład kradzieży, oszustwa, oszczerstwa, cudzołóstwa. Zauważyć warto, że każdy z tych rodzajów zachowań byłby, w sensie darwinowskim, jak najbardziej opłacalny - w każdym razie w sytuacjach, w których prawdopodobieństwo "wykrycia" jest żadne lub znikome. A jednak, nawet w takich sytuacjach ludzie od owych opłacalnych strategii się powstrzymują, na pewno nie powszechnie, ale często (bo respektują pewne, przyjęte w danym społeczeństwie, zakazy moralne). I wreszcie, do tejże kategorii zachowań po darwinowsku niewytłumaczalnych należy altruizm bezinteresowny: dana obcemu i skrycie jałmużna, posługi wykonywane przez wolontariusza w hospicjum, czas poświęcony "niewypłacalnemu" sąsiadowi na pociechę w starości, zgryzocie, nieszczęściu. Oto konkretny przykład, znany mi z pierwszej ręki. Dwudziestotrzyletni student, zaręczony i planujący małżeństwo, pracuje jako wolontariusz dla fundacji działającej na rzecz dzieci niepełnosprawnych. Jego zadania: raz w tygodniu wyprowadza na dwugodzinny spacer po mieście dwunastoletniego sparaliżowanego chłopca poruszającego się na wózku inwalidzkim. Co ważne: wedle relacji tego studenta ów kaleki chłopak jest wyjątkowo antypatyczny - złośliwy, dokuczliwy, agresywny. Spacery z nim to przykrość, nieomal udręka. Mimo to student podejmuje je systematycznie, zamiast na przykład wykorzystywać ten czas na zakuwanie do egzaminu lub romansowanie ze swą dziewczyną, choć jedno i drugie byłoby z darwinowskiego punktu widzenia bez porównania bardziej opłacalne. Otóż spacerów owych nie jest w stanie wytłumaczyć, jak sądzę, żadna z biologicznych teorii altruizmu: ani selekcja krewniacza, ani model rewanżu z nadwyżką. Odrzucam tu od razu ewentualny argument, że zachowania owego rodzaju ("spacery") są u ludzi marginalne albo zgoła aberracyjne. Przeczyłyby temu obfite przekazy historyczne, a także statystyki dzisiejsze. Na przykład w USA - owym modelowym, zdawałoby się, ustroju bezwzględnej, egoistycznej konkurencji - odsetek młodzieży w wieku 15-25 lat zaangażowanej w rozmaite prace społeczne o charakterze wolontariatu przekracza 30 procent.
W opublikowanej kilka lat temu w prestiżowym czasopiśmie amerykańskim dyskusji na temat ewolucyjnej genezy zjawiska płci padło między innymi sformułowanie następujące: "W centrum tego problemu tkwi jakaś głęboka tajemnica. W jej wyświetleniu nie posunęliśmy się daleko naprzód od czasu, gdy Darwin napisał, że jest to, jak dotąd, obszar ukryty w ciemności".
Słowa "głęboka tajemnica" i "obszar ukryty w ciemności" można, jak sądzę, odnieść z jeszcze większą mocą do genezy ludzkiej psychiki. Ale to są wyrażenia obecnie w biologii niemodne. Co gorsza: może nie wypada używać ich komuś, kto obrał sobie zawód badacza-naukowca, czyli kogoś, kto nie ma prawa wierzyć w istnienie niewyjaśnialnych tajemnic?
TADEUSZ BIELICKI, ur. 1932, antropolog członek rzeczywisty PAN, przewodniczący Wydziału Nauk Biologicznych PAN; zajmuje się głównie biologicznymi i biomedycznymi konsekwencjami nierówności społecznnej.
|