Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000  Rocznik 2001
- styczeń, nr 548
- luty, nr 549
- marzec, nr 550
- kwiecień, nr 551
- maj, nr 552
- czerwiec, nr 553
- lipiec, nr 554
- sierpień, nr 555
- wrzesień, nr 556
- październik, nr 557
- listopad, nr 558

 Fundacja


Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
Znak, nr 11/2001 (557)
CYWILIZACJE
I TERROR

 

Henryk Woźniakowski



   1. Im bardziej gęste i nieprzeniknione kłęby pyłów wzniecone runięciem nowojorskich Twin Towers przesłaniały pejzaż Manhattanu, tym bardziej umysły wszystkich dotkniętych zamachem (to znaczy całego świata współodczuwającego z Ameryką) starały się przeniknąć przyczyny dramatu, motywy zamachowców. Potrzeba zrozumienia - to znaczy nadania sensu przez wpisanie w kontekst rzeczy znanych - jest wprost proporcjonalna do grozy przejawów, jakie stara się uchwycić, rozumienie bowiem w jakiejś mierze oswaja grozę, która zawsze łączy się z nieznanym, niepojętym. Nawet Nostradamus, masowo wykupywany w nowojorskich księgarniach, dawał pewną namiastkę rozumienia, umieszczając zamach w znanym od prawieków kontekście proroctw i przepowiedni.
   Kiedy tylko pierwsze tropy jęły prowadzić ku wyznawcom islamu jako prawdopodobnym autorom zamachu, poszukiwacze klucza do zagadki ataku przypomnieli sobie słynną tezę Samuela Huntingtona o konflikcie cywilizacji stanowiącym podstawowy model przyszłych konfliktów globalnych i lokalnych, postawioną w roku 1993 najpierw w obszernym eseju na łamach "Foreign Affairs", a potem w rozwiniętej wersji książkowej. Cywilizację, przypomnijmy, określał Huntington jako "najwyższą formę powiązania uwarunkowanego kulturowo (...) najszerszy czynnik tożsamości kulturowej". Cywilizację wyznaczają elementy obiektywne - przede wszystkim religia, lecz także obyczaje, instytucje, język, historia - oraz subiektywne - składające się na proces identyfikacji jej uczestników. W istocie, skwapliwie odnotowane przez kamery telewizyjne radosne reakcje mieszkańców niektórych krajów muzułmańskich, solidarność religijnych władz Talibanu i świeckich Iraku, a także licznych kręgów radykalnych fundamentalistów islamskich z autorami tej przerażającej zbrodni sprawiły, że pytanie o konflikt cywilizacji zaczęło nabierać, w dosłownym sensie, palącej aktualności.
   Jednakże na pytanie o to, czy wydarzenia z 11 września można wpisać w kontekst domniemanego konfliktu cywilizacji, nie jest łatwo otrzymać odpowiedź bezinteresowną, to znaczy taką, która pragnie tylko i jedynie odsłonięcia prawdy. Ledwie bowiem pytanie postawiono, natychmiast zdano sobie sprawę z jego potencjalnych groźnych skutków. Po pierwsze, myślenie o ludziach w kategoriach dużych uogólnień zawsze niesie w sobie zagrożenie stereotypem. Wiemy, ile zbrodni wynikło z myślenia typu: "wszyscy Polacy..., wszyscy Żydzi...., wszyscy Rosjanie..." itp. Nie dziwota zatem, że lękamy się myśleć w jeszcze szerszych kategoriach, które grożą tym, że ktoś posłuży się nimi jak młotem: "wszyscy muzułmanie... wszyscy chrześcijanie... (czy wszyscy ludzie Zachodu...)". Po wtóre, wniosek, że oto mamy wojnę cywilizacji, nie mieści się w politycznych kategoriach rachuby sił: pokonać można człowieka, organizację, ostatecznie państwo - nie można "pokonać" półtoramiliardowej cywilizacji, jaką jest islam. Ponadto, jak argumentował William Pfaff w polemice z Huntingtonem, wizja taka jest wysoce katastroficzna, przenosi bowiem zagadnienia ekonomiczne, geopolityczne czy strategiczne, będące tradycyjnymi obszarami sprzeczności interesów rozwiązywanych przy pomocy negocjacji, a ostatecznie wojen, do sfery kultury, do sfery wartości, a więc do takiego obszaru, w którym nie może być mowy o żadnych negocjacjach, żadnym kompromisie, żadnym rozwiązaniu. Przeciwnika "cywilizacyjnego" można albo zniszczyć, albo "nawrócić", to znaczy - zmienić jego najgłębszą tożsamość.
   Wszelako teza Huntingtona, bądź co bądź solidnie udokumentowana, istnieje, znajduje się w obiegu. Dlatego po 11 września nie ominiemy pytania, czy znaleźliśmy się w stanie wojny cywilizacyjnej, czy też mamy do czynienia ze zjawiskami odmiennej natury. Żeby więc przybliżyć się do jakiegoś poglądu na tę kwestię, rozważmy trzy sprawy:
   - czy teza o konflikcie cywilizacji (abstrahując od ostatnich wydarzeń) pomiędzy rokiem 1993, kiedy została ogłoszona, a dniem dzisiejszym wydaje się ulegać potwierdzeniu raczej czy falsyfikacji?
   - czy na terroryzm islamski, a w szczególności na zamach na Pentagon i World Trade Center wolno patrzeć jako na przejawy konfliktu cywilizacji?
   - czy można zwalczać terroryzm muzułmański, nie przyczyniając się do powstania wspólnego frontu solidarności islamskiej przeciwko Zachodowi?
   
   2. Rozpatrując pierwszą kwestię, warto przyjrzeć się niektórym wątkom polemiki z Huntingtonem, jaka wybuchła natychmiast po ogłoszeniu jego słynnej tezy. Czyj pogląd z perspektywy historycznej roku 2001 wydaje się mocniejszy: Huntingtona czy jego oponentów?
   Daniel Bell zarzucał autorowi Zderzenia cywilizacji pomieszanie polityki i kultury. Cywilizacje - jako zespoły determinant kulturowych - nie są i nie będą podmiotami politycznymi, bowiem podmiotami takimi są państwa, które mają interesy. Fouad Ajami twierdził, że w ostatecznej instancji decyduje ekonomia, nie zaś "mit". Huntington odpowiadał na to, że państwa stają się narzędziami cywilizacji, którymi te ostatnie posługują się w swoich konfliktach. Dodajmy, że im państwo jest słabsze w obliczu cywilizacji, do której należy, tym łacniej daje się zinstrumentalizować na rzecz "interesów cywilizacyjnych", religijno-kulturowych. Ryszard Kapuściński mówił ostatnio o trzech globalizacjach: ekonomicznej, przestępczej czy też mafijnej oraz takiej, którą tworzą działające na skalę międzynarodową organizacje pozarządowe, ruchy społeczne czy sekty religijne. Wszystkie te procesy globalizacyjne z ostatnich lat wydają się zarówno powodować, jak i potwierdzać względne osłabienie państwa, a zarazem sprzyjać wzmocnieniu identyfikacji etnicznej i cywilizacyjnej. Na Bałkanach, w Indiach czy w Afganistanie "mit" mniej lub bardziej zdecydowanie góruje nad wymogami gospodarki.
   Modernizacja musi w istocie oznaczać okcydentalizację, przejęcie zachodnich technik, procedur, a zwłaszcza urządzeń politycznych; wprowadzanie gospodarki nastawionej na zaspokajanie potrzeb konsumpcyjnych nie może się na dłuższą metę obyć bez przyjęcia zachodniej way of life i zachodnich systemów wartości - twierdzili inni adwersarze Huntingtona: Robert L. Bartley i Liu Binyan. Czy rzeczywiście? Czy dalekowschodni kryzys gospodarczy nie pokazał ostatnio, jak dalece zachodnia nowoczesność splotła się tam z rodzimymi stosunkami społecznymi i mentalnością (np. w sprawie słynnych koreańskich czeboli); czy wzrost fundamentalizmu w Indiach nie czyni z tamtejszego systemu politycznego, brytyjskiego z pochodzenia, "wydmuszki" wypełnianej stopniowo innymi zgoła treściami? Czy w Arabii Saudyjskiej i Emiratach Arabskich powszechna konsumpcja, którą mieszkańcy zawdzięczają petrodolarom, jest jakąkolwiek przesłanką dla okcydentalizacji prawa i obyczaju czy raczej wręcz przeciwnie? Sytuacja w tych ostatnich krajach podważa również inny argument polemiczny, że mianowicie mamy do czynienia jedynie z odwiecznym konfliktem biedy i bogactwa. Łatwo zauważyć, że nie ma prostej zależności pomiędzy poziomem życia a nastawieniem antyzachodnim - ani w wymiarze indywidualnym, ani państwowym.
   To pobieżne zestawienie pozwala wysnuć wniosek, że argumentów na rzecz prawdziwości czy raczej sprawności i przydatności eksplanacyjnej paradygmatu Huntingtona przybyło w ostatnich latach niemało. Teza o konflikcie cywilizacji trzyma się coraz mocniej.
   
   3. Jeśli tak, to czy zamachy w USA są przejawami tegoż konfliktu? Czy też raczej są to urzeczywistnione rojenia groźnego, inteligentnego szaleńca, ekspresja nienawiści w stanie czystym, jednym słowem - zjawiska, które w pewnych okolicznościach wystąpić mogą wszędzie?
   W zamachu amerykańskim przerażające są przede wszystkim jego skala i anonimowość. Nikt nie chce się przyznać - włącznie z Bin Ladenem. Anonimowość jednak jest zapewne elementem przemyślanej strategii siania strachu i opóźniania retorsji. Ze śmiercią niewinnych ofiar oswoił nas już terroryzm europejski - Czerwone Brygady, IRA czy ETA, aczkolwiek zazwyczaj ofiary te są "skutkiem ubocznym" zamachu na konkretnego przeciwnika: szefa policji, prokuratora, polityka. Element samobójczy jest w zamachach terrorystów islamskich powszechny, lecz i w tradycji zamachów europejskich nie jest on całkiem nieobecny: vide zamachowcy Narodnoj Woli czy innych grup anarchistycznych w Europie; samobójcami de facto byli zarówno Gawriło Princip, jak i Eligiusz Niewiadomski. Niewyobrażalna dotąd skala zamachów w Ameryce nie powinna nam zatem przysłonić faktu, że ze zjawiskami jakościowo analogicznymi mieliśmy już do czynienia w naszym obszarze kulturowym. Wydaje się, że demoniczna, bezgraniczna nienawiść na usługach ideologicznego obłąkania, zasilana pychą i frustracją, pojawić się może w pewnych okolicznościach wszędzie, niezależnie od kręgu cywilizacyjnego. Islam liczy sobie z górą 1300 lat, stworzył wielką, wielowymiarową cywilizację, w której najróżniejsze tendencje i nurty religijne, polityczne i kulturalne przeplatają się, tworząc bogatą, kolorową mozaikę. Można się zgodzić z Huntingtonem, że cywilizacja islamu ma w sobie elementy będące źródłem potencjalnego lub aktualnego konfliktu z cywilizacją Zachodu, które z różnych względów nabierają dziś ostrości. Lecz konflikt to jeszcze nie wojna: obarczanie cywilizacji islamu (a więc w jakimś sensie - każdego muzułmanina) odpowiedzialnością za 11 września byłoby tym samym czym obarczanie cywilizacji Zachodu odpowiedzialnością za wszystkie straszliwe postępki ludzi i państw Europy, których wiek XX nam nie szczędził.
   
   4. Pytanie, czy zamachy Bin Ladena są przejawem konfliktu cywilizacji, można jednak zmodyfikować, pytając o to, czy cywilizacja islamu zawiera jakieś elementy sprzyjające powstawaniu w jej łonie takich wynaturzeń jak zbrodnicze organizacje terrorystyczne, "państwa bandyckie" czy publiczne, zbiorowe wyrazy poparcia dla terrorystów i idei niszczenia Zachodu jako takiego. Takie pytanie jest równie uzasadnione jak to, które towarzyszyło nam wciąż w ostatnim półwieczu: jakie czynniki w cywilizacji Zachodu sprzyjały powstaniu totalitarnych ideologii i opartych na nich zbrodniczych reżymów? Otóż podejrzewam, że we własnych duchowych zasobach jest islamowi trudniej znaleźć broń przed fundamentalizmem i jego terrorystycznymi wynaturzeniami niż cywilizacji zachodniej (a więc w ujęciu Huntingtona - wyrosłej na chrześcijaństwie łacińskim). "Gdziekolwiek muzułmanie starają się żyć razem, Islam przedstawia się jako religia i Państwo, kultura i cywilizacja, tak trudno jest im rozróżnić między tym, co doczesne, i co duchowe..." - pisze Maurice Borrmans. Wychodzące wprost z Koranu całościowe roszczenie do organizacji życia indywidualnego i zbiorowego, duchowego i świeckiego traktowanego jako jedno sprawia, że islam nie zaopatruje swych wyznawców w narzędzia do rozróżnienia tego, co boskie, i tego, co cesarskie. Takie rozróżnienie na gruncie islamu w istocie nie występuje. System szariatu jest jednolitym systemem prawnym obejmującym sprawy należące do nieba i ziemi. Trudno byłoby na gruncie teologii islamu wypracować pogląd o sekularyzacji, o "autonomii rzeczywistości ziemskich". Państwo świeckie, choćby islam miał w nim uprzywilejowaną pozycję, zawsze może być - i w istocie bywa - oskarżone o to, że jest dla islamu obcym ciałem. Dlatego koncepcje integrystyczne, teokratyczne są i zapewne będą stałą pokusą islamu, zwłaszcza islamskiego fundamentalizmu, a nadzieja na stworzenie państwa idealnego na wzór państwa Mahometa w Medynie będzie mu wciąż towarzyszyć. Przejście od żarliwej pobożności do politycznej ideologizacji religii wydaje się w islamie nieporównanie łatwiejsze niż w chrześcijaństwie, zwłaszcza dzisiejszym chrześcijaństwie. Do jak straszliwych czynów, do jakich wynaturzeń prowadzić mogą ideologie polityczne - zwłaszcza wyposażone w transcendentną (lub quasi-transcendentną) sankcję - dowodzić nie trzeba. Totalitarny ustrój Talibów jest jakąś formą "państwa idealnego", a wszystko, co odbiega od tego ideału, jest "niewiernością". "Ideał" czuje się zagrożony samym istnieniem czegoś, co odczuwa jako swoje zaprzeczenie; dlatego - choć w istocie Koran każe raczej bronić się przed niewiernymi, niż ich atakować - dla radykalnych ideologów ustroju muzułmańskiego atak będzie uprawnioną formą obrony.
   Ale na gruncie islamu trudna do obrony jest nie tylko koncepcja świeckiego państwa. Trudna do obrony jest także idea praw człowieka, w sensie praw indywidualnej jednostki i jej wolności. Jednostka jest niczym wobec ummy, nieomylnej wspólnoty religijnej. Inne są także niż w chrześcijaństwie związki pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Religijność muzułmanów, jej szczerość, miłość Boga, posłuszeństwo Jego woli mogą nie bez racji budzić zazdrość chrześcijan. Lecz droga tej miłości w mniejszym stopniu prowadzi przez człowieka; Bóg, w którego wierzą muzułmanie, nie objawił się im jako wcielony. Choć Bóg jest bliski człowiekowi i miłosierny - dlatego stworzył świat - to jednak praktykowane przez wyznawców islamu miłosierdzie nie jest wsparte przekonaniem, że "cokolwiek uczyniliście tym najmniejszym, Mnieście uczynili". Nie zniżywszy się do człowieka przez wcielenie, Bóg muzułmanów nie wyniósł ich też w godności tak wysoko, jak dokonał tego Chrystus. Stąd też - między innymi, bowiem przyczyn religijnych i historycznych jest wiele - trudniejszym (chociaż nie niemożliwym!) zadaniem jest na gruncie islamu obrona praw człowieka.
   Pomiędzy taką wizją człowieka i życia zbiorowego z jednej strony a tendencjami fundamentalistycznymi z drugiej istnieje dodatnie sprzężenie zwrotne. A na gruncie fundamentalizmu łatwiej rodzą się ekstremizmy z terroryzmem włącznie. Oczywiście chrześcijaństwo też nie jest wolne od pokusy fundamentalizmu i jego możliwych ekstremistycznych konsekwencji. Jednakże zarówno w swych tekstach źródłowych, jak i w tradycji wypracowało ono więcej antyciał przeciwko takim zarazom. Fundamentalizm muzułmański wydaje się bardzo trudny do zaatakowania z punktu widzenia ortodoksji muzułmańskich (używam liczby mnogiej ze względu na brak "centralnego autorytetu religijnego" w islamie). Ta teza wydaje mi się kluczowa dla naszej debaty. Zarazem krytyka tych rodzajów fundamentalizmu, które grożą wyrodzeniem się w zbrodniczy terroryzm, jest, jak sądzę, zadaniem numer jeden dla islamskich uczonych i teologów pragnących dochować wierności pokojowej i tolerancyjnej tradycji islamu.
   
   5. Świat jednak musi bronić się przed terrorem nie tylko słowem. Czy zatem - zwalczając czynnie odwołujący się do islamu terroryzm - nie sprowokujemy powstania jednolitego frontu solidarności islamskiej? Bronię tezy, że choć mamy konflikty cywilizacyjne, to nie mamy wojny cywilizacji, będącej jakościowo innym stanem, niewyobrażalnym nawet po 11 września. Bronię tezy, że bogata i zróżnicowana cywilizacja islamu, cywilizacja Awicenny i Awerroesa, nie jest "odpowiedzialna" za przerażające akty terroru. Natomiast stawiam też tezę, że trudniej na gruncie cywilizacji islamu zwalczać fundamentalizm i jego zrakowaciałe formy niż na gruncie - chrześcijańskiej czy pochrześcijańskiej - cywilizacji Zachodu. Dlatego należy się wykazać nadzwyczajną roztropnością, żeby broniąc się przed terrorem, nie wywołać tego, czego chcemy za wszelką cenę uniknąć: wojny cywilizacji właśnie, jednolitego frontu państw i społeczeństw islamskich przeciwko Zachodowi. Dopiero to byłoby rzeczywistym zwycięstwem Bin Ladena i talibów, zwycięstwem na globalną skalę; to oni przecież od początku przedstawiają konflikt jako wojnę religijną, wojnę dwóch z istoty wrogich światów, a więc wojnę cywilizacji. Pytanie, które stoi przed prezydentem Bushem i innymi dźwigającymi najwyższą odpowiedzialność, brzmi: czy i jak można wspomóc islam umiarkowany przeciwko radykalnym mniejszościom? Jak pozyskiwać sojuszników "po tamtej stronie", wśród islamskich autorytetów nie tylko w dziedzinie polityki, ale nade wszystko religii i kultury? Tylko oni potrafią właściwie uargumentować, że mordercy i samobójcy - nawet ci ginący z imieniem Allaha na ustach - srodze obrażają Boga. Teraz właśnie należy intensyfikować kontakty ludzi i instytucji ze światem islamu - na czymże bowiem polega "dialog kultur", jeśli nie na spotkaniu, wzajemnej wymianie? Winniśmy wydobywać z tradycji i ze współczesności islamu to, co najlepsze, i te bogactwa doceniać; należy unikać wszystkiego, co może upokarzać muzułmanów. Pamięć czasów kolonialnych i innych upokorzeń doznanych od Zachodu jest żywa i stanowi jedno z podłoży dla islamskiego radykalizmu. Winno się - jak radzi Garton Ash - wciągnąć całe ONZ do walki z terroryzmem światowym, przekraczając w antyterrorystycznym sojuszu wszelkie cywilizacyjne granice. A wreszcie - Zachód winien pokazać, że stoi po stronie własnych wartości, że godność i prawa człowieka, jakie są udziałem Amerykanina czy Polaka, są w tym samym stopniu udziałem Chińczyka, Tybetańczyka i Persa. I że stojąc po stronie własnych wartości, potrafimy dać za nie głowę: doktryna wojny bez strat własnych, praktykowana w Serbii i Kosowie, jest nie do utrzymania nie tylko z przyczyn technicznych. Zdaję sobie sprawę, jak łatwo takie zdania wygłosić, a jak trudno przekuć je w polityczne, gospodarcze i kulturowe realia. Ale od tego, czy rządzący państwami i my wszyscy będziemy potrafili to uczynić, zależy przyszłość świata. Przyszłość naszej pięknej, błękitnej planety.

6 października 2001

HENRYK WOŹNIAKOWSKI, ur. 1949, publicysta, tłumacz, prezes SIW Znak.

   2001 SIW Znak, Piotr Poniedziałek