Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
maj, nr 564
 Fundacja


Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
Znak, nr 5/2002 (564)
NIEMIECCY WYPĘDZENI POWRACAJĄ NA SCENĘ
 

Norman Davies



   "Czyszczenie etniczne" to termin pochodzący z lat 90. - termin, którego zachodnie demokracje raczej nie użyłyby w odniesieniu do własnych poczynań. Pojawił się w byłej Jugosławii podczas straszliwego konfliktu między Serbami a Chorwatami i upowszechnił się na skutek kolejnych wydarzeń tego rodzaju w Bośni oraz Kosowie. Obecnie jest to obiegowe określenie przymusowych wysiedleń całych wspólnot etnicznych, których obecność została uznana za niepożądaną, a własność stanowi łakomy kąsek dla sąsiadów. Jeśli Jugosławia miałaby służyć za wzorzec, to wypędzeniom nieodmiennie towarzyszą mordy i terror, grabieże i gwałty.
   Smrodliwy chwast nie pachnie jednak przyjemniej pod jakąś inną nazwą. Historia dostarcza wielu przykładów czyszczenia etnicznego, które miały miejsce na długo przed pojawieniem się samego terminu. Można by zacząć od Starego Testamentu i wysiedlenia Izraelitów do Egiptu. W czasach nam bliższych - i bliżej domu - kolonizacja Ulsteru na początku XVII wieku przez angielskich i szkockich protestantów dokonała się na skutek wysiedlenia rodzimych Irlandczyków. Podobnie przedstawia się rugowanie drobnych dzierżawców z klanów celtyckich w Szkocji [na przełomie XVIII i XIX wieku - przyp. tłum.] głównie przez zaborczych właścicieli ziemskich z południa. Za naszych czasów powstanie państwa Izrael było związane z masowym napływem osadników żydowskich oraz równoczesnym wywłaszczeniem palestyńskich Arabów. Miliony potomków owych wydziedziczonych Palestyńczyków nadal tkwią w obozach dla uchodźców w Gazie i w Libanie. W tym samym okresie na świat przyszły Indie oraz Pakistan, czemu towarzyszył wzajemny upust krwi i wysiedlenia muzułmanów oraz Hindusów; w rezultacie zginęło bodaj pięćset tysięcy ludzi. Łatwo dostrzec, że gwałty i nieprawości z przeszłości są źródłem nierozwiązywalnych problemów współczesności.
   Trudno też mniemać, że zachodnie demokracje mają w tej materii czyste konto. Rzecz jasna, największymi "czyścicielami" byli despoci i dyktatorzy. Na czele ligi europejskiej znajduje się zapewne Józef Stalin, który wyprzedza o dwa, trzy punkty Adolfa Hitlera. Owszem, od czasu do czasu - tzn. dość wybiórczo - przywódcy zachodni, kierując się szlachetnym poczuciem oburzenia, podejmowali interwencje. Tak niewątpliwie stało się w przypadku Kosowa - po tym jak Zachód zachował haniebną bierność podczas pierwszej rundy walk w Bośni. Z drugiej strony, wydaje się, że Zachód wielokrotnie nie sprostał swoim wysokim standardom, i to na dwa sposoby. Po pierwsze, jak w przypadku Irlandii Północnej, zbyt łatwo przystajemy na roszczenia samozwańczych demokratów, którzy posługują się demokratyczną większością, by utrzymać po wsze czasy podejrzane status quo - ustanowione przed laty za pomocą wyraźnie niedemokratycznych metod. Po drugie, co zdarzało się nader często, potulnie przyjmowaliśmy grabieże wielkich mocarstw tylko dlatego, że nie mieliśmy dość siły, by się im przeciwstawić.
   Nie ma na przykład wątpliwości co do tego, iż największe czyszczenie etniczne w dziejach Europy dokonało się na zakończenie II wojny światowej przy pełnej akceptacji mocarstw zachodnich. Na Konferencji Poczdamskiej w 1945 roku Wielka Brytania i Stany Zjednoczone bez skrupułów poparły międzysojuszniczy plan wysiedlenia całej populacji niemieckiej z terenów przeznaczonych dla Polski, Czechosłowacji, Węgier i Rumunii. Ponadto, wbrew Karcie Atlantyckiej, nie przeciwstawiły się Stalinowi, który domagał się powiększenia Związku Radzieckiego bez względu na wolę mieszkańców. W istocie rzeczy Churchill, choć wysunął pewne zastrzeżenia w Poczdamie, objawiał niezdrowy entuzjazm dla tej polityki o wiele wcześniej, niż zaczęto ją wprowadzać w życie. Koniec końców, "okrojenie Niemiec" stanowiło jeden z celów polityki państw sprzymierzonych już od wybuchu I wojny światowej. Dla tych zaś, którzy znali historyczne precedensy, determinacja Stalina, by zepchnąć Niemcy za linię Odry i Nysy, przejąć Prusy Wschodnie oraz utworzyć kadłubową i podporządkowaną Polskę, była jedynie odzwierciedleniem dawnych ambicji rosyjskich. Te wszystkie zdobycze znalazły się już na "Mapie Przyszłej Europy" wydanej przez carski MSZ we wrześniu 1914 roku. Głoszone przez prezydenta Wilsona ideały "narodowego samostanowienia" miały na celu wynagrodzenie narodów, które opowiedziały się po stronie aliantów. Nie mogli się na nie powoływać Niemcy, Austriacy czy Węgrzy, którzy wojowali po niewłaściwej stronie.
   W rezultacie przymusowe wysiedlenie wszystkich Niemców z Europy Wschodniej, które przebiegało etapami w latach 1945-1947, osiągnęło gigantyczne rozmiary; przyniosło ono śmierć oraz niewypowiedziane cierpienia milionom niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci. Jak zwykle, dokładne liczby są przedmiotem sporu. Wiadomo wszakże, iż całkowita liczba Niemców, którzy do 1948 roku zniknęli ze swoich przedwojennych domów na wschodzie, zbliża się do 16 milionów. Oficjalne źródła niemieckie podają liczbę 12 milionów wypędzonych oraz 1-2 milionów ofiar. Historycy, którzy nie uwzględniają Niemców uciekających samorzutnie przed Armią Czerwoną (choć pozbawiono ich prawa powrotu), piszą o 7-8 milionach. Inni podają jeszcze niższe liczby. Ten aspekt nie jest jednak wcale najważniejszy. W chwili obecnej, kiedy po niemal pięćdziesięciu latach zahamowań w Niemczech oraz komunistycznej cenzury w Europie Wschodniej można wreszcie otwarcie podjąć ten temat, trzy kwestie mają pierwszeństwo. Jedną z nich jest potrzeba pełnego i uczciwego rozliczenia wszystkich epizodów bestialstwa Europejczyków wobec Europejczyków - bez wyjątku. Kolejna wiąże się z wielonarodowym charakterem powojennych przesiedleń, których Niemcy nie byli bynajmniej jedyną ofiarą. Trzecia kwestia dotyczy zasadniczego pojęcia winy zbiorowej.
   Z bliższej perspektywy proces wykorzeniania 8, 10 czy 12 milionów ludzi musiał być długotrwały i skomplikowany. W największym z miast, które objął - w stolicy Śląska: Breslau - rozpoczął się już przed wojną. W latach 1938-1942 naziści wypędzili najpierw ludność polską, a następnie całą gminę żydowską (to znaczy tych wszystkich, którzy nie uciekli przedtem sami). Podczas wojny hitlerowcy obrali przeciwny kurs: importowali kilkaset tysięcy robotników przymusowych, aby obsadzić fabryki, które znajdowały się poza zasięgiem bombardowań aliantów. W styczniu 1945 roku, kiedy ogłoszono, że "Breslau stanie się twierdzą wojskową", wszyscy cywile nie zatrudnieni przy obronie bądź w fabrykach zbrojeniowych otrzymali kategoryczny rozkaz niezwłocznego opuszczenia miasta. W ciągu kilku godzin pół miliona ludzi musiało wyruszyć w drogę i w temperaturze -20 °C brnąć w śniegu w kierunku odległych o 30-40 km punktów zbiorczych. Podczas tej jednej straszliwej wędrówki zginęło do 80 tysięcy mieszkańców, wśród nich wiele młodych matek i noworodków. Ci, którzy przetrwali, poszli dalej w długich kolumnach aż do Drezna, gdzie 5 lutego spłonęli żywcem w nalocie dywanowym RAF-u. Twierdza Breslau wytrzymała dłużej niż Berlin - skapitulowała dopiero 6 maja. Wtedy wkroczyła Armia Czerwona, która miała w zwyczaju rozstrzeliwać wszystkich mężczyzn narodowości niemieckiej i gwałcić wszystkie kobiety niezależnie od narodowości. Raporty NKWD wywołały szok w Moskwie, gdyż okazało się, że czerwonoarmiści dokonują zbiorowych gwałtów na Rosjankach, które dopiero co wyzwolili z hitlerowskich obozów.
   Na długo przed ogłoszeniem postanowień poczdamskich polscy komuniści wysunęli roszczenia do Breslau oraz innych miast niemieckich i zaczęli organizować masowy transport Polaków wypędzanych z ziem polskich włączonych do Związku Radzieckiego. W ówczesnym żargonie polskich przybyszów określono mianem "repatriantów", a wyjeżdżających Niemców - mianem "wysiedlonych". W rzeczywistości jednak okropne doświadczenia obydwu grup były niemal identyczne. Jedni i drudzy zostali zmuszeni do opuszczenia ojczyzny, którą ich przodkowie zamieszkiwali od wieków. Jedni i drudzy znosili głód i nędzę, zmierzając ku nieznanej przyszłości w miastach i wioskach, które w istocie były im całkowicie obce. Dzień w dzień przez dwa lata długie składy wagonów bydlęcych pełne wypędzonych wyruszały z zachodnich dworców miasta, podczas gdy podobne transporty nabite "repatriantami" przyjeżdżały do dzielnic wschodnich. Niemiecki "Breslau" błyskawicznie przekształcił się w polski "Wrocław". Świat został poinformowany, że była to jakaś forma sprawiedliwości dziejowej.
   Nietrudno zrozumieć, dlaczego powojenni Niemcy nie mieli ochoty dyskutować o tych okropnych wydarzeniach, nie mówiąc już o zgłaszaniu pretensji. Programy denazyfikacji i reedukacji przekonywały Niemców nie tylko do przyjęcia odpowiedzialności za zbrodnie hitlerowskie, ale również do uznania słuszności misji aliantów. Tej wersji nie można było psychologicznie uzgodnić z alternatywnym scenariuszem, w którym Niemcy figurowali jako ofiary. Krytyka Związku Radzieckiego tak bardzo przywodziła na myśl propagandę nazistowską, która bezwstydnie żerowała na "zagrożeniu bolszewickim", że krytyków można było łatwo napiętnować jako neofaszystów bądź prawicowych ekstremistów. W moralnym klimacie dezorientacji i przytłaczającej winy Niemcy w większości nauczyli się tłumić swoje uczucia i unikać drażliwych tematów. Wprawdzie "wypędzeni" utworzyli liczne stowarzyszenia, które przez dwa czy też trzy dziesięciolecia odgrywały znaczącą rolę w polityce konserwatywnej, ale ich punkt widzenia nie zyskał szerszego uznania, a wraz z upływem lat ich głos osłabł. Dlatego też dopiero dzisiaj, na początku XXI wieku, ich historia może zostać opowiedziana w sposób należyty. Tabu zostało przełamane przez Güntera Grassa, którego ostatnia powieść Im Krebsgang jest poświęcona wypędzonym. Niemiecki Bundestag debatował nad propozycją utworzenia muzeum, które dokumentowałoby wysiedlenia. Artykuł z niedawnego "Spiegla" został zaanonsowany na okładce: DIE FLUCHT, Wielka ucieczka ze Wschodu. Niedawna śmierć hrabiny Marion Dönhoff - obrończyni powojennego liberalizmu, redaktorki "Die Zeit", a zarazem jednej z wypędzonych z Prus Wschodnich - uwypukliła jeszcze to zjawisko.
   Nic dziwnego, że niemieccy komentatorzy nie zawsze dostrzegają, iż powojenne wysiedlenia stanowią element szerszego łańcucha zdarzeń kształtujących losy wielu innych narodów. Te międzynarodowe powiązania mają wszakże znaczenie kluczowe. Czechów, na przykład, nie trzeba było długo namawiać, żeby w 1945 roku wypędzili Niemców sudeckich; często dochodziło przy tym do samorzutnych aktów nieuzasadnionej przemocy. Mało zdecydowany prezydent czeski Edward Beneš z pewnością nie ogłosiłby jednak tak bezwzględnych dekretów, gdyby wcześniej nie zaakceptował żądań Stalina - ceną była zgoda na jego powrót do Pragi. Podobny mechanizm dotyczył najważniejszego elementu układanki w Polsce. Bardzo niewielu polskich polityków wysuwało roszczenia wobec miast Stettin czy Breslau przed rokiem 1945; co więcej, żaden wpływowy Polak nigdy nie domagał się usunięcia hurtem wszystkich Niemców z Pomorza, Śląska czy Prus Wschodnich. Niemniej jednak figuranci, których Stalin zainstalował w Warszawie, nie mieli cienia wątpliwości, iż warunkiem utrzymania posad jest entuzjazm dla nowych granic oraz przesiedleń. Powiadomiono ich przy tym - nie bez racji - że mocarstwa zachodnie zaakceptowały już te rozwiązania. Nie trzeba było czekać, skoro Roosevelt i Churchill odsłonili karty w Teheranie i w Jałcie. Poczdam postawił jedynie kropkę nad i. Rząd marionetkowy w Polsce, który z góry zrezygnował z połowy kraju, nie miał więc innego wyjścia, jak przyjąć jako rekompensatę wschodnie prowincje Niemiec. Przyjaciele Polski muszą stwierdzić ze smutkiem, iż uczyniono to z entuzjazmem. Jedyną okolicznością łagodzącą jest świadomość, iż Związek Radziecki nie miał w żadnej innej formie okazać Polsce wielkoduszności za to, że obrabował ją z połowy terytorium.
   Już wówczas ludzie myślący patrzyli z niepokojem na odwoływanie się do pojęcia winy zbiorowej. Naturalnie, nie można się było spodziewać niczego innego od osobników takich jak Hitler czy Stalin, którzy dokonywali regularnych czystek wśród podbitych ludów, żeby zdobyć Lebensraum czy spreparować homo sovieticus. Więcej wszelako można było oczekiwać od demokracji zachodnich, które podpisały Kartę Atlantycką oraz głosiły wszem i wobec, iż wojna toczyła się w imię wolności i sprawiedliwości. Tymczasem przywódcy zachodni umieszczali swoje podpisy pod dokumentami, które skazywały ich sojuszników - na przykład Polaków - na pożarcie, a pokonanego nieprzyjaciela wydawały w ręce bezlitosnych mścicieli. Tylko nieliczni wystąpili przeciwko podłej tezie, iż wszyscy Niemcy - winni czy niewinni - mają zapłacić za zbrodnie nazistów. Do tego stopnia zdemonizowano Niemcy i otoczono ślepym uwielbieniem "wujaszka Stalina", którego wojska walczyły tak bohatersko, że wszystkie nasze istotniejsze zasady zostały zepchnięte na dalszy plan.
   Ponowne pojawienie się tematu wypędzenia z pewnością będzie miało konsekwencje polityczne. Już sprowokowało sprzeczkę między Niemcami i Czechami, których premier niedawno wygłosił opinię w starym stylu, jakoby Niemcy sudeccy słusznie zapłacili tę cenę za popieranie Hitlera. Minister spraw zagranicznych Joschka Fischer zażądał odwołania tych słów. Z kolei obywatele polscy mieszkający na byłych terytoriach niemieckich będą się obawiać niemieckich "rewanżystów" oraz napływu niemieckich osadników. Te obawy mogą być w dużej mierze bezzasadne, ale nieuchronnie wpłyną na przebieg ostatnich etapów przygotowań Polski, Węgier i Czech do wstąpienia do Unii Europejskiej.
   Powrót demonów przeszłości można też uznać - bardziej optymistycznie - za szansę na to, by wyplenić przekłamania i w końcu pozwolić duchom zasnąć w spokoju. Niemal 60 lat po roku 1945 większość tych, którzy padli ofiarą wysiedleń, już nie żyje; większość dawnych nienawiści przybladła. Obydwa monstrualne reżimy najbardziej odpowiedzialne za wojenne i powojenne niedole Europy - Trzecia Rzesza i Związek Radziecki - zostały zgniecione przez koło historii. Nie można się już domagać, by odpokutowały winy czy wypłaciły odszkodowania wywłaszczonym. Pogmatwanych pajęczyn konfiskat, wysiedleń i przymusowych migracji, które tak bardzo pognębiły pokolenie wojenne, nie da się już rozplątać. Nigdy nie wolno zapomnieć, gdyż zapominanie jest bliskie usprawiedliwieniu. Niewątpliwie jednak nadszedł czas na wyjaśnienie przeszłości, na odsłonięcie pełnego wachlarza przewin, na wybaczenie tam, gdzie jest ono możliwe, i na uświadomienie sobie poczucia krzywdy innych - aby można było iść dalej.
   

   tłum. Andrzej Pawelec

NORMAN DAVIES, ur. 1939, historyk, wydał m.in.: Boże igrzysko i Europę. Wkrótce nakładem Wydawnictwa Znak ukaże się Mikrokosmos. Portret miasta środkowoeuropejskiego. Wrocław-Breslau-Vratislavia.

   2002 SIW Znak, Piotr Poniedziałek