Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
maj, nr 564
czerwiec, nr 565
lipiec, nr 566
 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 7/2002 (566)
DIAGNOZY

Czas prowincji

Krzysztof Czyżewski



   1. Polska jest prowincjonalna. Jesteśmy prowincjuszami, bo tak, a nie inaczej nazwaliśmy sobie świat po 1989 roku. To, że byliśmy jeszcze niedawno społeczeństwem wiejskim, że przeżyliśmy wielkie migracje ze wsi do miast, ze wschodu na zachód, że mieliśmy trudne dzieciństwo, że system komunistyczny zbankrutował, a kapitalistyczny okazał się zwycięski na rynku świata - to wszystko ma znaczenie dużo mniejsze niż nasz stosunek do tego, co było i co jest. Kimże bowiem jest prowincjusz? Człowiekiem, któremu miejsce zamieszkiwania przydaje kompleksu niższości. Próbując wyleczyć się z niego, szuka swojego centrum gdzie indziej, niż przyszło mu żyć. I nie to jest groźne, że czerpie z obcych wzorów, że poznaje inny świat i go do swojego miejsca przyprowadza. Problem tkwi w tym, że swojego miejsca nie lubi, wstydzi się go, spycha w sferę skrytości (choćby nadrabiał miną wyzwolonego światowca), a co za tym idzie, nie zna go wystarczająco, nie potrafi dostrzec i wykorzystać drzemiącego w nim potencjału. Jest prowincjuszem, bo świat, który stworzył dla siebie albo na który przystał, odbiera mu miejsce, w którym żyje. Tymczasem właśnie ta przestrzeń - ze swoim niepowtarzalnym pejzażem, splotem losów i doświadczeń, małością i marnością, tajemnicą i blaskiem - jest jego szansą wybicia się na nieprowincjonalność.
   
   2. Chciałbym, aby Polska stała się prowincją. Chciałbym, aby odkrywane w różnych regionach i zakamarkach Polski "nowe prowincje" zwyciężyły w niej ducha prowincjonalizmu. Zdaje się, że tylko one to potrafią. Tak jak to dzieje się w Nowym Jorku. W tym wielkim metropolis, które - jak prorokowało wielu - już dawno powinno pogrążyć się w śmiertelnych odmętach merkantylizmu, co chwila wyłania się nowa prowincja, gdzie budzi się życie. Długo rozmawiałem z Jonasem Mekasem o tym, jak na przełomie lat 50. i 60., razem z Jurgisem MačiÚnasem i innymi tworzyli słynną dzisiaj nowojorską dzielnicę Soho. Nie mieli grosza przy duszy. Zagospodarowywali porzucony i zrujnowany, a przez to tani, skrawek miasta. Ale tym uchodźcom z wiejskich okolic Litwy, podobnie jak ich przyjacielowi Andy Warholowi, którego rodzice dotarli tutaj z karpackiej wioski, tego właśnie było potrzeba, by stworzyć nowe centrum światowej awangardy. Ich towarzysze, którzy poszli utartym torem - na Broadway czy do Hollywood - przepadli bez wieści.
   Dzisiaj Soho to już przeszłość. Łatwo daje się wyczuć, jak twórcze energie przenoszą się na Brooklyn albo objawiają na Bronksie. Zresztą nie trzeba ich szukać tylko w całych dzielnicach. Pióro Paula Austera, kamera Wayne Wanga i trochę tęsknoty za czymś innym niż mainstream wystarczyło, aby nowy świat powstał na rogu paru uliczek Brooklynu - świat z własnym mitem, filozofią życia, biznesem i sprawą, z którą można się utożsamić.
   Tym właśnie jest prowincja w moim rozumieniu - nową przestrzenią do zagospodarowania. Sama z siebie niewiele ma do zaoferowania. Dlatego ci, którzy od razu liczą na rozmaite profity, właściwie nie mają do niej przystępu. Do prowincji nie można przybyć "na gotowe". Wszystko, co jest w niej do zrobienia, musi być budowane od początku. Wszystko, co może nam zaoferować, to ziemia leżąca odłogiem, spustoszenie albo dzikość, atmosfera zmierzchu i wyczekiwania. Można prowincję odnaleźć dla siebie w żywiole natury nietkniętej cywilizacją, można na ruinach i pozostałościach cywilizowanego świata, ale w jednym i drugim przypadku właściwa jej będzie dziewiczość, niepowtarzalny smak stawiania pierwszych kroków na dopiero co przecieranej ścieżce. O ich mocy i znaczeniu przekonają się dopiero ci, którzy - trzymając się kurczowo starego centrum - pozbawiają się udziału w tym, co pierwsze, i przybywają zawsze za późno.
   Siła początku, potrzeba zmiany, wychylenie ku nowemu - wszystko to sprawia, że prowincja jest przestrzenią otwartą. Zamiast wyczekiwać i narzekać na wiatr wiejący w oczy, warto docenić jej potencjał i wykorzystać właściwy moment, bo prowincja przyjmuje czujnych i wsłuchanych w puls życia. Jej dzieje to historia zaprzepaszczonych okazji i wykorzystanych szans.
   
   3. Zburzenie muru berlińskiego w 1989 roku otworzyło nową przestrzeń do zagospodarowania. Nadszedł czas prowincji. Pojawiła się szansa wyruszenia w podróż, odkrycia nowych lądów, budowania od początku. Doświadczenia, na których opieram niniejsze refleksje, wiążą się z przygodą garstki ludzi wyrzuconych wydarzeniami "jesieni ludów" z siodła starego centrum, którzy wyruszyli w swoją podróż na Wschód i stworzyli w Sejnach na Suwalszczyźnie inicjatywę "Pogranicze". Obok tych doświadczeń bardzo ważne dla moich rozważań są prace Marii Janion (czasem pisane wspólnie z Marią Żmigrodzką), jej refleksja nad zanikającym paradygmatem romantycznym w kulturze polskiej i koncepcja Bildung. Janion i Żmigrodzka (we wspaniałej książce o Wędrówkach Wilhelma Meistra Goethego) przypominają, że Bildung, wywodzące się od pierwotnego "ciosać", oznacza nadawanie kształtu, i znajdują dla niego polski odpowiednik w słowie "ukształcenie". Właśnie o "ukształceniu" myślałem, kiedy znalazłem się w Sejnach.
   Czas prowincji potrzebuje generacji pionierów, praktyków, ludzi z misją, choćby to śmiesznie i staroświecko dzisiaj brzmiało, bo wektor życiowych aspiracji zwrócony jest w przeciwną stronę - po szanse na karierę i lepsze jutro wędruje się na salony wielkiego centrum. By odnaleźć prowincje, nie trzeba jednak podróżować na odległe pogranicza ani też trzymać się koniecznie z dala od wielkich miast. Nowe prowincje odkrywane są dzisiaj na rynku we Wrocławiu, na Kazimierzu w Krakowie, na Pradze w Warszawie, na Žižkovie w Pradze i na Zarzeczu w Wilnie. Wszędzie tam można znaleźć się u początku i na nowo zagospodarować przestrzeń, która czeka na odpieczętowanie i "ukształcenie". Doświadczenie "Pogranicza" wiąże się z zagospodarowywaniem miejsca w dawnym kwartale żydowskim małego miasteczka o wielokulturowych tradycjach, w którym żyją Polacy i Litwini, miasteczka dźwigającego bagaż wszystkich tragedii, konfliktów, zniszczeń i ideologii XX wieku, z piękną okolicą (z osadami staroobrzędowców, a trochę dalej Ukrainców wysiedlonych tu w ramach akcji "Wisła"), w której napotkać można zarośnięte cmentarze żydowskie, ewangelickie, prawosławne, zrujnowane dwory i pałace, opustoszałe klasztory, mosty prowadzące donikąd, gościńce urywające się na granicy. Ta okolica płynnie przechodzi w przestrzeń Europy Środkowej, drugiej prowincji, którą dla siebie odkryliśmy, mocno zdewastowanej, pozostawionej na uboczu głównego biegu wydarzeń w świecie, pełnej tajemnic, nierozstrzygniętych spraw ciągnących się z przeszłości. Ciągle wydaje mi się, że istnieje tutaj grunt pod stworzenie całej cywilizacji, jakaś wielka szansa, która może zostać zaprzepaszczona, ale przecież nie musi. Przed mieszkańcami tych obszarów stoją bowiem ciągle niesamowite wyzwania - ujarzmienie całego splotu problemów przenikających się kultur, małych narodów, niepewnych granic, uporanie się z dziedzictwem ideologii nacjonalistycznej i komunistycznej, odnalezienie dla siebie nowego kształtu i własnej tożsamości. Trochę to przypomina sytuację formowania się cywilizacji chińskiej, zrodzonej w dorzeczu Żółtej Rzeki, o której Arnold Toynbee pisał, że "powstała jako konieczność opanowania i ujarzmienia nieobliczalnej i trudnej rzeki".
   Wyruszając w 1989 roku w drogę, zanotowałem sobie takie zdanie z Prywatnych obowiązków Czesława Miłosza: "Jako polski pisarz, niemrawością i nietrzeźwością przyciśnięty do muru, nie mam wielkiego wyboru: albo objawiam się jako naśladowca i podrabiacz zachodnich stylów, albo jako istota rozumniejsza i trzeźwiejsza niż mój zachodni rywal". Żeby nie było niejasności - ów "zachodni rywal" był i jest moim partnerem w wielu ważnych sprawach, także w sprawie integracji europejskiej, ale pozostaje rywalem w procesie wyzwalania się z prowincjonalności. Wiem, że muszę z nim stoczyć walkę.
   
   4. Dlaczego czas prowincji nastał wraz z 1989 rokiem? Czy wcześniej odkrywanie i zagospodarowywanie prowincji nie było możliwe? Obawiam się, że w tym sensie, w jakim rozumiem te słowa, nie dało się tego zrobić. Była prowincja wspaniale odkrywana przez reporterów, przez Ryszarda Kapuścińskiego w Buszu po polsku czy środowisko białostockich "Kontrastów". Wiedza w ten sposób zdobywana, często bardzo krytyczna i potrzebna, dotyczyła systemu, w którym żyliśmy, ale nie przyczyniała się do budowania nowej prowincji. Na to aparat władzy reżimowej nie zezwalał. W warunkach tamtej rzeczywistości można było tworzyć azyle, podziemia i rodzaj "życia na wyspach". Ale prowincja, o której piszę, nie jest wyspą oddaloną od świata. Mam wrażenie, że wielu ludzi myśli o prowincji właśnie jako o spokojnej i odizolowanej od świata oazie, w której można się zaszyć, uciekając od udręk charakterystycznych ponoć dla życia w centrum. Tymczasem dopiero prowincja stwarza autentyczną możliwość penetrowania świata i jego współtworzenia, o czym można się było przekonać po upadku systemu komunistycznego. To, co rzeczywiste, stało się znów osiągalne. Już nie tylko poprzez idées générales intelektualistów, ale także poprzez praktykę zanurzoną w strumieniu życia konkretnej społeczności.
   Tego najbardziej nam brakowało - wolnego aktu czynienia, korzeniami tkwiącego w życiu wspólnoty i rozwijającego się w ciągłym z nią dialogu. Działając w Sejnach, byliśmy podawani do sądu za "nieprawomyślne" publikacje, atakowano nas w prasie, z krytyką występował ten lub ów polityk, ktoś nas zwalczał z powodów ideowych lub zwykłej ludzkiej zawiści, ale wszystko to marną stanowiło przeszkodę wobec dynamiki organicznej pracy. Kontakt z młodymi ludźmi, dialog międzypokoleniowy, praca nad odbudową pamięci, tożsamości małych ojczyzn, etosu pogranicza i zerwanych mostów w Europie Środkowej, a wreszcie walka z "zachodnimi rywalami" o własną oryginalność skutecznie leczyły nas ze strachu, że zduszą nas kleszcze jakiejś ideologii. Nie było czasu na zastanawianie się, czy jesteśmy w centrum czy na peryferiach. Nie było izolacji artystów, którzy żyjąc w "alternatywie" czy też w "swoim świecie", od czasu do czasu pokazują ludziom przedstawienie, koncert czy wystawę. Była kultura oparta na uczestnictwie i współtworzeniu, zaangażowana społecznie i łącząca pracę artystyczną z szerokim programem edukacyjnym. Była praktyka wciąż dostosowująca się do rzeczywistych problemów spotykanych na pograniczu i trwająca nie dzień, dwa, ale miesiąc, rok, wiele lat. W naszej historii ostatnich stuleci, wstrząsanej nagłymi zrywami, zwycięstwami trwającymi krótko i klęskami dłużącymi się w nieskończoność, takie przedarcie się do pasma długiego trwania, choćby było zaczątkiem jedynie, bez żadnych gwarancji na daleką przyszłość, jest już czymś niezwykłym.
   Prowincja zagospodarowywana wolnym aktem czynienia otwiera nową perspektywę, w której życie i świat wartości określa język praktyki. Tradycja pozytywizmu, organicznikowska, nabiera nowego znaczenia. Czyż nie stanowi to szansy zaistnienia u nas w nowej postaci Prowincji Pedagogicznej Goethego czy Kastalii Hermanna Hessego? W Europie Środkowej pora nam powrócić do Bildung. Trudno byłoby mi znaleźć pojęcie bardziej odpowiadające duchowi czasu prowincji i precyzyjniej odnoszące się do wyzwań, które czas ten przed nami stawia.
   
   5. Podróżując do Sejn, docieraliśmy do miejsca, które pełne było nierozstrzygniętych spraw z przeszłości, konfliktów, tematów tabu. Starając się zbliżyć do rzeczywistości, musieliśmy ciągle odwoływać się do pamięci, która okazała się niezbywalną częścią współczesnego świata. Nie tworzyliśmy wszak muzeum ani skansenu. Pracowaliśmy z młodymi nad nowym kształtem przyszłości i własnym miejscem w Europie. I im bardziej odpieczętowywaliśmy to miejsce, tym więcej my - współuczestnicy tej pracy, dzieci, ich rodzice i dziadkowie - mieliśmy miłości i zrozumienia dla ludzi, którzy tu żyli, i dla ziemi, która ich przygarnęła. Pewnie, że nie obywa się to bez bólu, że niektóre urazy i napięcia w dalszym ciągu pozostają. Zajmowaliśmy się jednak - jak zauważył w swoim słowie o "Pograniczu" Czesław Miłosz - tym, "co w naszej części Europy jest szczegółowe, konkretne, bolesne, a zarazem życiodajne". Aby było życiodajne, musieliśmy pozostawać na miejscu i zbliżyć się do rzeczywistości w perspektywie długiego trwania. Trzeba było odkryć tam dla siebie prowincje.
   
   6. "Świat musi zostać zromantyzowany. W ten sposób odnajduje pierwotny sens. Romantyzowanie to jakościowe potęgowanie. W działaniu tym niższe ťjaŤ utożsamia się z lepszym ťjaŤ. Tak jak my sami jesteśmy takim jakościowym spotęgowaniem. (...) Nadając rzeczom pospolitym wyższy sens, zwykłym - tajemniczy wygląd, znanym - godność rzeczy nieznanych, skończonym - pozór nieskończoności - romantyzuje je". Czytam ten fragment Uczniów z Sais Novalisa, niejeden raz przywoływany przez Marię Janion, i dziwię się, jak współczesne jest jego brzmienie, jak żywo rezonuje z tym, co starałem się powiedzieć o prowincji. Trudno nie dopatrzyć się w tym, co napisałem - o tradycjach Bildung i organicznikowskiej, o więzi z przeszłością i wadze pamięci, o docieraniu do początku i zagospodarowywaniu nowych prowincji - rysu romantycznego. Tylko czy to wystarczy, aby mówić o ciągłości paradygmatu romantycznego, o jego kontynuacji? Ilu takich praktyków prowincji można by dzisiaj znaleźć? Pewnie nie aż tylu, aby można mówić o tym jako o zjawisku kształtującym dzisiejszą rzeczywistość. Nie daje mi jednak spokoju myśl, że gdyby ich było więcej (co nie jest wykluczone w perspektywie naszego środkowoeuropejskiego emancypowania się), pojawiłoby się kolejne autentyczne ogniwo tradycji romantycznej, rozumianej nie jako desperacki zryw, ale jako ukształcenie nowej prowincji, która wyłoniła się po 1989 roku.
   Dlaczego czas prowincji tak silnie związany jest z romantyzmem? Pamiętam siebie, małego chłopca stojącego na lekcji wychowania fizycznego przed wysoko zawieszoną poprzeczką do skoku wzwyż. Trudno mi było nawet wyobrazić sobie, że ją pokonam. I usłyszałem zapowiedź nauczyciela: "A teraz skacze mały ciałem, ale wielki duchem". Jakbym usłyszał Novalisa: "Nadając rzeczom pospolitym wyższy sens". Ktokolwiek osobiście próbował zmierzyć się z przestrzenią prowincji, wie, o czym mówię. Wie też, dlaczego pozostaje mi tylko wzruszyć ramionami, gdy słyszę głosy mówiące o anachronizmie postawy romantycznej, która rzekomo nie przystaje do współczesności. Maria Janion, autorka książki Do Europy tak, ale tylko z naszymi zmarłymi, wytyczyła drogę kontynuacji tradycji romantycznej, przeciwstawiając się niepamięci i obojętności młodych pokoleń (nieczułych na tragizm historii, który dotknął ich przodków). Drogą tą musi także podążać odkrywca prowincji. Jego praktyka jednak wkracza w inną przestrzeń niż cmentarz, obszar kresu i wyczerpania. Pamiętając, żyje on w wymiarze początku, nowego kształtowania, dynamicznego przecierania ścieżki w przyszłość - w przestrzeni prowincji. Mam nadzieję, że nikt nie zarzuci mi wstecznictwa ani zamiaru izolowania się od świata, Europy i centrum. Przebudzenie do życia nowej prowincji jest pracą wykonaną nad "jakościowym spotęgowaniem" centrum, a także szansą uchronienia owego centrum przed prowincjonalizmem.
   
KRZYSZTOF CZYŻEWSKI, praktyk idei, poeta, eseista; jest twórcą Fundacji "Pogranicze" i Ośrodka "Pogranicze - sztuk, kultur, narodów" w Sejnach; redaktor naczelny pisma "Krasnogruda". Wydał: Ścieżka pogranicza (2001).

   2002 SIW Znak, Piotr Poniedziałek