SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
maj, nr 564
czerwiec, nr 565
lipiec, nr 566
sierpień, nr 567
Księga gości
Fundacja
|
 |
"I Znowu Chrześcijaństwo Nie Działa"
Wojciech Bonowicz
|
"Nam nie trzeba już wcale Josepha Goebbelsa, by myśleć, że zabić kogoś to jak zawiązać sznurowadło" - zauważył przed kilkunastu laty znany pisarz Kurt Vonnegut jr. "Wystarczy nie dotowany przemysł rozrywkowo-telewizyjny, który nie zarobi na siebie, jeżeli nie przyciągnie wielkiej, bardzo wielkiej publiczności".
Dyskusja o wpływie telewizji - podobnie jak wcześniej prasy, literatury masowej, komiksów i filmu - na stosunek jej odbiorców do śmierci i przemocy toczy się właściwie nieprzerwanie od momentu jej powstania. Dominujące wydają się tu dwa stanowiska.
Pierwsze bagatelizuje wpływ mediów na upowszechnianie się zachowań agresywnych. Wedle jego zwolenników skłonność do przemocy jest naturalną skłonnością człowieka, u większości z nas uśpioną, stłumioną czy okiełznaną, u niektórych ludzi natomiast występującą ze szczególnym natężeniem. W przypadku tych ostatnich telewizja nie pełni jednak roli katalizatora przemocy - a jeżeli, to tylko w sporadycznych sytuacjach, które nie poddają się uogólnieniu. Człowiek na ogół nie sięga po przemoc dlatego, że oglądał przemoc - argumentują przedstawiciele tego stanowiska. Gdyby tak było, mielibyśmy - w miarę brutalizacji obrazów przemocy - wzrost liczby brutalnych przestępstw, a takiej zależności nie da się udowodnić. Telewizja nie produkuje morderców, co najwyżej psuje dobry smak, wyobraźnię, zabija ducha indywidualizmu i krytycyzmu.
Klasyczny - i umiarkowany - przykład takiego stanowiska znajdziemy w eseju Ernesta van den Haaga pt. Szczęścia i nieszczęścia nie umiemy mierzyć z 1957 roku (przetłumaczonym jeszcze w latach 50. przez Czesława Miłosza dla potrzeb jego antologii Kultura masowa, wznowionej ostatnio przez Wydawnictwo Literackie). "Homogenizujący wpływ komiksów i telewizji, fakt, że ani nie wyrażają indywidualności, ani się do niej nie zwracają, jest chyba znacznie bardziej szkodliwy dla umysłu i charakteru dziecka niż brutalność, jakiej w nich nie brak, choć ją to głównie się obarcza odpowiedzialnością za przestępczość młodocianych. Oskarżenia te mijają się z celem" - uważa van den Haag. "Mama zawsze wie, że »jej chłopakowi nigdy by to nie przyszło do głowy«, że musieli go namówić inni chłopcy. Przekonanie, że dzieci dokonują aktów brutalnych, bo oglądały to albo o tym czytały, jest wiarą mamy, maskującą się pozorem psychiatrii".
Co ciekawe, autor sam podejmuje próbę "psychiatrycznej" diagnozy, zwracając uwagę, że szkodliwe może być nie samo pokazywanie brutalności, lecz jej charakter - fakt, że "brutalność jest pozbawiona znaczenia, podnieca, ale nie daje nic" (w domyśle: nie daje poczucia "oczyszczenia", jak np. w tragediach Sofoklesa czy Szekspira). Widz inwestuje w oglądane obrazy brutalności swoją "nadzieję na życie", na doświadczenie czegoś wstrząsającego, lecz prawdziwego, ale - jak zauważa van den Haag - "dostarczana brutalność nie może zaspokoić tej chęci, bo nie zaspakaja zepchniętych pod powierzchnię pragnień". Dziwne, że nie niepokoi go to wyprowadzenie ludzkich nadziei w pustkę... W przypisie do cytowanego fragmentu stwierdza: "Jeśli jest jakaś ogólna przyczyna przestępczości młodocianych, to jest nią nuda, powodująca zarówno pęd do brutalnej literatury, jak do brutalnej akcji". Oskarżanie telewizji o pobudzanie - czy choćby wzmacnianie - owego pędu amerykański socjolog uważa za stawianie wozu przed koniem.
Zwolennicy przeciwnego stanowiska "z wiarą mamy" powtarzają, że przemoc w obrazach telewizyjnych jest sugestywna, inspirująca i że stały kontakt z nią obniża wrażliwość na śmierć i cierpienie innych i podcina w człowieku naturalne mechanizmy obrony przed własną agresywnością. Co więcej, utrwala się w ten sposób przekonanie, że przemoc jest najskuteczniejszym sposobem radzenia sobie z własnymi problemami: właśnie nudą, lękiem (też zresztą podsycanym przez obrazy przemocy), brakiem perspektyw, niskim poczuciem własnej wartości. Im wrażliwsza pod tym względem grupa odbiorców, tym negatywny wpływ przemocy w mediach jest większy. Ale na tym nie koniec: w przeznaczonych dla masowego odbiorcy filmach przemocą fizyczną jako środkiem do rozwiązywania konfliktów bardzo często posługują się nie tylko "ci źli", ale również "ci dobrzy". "Dobrzy" - z którymi oglądający odruchowo się identyfikują - bywają nie mniej brutalni i bezwzględni od "złych", działają jednak "w imię sprawiedliwości". Jak oszacować skutki takiej lekcji moralnej? - pytają krytycy przemocy w mediach.
Powołam się tu na przykład cytowanego już na wstępie Kurta Vonneguta juniora - bo to liberał, agnostyk, szyderca, relatywista, i co tam jeszcze Państwo chcecie. W eseistycznej książce Losy gorsze od śmierci (1991; u nas wydanej trzy lata później) opisał on przenikliwie moralne przesłanie płynące do nas ze współczesnej rozrywki. "Króciutka droga" - czytamy - "jaką w chrześcijaństwie przebywa się od kochać do nienawidzić, jest głównym źródłem naszej rozrywki. Możemy ją nazwać: I Znowu Chrześcijaństwo Nie Działa; wielu z nas wychowano tak, byśmy widząc, że nie działa, czuli głęboką satysfakcję" (podkr. - WB). Vonnegut przywołuje przykład westernu. "Do miasteczka przyjeżdża dobry, niewinny młodzieniec, pełen przyjacielskich uczuć dla otoczenia. To nic, że z każdego biodra zwisa mu załadowany colt kaliber 44. Nasz młodzieniec jest najdalszy od jakichkolwiek myśli o rozróbie. Ale oto przemiły człowiek staje twarzą w twarz z innym człowiekiem, a ten jest tak niemiły, że młodzieniec nie ma wyboru - musi go zabić. I Znowu Chrześcijaństwo Nie Działa".
Przypadek westernu może się nam wydać stosunkowo niegroźny: przemoc w klasycznych filmach tego gatunku jest mocno skonwencjonalizowana. Na fali popularności Władcy pierścieni - gdzie w imię zwycięstwa dobra bohaterowie nader realistycznie szatkują mieczami tysiące przeciwników (będących upostaciowieniem zła) - czy wcześniejszych sukcesów takich filmów jak Waleczne serce lub Trzynasty wojownik, o podobnym charakterze, warto więc przywołać drugi przykład opisany przez Vonneguta: opowieści o rycerzach króla Artura. Okazuje się, że kostium historyczny czy mityczny służyć może ukryciu tego samego mechanizmu (zresztą nie będącego naszym wynalazkiem, w naszych czasach tylko cynicznie udoskonalonego). Oto rycerze wyruszają "pomagać słabym, co jest pięknym, chrześcijańskim uczynkiem. Na pewno najdalsi są od jakichkolwiek myśli o rozróbach. To nic, że wyglądają jak żelazne choinki, obwieszone najnowszymi zdobyczami techniki wojennej. Ale oto ci przemili panowie stają twarzą w twarz z innymi panami, tak niemiłymi, że nie mają wyboru: muszą pokrajać ich na kawałeczki, jak rzeźnik tusze wołowe. I Znowu Chrześcijaństwo Nie Działa. Jak fajnie!". Vonnegut przypomina wyniki badań, wedle których przed osiągnięciem pełnoletności amerykańskie dziecko obejrzy w telewizji lub kinie przeciętnie 18 000 zabójstw. "Dziecko uczy się, że chrześcijaństwo nie działa, widząc efekty działania pistoletów, karabinów, strzelb i broni maszynowej; gilotyn, szubienic, krzeseł elektrycznych i komór gazowych; myśliwców, bombowców, okrętów i łodzi podwodnych; siekier, maczug, pił łańcuchowych i rzeźnickich noży". Dlaczego tak dobrze się z tym czujemy? - zastanawia się pisarz.
Zarówno zwolennicy pierwszego, jak drugiego z zarysowanych stanowisk przez cały czas trwania dyskusji powołują się na wyniki badań naukowych. Przyznać trzeba, że ostatnio więcej argumentów dostarczały one pierwszym z nich; wydawało się, iż można sformułować optymistyczną tezę, że człowiek jest istotą dość odporną na obrazy brutalności, skoro nawet 18 000 obejrzanych zabójstw nie skłoni zdecydowanej większości młodych ludzi do sięgnięcia po przemoc. W marcu tego roku opublikowano jednak wyniki badań, które - choć nie odnoszą się wprost do problemu przemocy w mediach - każą zweryfikować ten optymizm.
Zespół badaczy z nowojorskiego Columbia University przez ponad 20 lat obserwował rozwój 707 dzieci z Nowego Jorku i okolic. Odnotowywano między innymi, jak wiele czasu w różnych okresach dzieciństwa poświęcały one na oglądanie telewizji. W roku 2000, kiedy już wszyscy uczestnicy badań mieli skończone 20 lat, zbadano ich rejestry policyjne i skłonność do agresywnych zachowań. Jakie są rezultaty?
Okazało się, że (cytuję streszczenie wyników badań pióra Wojciecha Orlińskiego - "Gazeta Wyborcza" z 29 marca br.) "telewizja działa jak bomba z opóźnionym zapłonem - to nie jest tak, że nastolatek pod wpływem programu telewizyjnego zaczyna rozrabiać w szkole. To jest raczej tak, że u 14-latka częstsze oglądanie telewizji powoduje istotny wzrost prawdopodobieństwa wejścia w konflikt z prawem w wieku lat 20. Wzrost jest istotny statystycznie - wśród 14-latków oglądających do jednej godziny telewizji dziennie 6 proc. będzie uczestniczyć w aktach przemocy w dorosłości. Ale wśród 14-latków oglądających telewizję od godziny do trzech dziennie jest to już 22,5 proc., zaś wśród oglądających ponad trzy godziny - prawie 30 proc.". Co więcej, stwierdzono na przykład, że chłopcy, którzy intensywniej zaczęli oglądać telewizję w wieku lat 18, byli już znacznie mniej podatni na jej szkodliwy wpływ (u dziewcząt jednak nie zaobserwowano tej prawidłowości). Wyniki powyższe są zbliżone we wszystkich badanych grupach społecznych, nie jest to więc tylko problem dzieci z rodzin najbiedniejszych, niepełnych czy patologicznych; wszędzie zwiększenie dawki czasu przeznaczonego na telewizję - zwłaszcza w okresie wczesnego dojrzewania - przynosi ten sam efekt.
Natychmiast odezwały się głosy krytyków, kwestionujących założenia badań i ocenę, co jest skutkiem, a co przyczyną. "Rodziny, w których telewizor jest włączony krócej niż godzinę dziennie, są bardzo specyficzne, dzieci w nich wychowane mogą być mniej agresywne z bardzo wielu przyczyn" - można przeczytać w jednym z komentarzy. Istotnie, nie wiadomo (przynajmniej z polskich omówień tych badań), w jakim stopniu brano pod uwagę inne czynniki sprzyjające sięganiu po przemoc. Dla wielu młodych ludzi telewizor to po prostu najłatwiej dostępna forma ucieczki od własnych problemów, a dla dorosłych - wygodny sposób wypełnienia im czasu. Być może tam, gdzie dziecko ogląda telewizję ponad trzy godziny dziennie, telewizor jest jedynym "rodzicem", który z nim rozmawia, a przyczyną sięgania po przemoc jest po prostu słabość więzi w rodzinie? Nie wiadomo też, co dokładnie oglądały badane dzieci, czy te z nich, które wyrosły na bardziej agresywne, wcześniej wybierały "dorosłe" programy, nie wiadomo, czy same nie doświadczyły w dzieciństwie przemocy lub widziały jej przykłady w najbliższym otoczeniu itd.
Niezależnie od zastrzeżeń i wątpliwości jednej generalnej konkluzji płynącej z tych badań nie da się odrzucić: telewizja z pewnością nie jest sojusznikiem w przeciwdziałaniu przemocy. Co jednak zrobić z tak postawioną konkluzją?
Zbiegiem okoliczności dwa tygodnie przed ogłoszeniem wyników amerykańskich badań ukazał się w "Tygodniku Powszechnym" artykuł-apel znanego reżysera Krzysztofa Krauzego pt. Przemoc na straganie mediów. Krauze zwraca w nim uwagę właściwie na jeden tylko fakt: przestaliśmy stawiać mediom (a szczególnie telewizji) moralne wymagania. A przecież "media, jak wszystkie instytucje, mają nam pomóc żyć życiem, które warto przeżyć (podkr. - WB). Życiem, w którym odnajdujemy harmonię z otoczeniem i samymi sobą". Jest to możliwe tylko w oparciu o wartości. Jakie? "Te same" - pisze Krauze - "jakich wymagamy od drugiego człowieka". I wymienia: prawda, praworządność (pojęta jako stosowanie się do prawdy), miłość (pojęta jako bezinteresowna służba innym), krzewienie pokoju, w tym także pokoju w sercach, "niekrzywdzenie". "Media przychodzą do nas, rozmawiają z nami. Żyjemy z nimi w domu. Nie ma żadnego dobrego powodu, żeby wymagać od nich mniej niż od ludzi".
W artykule Krauzego nie ma goryczy ani resentymentu. Jego jasny ton jest ujmujący: proste sprawy zostają powiedziane w prosty sposób. "Przemoc pokazywana, żeby pochylić się nad cierpieniem, wywołać współczucie - na taką przemoc zgoda. Takie obrazy przemocy pomagają ją tamować. Przemoc jest zjawiskiem realnym. Nie możemy żyć w fikcji". Nie ma jednak zgody na instrumentalizację przemocy. "Producenci mediów odkryli już dosyć dawno, że najskuteczniej zwiększa się oglądalność, odwołując się do tego, co obiecuje napięcie i pobudza". Czyli - przemocy i seksu. "I postępują z nami jak z psem, który nie odejdzie, póki jest drażniony. Inna sprawa, że zgadzamy się być tym psem". Autor przywołuje wiele mówiącą anegdotę: "Krzysztof Kieślowski zapytał pewnego dnia studentów, co chcieliby sfilmować. Jeden z nich zwierzył się, że najchętniej postawiłby kamerę przed człowiekiem podczas egzekucji. Kieślowski na to: »Proszę iść do dziekanatu i zabrać papiery. Jest pan skreślony z listy studentów«. (...) Gdyby dzisiaj ta rozmowa odbywała się w gabinecie telewizyjnego redaktora, finał byłby taki: »Pan zostaje, reszta może zabrać papiery«".
Krauze nie formułuje żadnych konkretnych wniosków, nie krytykuje istniejących instytucji i nie postuluje powołania nowych, nawet nie mobilizuje wprost opinii publicznej. Pisze: "Żeby rozpocząć przebudowę mediów, nie potrzeba pozwoleń, sponsorów, banków. Tę przebudowę zaczynamy od własnego serca. Po obu stronach ekranu. Trzeba mieć tylko jasny obraz tego, co chcemy osiągnąć". Chodzi mu więc przede wszystkim o moralne poruszenie. I ma rację, bo bez niego każda zewnętrzna zmiana będzie tylko mieszaniem nową łyżką w tym samym garnku zupy. Obecność przemocy w mediach jest naszym zbiorowym wyborem.
Tak, to w znacznym stopniu my sami odpowiadamy za to, ile i jakiej przemocy oferują nam media. Czy przemoc jest niezbędnym składnikiem rozrywki? A jeżeli tak, to czy brutalna przemoc - realistyczne przedstawianie zabijania - także? Może udzieliliśmy twierdzącej odpowiedzi na te pytania, nigdy ich sobie nie postawiwszy?... Zgadzamy się bez szemrania na emisję filmów, w których "źli" wypruwają flaki "dobrym", a potem dobrzy odpłacają im w ten sam sposób. Zgadzamy się na dosłowność scen zabijania, na ich brutalność, na ich niepokojącą "estetyczność". Zgadzamy się na to, że coraz brutalniejsze są filmy dla młodzieży, kreskówki dla dzieci (chodzi nie tylko o agresję fizyczną, ale także słowną), nawet programy przyrodnicze. (Pisała o tym niedawno Ewa Szumańska: dziś w programach tych królują krokodyle, węże i rekiny, sceny pościgu za zdobyczą i pożerania; zwykła wiewiórka "ma coraz mniej szans na zostanie telewizyjną gwiazdą"). Powtarzamy jak papuga, że "jakaś dawka przemocy w mediach musi być", udając, że nie widzimy, iż już dawno doszło do przedawkowania.
Kto z nas choć raz publicznie zaprotestował? Instytucja obywatelskiego protestu, który nie miałby na celu doraźnych korzyści ekonomicznych lub politycznych, ani nie był wyrazem resentymentu i zapiekłości, prawie u nas nie istnieje. Opinia publiczna reaguje niezwykle rzadko. Prowadzimy uczone dyskusje o jakości demokracji i edukacji, a tymczasem jej kształt ustala się poza nami - bo odbieramy sobie prawo głosu. Kto wysłał do telewizji choć jeden list w sprawie przemocy na ekranie? Ja nie wysłałem... Jedyne, co zrobiłem, to usunąłem telewizor z domu. Mam jednak wątpliwości, czy to nie jest oddanie pola bez walki...
Krzysztof Krauze ma rację: nie możemy bać się stawiania mediom moralnych wymagań. Trzeba nazywać po imieniu to, co razi swą brutalnością lub prymitywizmem. Dlaczego więc nie protestujemy? Nie protestujemy, bo nas to nie obchodzi. Albo dlatego, że w gruncie rzeczy lubimy "trochę przemocy" na ekranie i nie chcielibyśmy być pozbawieni możliwości sięgnięcia po nią, gdy przyjdzie nam ochota. Albo wreszcie dlatego, że się wstydzimy - bo protesty to działka dla "oszołomów"...
I Znowu Chrześcijaństwo Nie Działa.
WOJCIECH BONOWICZ, ur. 1967, poeta, krytyk literacki, redaktor "Znaku", współpracownik "Tygodnika Powszechnego", współautor rozmów z o. Leonem Knabitem OSB Schody do nieba (1998), autor wywiadu-rzeki z Janiną Ochojską Niebo to inni (2000) oraz biografii ks. Józefa Tischnera. Ostatnio wydał ciąg dalszy rozmów z o. Knabitem Od początku do końca (2002).
|