Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
maj, nr 564
czerwiec, nr 565
lipiec, nr 566
sierpień, nr 567
wrzesień, nr 568
październik, nr 569
listopad, nr 570
grudzień, nr 571
 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 12/2002 (571)
  Walka trwa

Z Tadeuszem Sobolewskim, Martą Tarabułą, Mieczysławem Tomaszewskim, Teresą Walas
i Adamem Zagajewskim rozmawiają Krystyna Kwaśniewska i Łukasz Tischner



REDAKCJA: Karol Tarnowski pisze w swoim eseju, że sztuka jedna człowieka z rzeczywistością, w głęboko metafizycznym sensie pociesza go. Jak Państwo rozumieją to stwierdzenie? Czy argumentacja autora trafia Państwu do przekonania?

ADAM ZAGAJEWSKI: O pocieszeniu, jakie daje sztuka to piękny i ważny tekst. Czytając go, czuję, że pisał go ktoś bardzo mi bliski w sensie ideowym. A jednocześnie są tu rzeczy, z którymi się nie zgadzam. Na przykład samo słowo "pocieszenie". Boecjusz, do którego odwołuje się w tytule Karol Tarnowski, pisał przecież swój traktat w więzieniu i wiadomo już było, że został skazany na śmierć. To pocieszenie, które miała dawać filozofia, było dla Boecjusza bardzo dosłowne, naznaczone tragizmem. Nie chciałbym, żeby sztuka odnosiła się do kondycji ludzkiej tak samo, jak filozofia do sytuacji, w jakiej znalazł się Boecjusz, to znaczy - żeby była tylko pocieszeniem. Konsekwencje takiego ujmowania sztuki są bardzo poważne - oznaczałoby to, że cała egzystencja ludzka ma charakter więzienny, czarny. Moje zastrzeżenie nie ma natury ściśle terminologicznej, gdyż kryje się za nim pewna wizja losu człowieka. Bliższe byłoby mi słowo "wyzwolenie", choć i ono zakłada pośrednio niewolę. Najwyraźniej istnieje kłopot ze znalezieniem jednego określenia, które trafnie definiowałoby ten rodzaj skoku, otwarcia, do którego czasem doprowadza sztuka.
Druga istotna wątpliwość dotyczy stwierdzenia, iż żyjemy w epoce "postmetafizycznej", kiedy nie stawia się już pytań metafizycznych. W naszych czasach szalenie chętnie szafujemy przedrostkiem "post-": mamy "postmodernizm", "postkomunizm" itp. Nie chciałbym do tego dodawać jeszcze "postmetafizyki". Taka definicja współczesności zakłada, iż egzystujemy w epoce deseru. Główne dania już się skończyły. Moja niezgoda dotyczy właśnie takiego sposobu definiowania naszego momentu historycznego. Ja wolę raczej naiwnie mówić: żyjemy jak zawsze. Mam też wrażenie, że walka trwa. Widziałem kiedyś we Włoszech napisy wymalowywane przez zwolenników Czerwonych Brygad: "Lotta continua". (Także Charles Taylor w jednym ze swych esejów odwołał się do tego sloganu!) Rzecz jasna, ani wtedy, ani teraz nie sprzyjałem terrorystom, jednak hasło to można im odebrać: "walka trwa", ale w innym sensie. Pełnia życia jest zapewne wciąż osiągalna i nie musimy rezygnować, podawać się do dymisji, ulegając ekspansji "post-", które tak mocno naznacza dziś klimat duchowy. Jest oczywiście prawdą, że mamy mało czasu na metafizykę, iż we współczesnym świecie niemal nic nas ku niej nie skłania. Jednak póki żyje dziesięć osób stawiających sobie pytania metafizyczne (a jak mi się wydaje, jest ich więcej) - za wcześnie mówić o końcu pewnego typu wrażliwości, niepokoju i twierdzić, iż pozostało nam tylko owo "post-".

TERESA WALAS: Podzielam zastrzeżenia Adama Zagajewskiego. Tekst Karola Tarnowskiego budzi ogólne poczucie zgody, pod warunkiem że "ziemia jest kulista". W momencie gdy uświadamiamy sobie, iż "przy biegunach spłaszczona nieco", owa zgoda zaczyna się częściowo chwiać. Konsolacja odsyła nas automatycznie do sytuacji negatywnej, stanowiącej jej rewers. W zdaniu: "sztuka niesie pocieszenie" zawiera się jednoczesne oczernienie rzeczywistości. Z bytu trzeba wybrać to, co ciemne, aby sztuce wyznaczyć pozycję pocieszycielki. To uruchamia bardzo trwałą w kulturze opozycję: życie - sztuka, w której zawsze mieści się przeświadczenie, że życie jest negatywne, a sztuka pozytywna (pociesza, uwzniośla). Ta sugestia niepokoi mnie w całości wywodu, bo czy tylko za cenę czarnej wizji życia sztuka może pełnić rolę pocieszycielki? Czy w takim ujęciu nie sprowadza się sztuki wyłącznie do funkcji paliatywnej, gubiąc to, co dla nas elementarne w pięknie? I czy nie wkraczamy tym samym we wczesnomodernistyczny (myślę tu o polskim modernizmie) syndrom: "życie nic nie warte, eviva l’arte!"?

TADEUSZ SOBOLEWSKI: Warto tu wprowadzić rozróżnienie między "pocieszeniem" a "pojednaniem". To nie to samo. Pocieszenie wydaje się czymś chwilowym, natomiast pojednanie to pewien stan trwały, do którego także sztuka może prowadzić. Adam Zagajewski nazywa to "wyzwoleniem". Chodzi o rodzaj hartowania, wyrabiania w nas odporności na pokusy rezygnacji. Taką szczepionką może być wielka sztuka pesymistyczna. Pamiętam, że w pewnym momencie lektura powieści Becketta Malone umiera - jawnej kpiny z wszelkich nadziei - paradoksalnie, podniosła mnie na duchu. Kiedy czytałem Becketta czy oglądałem jego Radosne dni w wykonaniu Mai Komorowskiej, wydało mi się, że odbiorcy nie da się obedrzeć z nadziei. Wielka sztuka wytwarza w nas przeciwciała. Kiedy czytam w tekście Karola Tarnowskiego o optymistycznej wizji rzeczywistości, zapoczątkowanej przez Greków i wzmocnionej przez objawienie biblijne, to myślę: a psalmy rozpaczy? A Hiob? A Eklezjasta? Ich pesymizm jest czasem potrzebny.
Autor wprowadza cenne rozróżnienie sztuki ikonicznej (odsyłającej poza siebie) i idolatrycznej (zamkniętej w granicach tego, co materialne): na przykład malarstwo Corota i Rubensa. Pojmuję tę różnicę, ale muszę przyznać, że w różnych momentach odpowiadają mi zarówno malarze "metafizyczni", jak "cieleśni". Zarówno Corot, jak Rubens, zarówno Morandi, jak Ribera. Jeden wyprowadza mnie poza świat materii, drugi każe potknąć się o ciało, ale przecież obaj odsyłają gdzieś wyżej. Myślę o naturalistycznych przedstawieniach martwego Jezusa Rubensa albo Opłakiwaniu Ribery. Te obrazy są próbą przezwyciężenia śmierci.
A przechodząc do sztuki filmowej - świetnie stosuje się do niej stwierdzenie profesora Tarnowskiego, że "Wcielenie uświęca materialność dzieła". Film jest fascynujący właśnie przez swoją dwoistość: jest materialny, bo nie może uciec od fotografii rzeczywistości, a równocześnie niematerialny, subiektywny. Nie ma filmu na taśmie, tam są tylko nieruchome obrazki - film tworzy się w naszym spojrzeniu, przy naszym współudziale. A w tym spojrzeniu jest zawsze coś pocieszającego, ożywczego. Film wymaga nieustannego kontaktu, wyzwala w nas empatię.

MARTA TARABUŁA: Ja bym tak bardzo nie przywiązywała się do słów. Bo jeżeli rzeczywiście będziemy "pocieszenie" rozpatrywać literalnie, to zaraz ujawni się podejrzanie prosta opozycja, o której mówiła pani Teresa Walas: życie po stronie zła, sztuka po stronie dobra. Wolałabym skupić się na tym, co pozostanie po odcięciu przedrostka "po-", na samym "cieszeniu się". W gruncie rzeczy chodzi właśnie o to - sztuka daje nam radość. Może się w niej zawierać pocieszenie po jakimś smutku czy kłopocie, ale może to być równie dobrze radość całkowicie bezinteresowna i, by tak rzec, bezcelowa. Tak ujął to Kant, a za nim powtórzył Kantor: sztuka jest działalnością absolutnie bezcelową.
Oczywiście tekst jest słuszny i piękny. Można by w nim z powodzeniem zobaczyć swego rodzaju dzieło sztuki, które także podlega interpretacjom. Kilka z ich mieliśmy właśnie okazję usłyszeć. Moje zastrzeżenie dotyczy jednak przykładów. Podając je, profesor Tarnowski sięga w dziedzinę sztuki religijnej, i to dawnej. Jestem przekonana, że każda dobra sztuka (bez względu na epokę czy temat) przynosi nam pocieszenie, pojednanie, radość, zachwyt - jakkolwiek byśmy to uczucie nazywali. Nawiasem mówiąc, zastanawiam się, czy plastyka religijna powstająca współcześnie - na przykład tak popularne w dzisiejszych kościołach realizacje Czesława Dźwigaja - również zasłużyłaby w oczach Profesora na miano sztuki niosącej pocieszenie.

MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI: Z ogromnym zainteresowaniem czytałem szkic Karola Tarnowskiego, ale muszę stwierdzić, że żyję w zupełnie innym świecie niż jego autor. To nie znaczy, iż ja patrzę przez filtr różowy, a on przez filtr czarny, lecz niewątpliwie - jego obraz odbieram jako nazbyt zaczerniony.
Istnienie, na które reaguje sztuka, naznaczone jest także radością i miłością, a nie tylko bólem i złem. Stąd też może największa sztuka, powołam się na przykład Chopina, niosła w sobie tak często "bolesne szczęście", "gorzką radość". Określenia, jakie padały w odniesieniu do jego muzyki, miały najczęściej postać oksymoronu. W polonezach słyszano "heroizm klęski". Ale w wybitnym dziele zawsze pojawiał się przy tym moment, którego mi tu brak: przezwyciężenie. Muzyka pozwala przezwyciężać przeciwieństwa - lecz tylko wtedy, gdy wywołuje głębokie doznanie. Nie zaś wówczas, kiedy staje się wyłącznie mającym osłodzić gorzką rzeczywistość pocieszeniem.
Jak muzyka działa? Ona, po pierwsze, zadziwia - doskonałością formy, rzemiosła. Po drugie, zachwyca - swym pięknem. Dalej: porusza, porywa, podnosi, uszlachetnia, niekiedy uspakaja. Owszem, także pociesza, ale bardzo rzadko. W całej historii muzyki znalazłbym chyba nie więcej jak jeden w pełni adekwatny przykład: Consolations Franciszka Liszta. Dzieło cudowne, ale to za mało, by zgodzić się z Karolem Tarnowskim co do tego, iż funkcja pocieszania miałaby stanowić funkcję podstawową muzyki. Istnieją ważniejsze. Na przykład: muzyka obdarza miłością. Wiele wypowiedzi o dziełach Schumanna, Chopina, Beethovena potwierdza intuicję Norwida, który widział w sztuce "kształt miłości". Po wysłuchaniu Nokturnu Des-dur Chopina w interpretacji Marii Joăo Pires czy Koncertu f-moll zagranego przez Zimermana nikt temu nie zaprzeczy.
O wiele ważniejsze od pocieszenia, jakie daje sztuka, wydaje się zatem poruszenie, wzruszenie, wywołanie katharsis. Jaka sztuka może doprowadzić do oczyszczenia? Taka która, według określenia św. Augustyna, stanowi jedność przeciwieństw: wzniosły tragizm, szlachetną gorycz. Osiąga ją w ostatnich kwartetach Beethoven. To w nich znajduje wyraz jego dogłębna, ale przecież przezwyciężona samotność. Dopiero wszystkie te mocne akcenty, zderzenia poprzedzające finalne zestrojenie dają katharsis. To się potwierdza w salach koncertowych. Muzyki nie słucha się dla pocieszenia, lecz dla przeżycia. Ten punkt widzenia wydaje się zresztą zbieżny z perspektywą Ingardena. Chodzi o sytuacje, w jakich mogą realizować się "jakości metafizyczne". Pojawia się u niego moment, z którego zrozumieniem można mieć w pierwszej chwili trudności. Otóż Ingarden twierdzi, iż owo poruszenie czy wstrząs może się dokonać zarówno po przeżyciu "nielitościwie zbrodniczego mordu", jak i "duchowej ekstazy" w doświadczeniu bliskości z Bogiem. W jednym zdaniu zestawia jakości tak sprzeczne. Najważniejszy okazuje się ostatecznie ów moment przeżycia, moment, który zmienia życie, pozostawia na nim swój ślad.

REDAKCJA: Kilka słów w obronie Karola Tarnowskiego. Przecież nie chodzi mu o tanie pocieszenie, surogat życia, ale właśnie o coś bliskiego pojednania czy wyzwolenia. Mówili Państwo, iż skupia się on zanadto na czarnej stronie rzeczywistości, nie widząc tego, co jasne. Jego opis stosuje się do ery "postmetafizycznej", przy czym to kontrowersyjne określenie odnosi się do faktyczności świata, który nas otacza. W tym klimacie "post-" nie potrafimy sobie poradzić z przytłaczającym nas złem. Wszystko to sprawia, że jesteśmy niezdolni do afirmacji rzeczywistości, bytu - w założeniu dobrego. Właśnie dlatego Karol Tarnowski szuka nadziei w sztuce dającej pojednanie, umożliwiającej, jak by powiedział Nietzsche, mówienie "tak" rzeczywistości. Karolowi Tarnowskiemu nie przyświeca marzenie o czystej sztuce. On szuka jedynie sposobu przezwyciężenia tego wszystkiego, co nie pozwala nam dostrzec dobra tego świata. Chce na swój sposób przypomnieć przesłanie Księgi Rodzaju. Karol Tarnowski przekonuje, że paradoksalnie właśnie piękno, sztuka ikoniczna może nas prowadzić do odkrycia dobra tego, co jest. Kwestia zła byłaby więc tutaj fundamentalna.
Pan Tadeusz Sobolewski wspomniał o pesymizmie Księgi Eklezjasty czy niektórych psalmów. Karol Tarnowski najprawdopodobniej zgodziłby się z Panem, że także te najczarniejsze biblijne teksty mogą służyć najgłębiej pojętej konsolacji. Jej sednem byłoby pogodzenie się z tragizmem ludzkiego losu. (Na marginesie można jednak zapytać, czy nie pomaga w tym piękno tych tekstów?) Ale poczucie tragizmu to nie przekonanie o złu samego istnienia.
Jak postrzegają Państwo zależność między pięknem i złem?

ADAM ZAGAJEWSKI: Mnie zawsze intrygowały przykłady przeżywania sztuki niejako wewnątrz zła. Primo Levi recytujący w Oświęcimiu kilka strof Dantego, Aleksander Wat słyszący na dachu Łubianki finałowy chorał z Bachowskiej Pasji św. Mateusza, wykłady Czapskiego o Prouście w Griazowcu i wreszcie wspaniała scena z Pianisty Polańskiego: Szpilman grający Chopina przed oficerem niemieckim. We wszystkich tych przykładach mamy do czynienia nie z pocieszeniem, ale z czymś znacznie bardziej skomplikowanym, trudnym do określenia. Z poczuciem istnienia czegoś wyższego. Wspomnienie przez Primo Leviego majestatu Boskiej Komedii w Oświęcimiu jest być może, psychologicznie rzecz ujmując, pocieszeniem, a nie pojednaniem, bo trudno pojednać się z rzeczywistością obozu. W moim odczuciu jednak to przede wszystkim wzniesienie się ku pełni człowieczeństwa, choćby na chwilę. Biedny Szpilman po odegraniu Chopina musi wrócić do swoich ogórków, więc jego doświadczenie nie jest trwałe. Ale dla mnie to jeden z najpiękniejszych momentów, jakie widziałem w kinie. To obraz ukazujący rzecz niesłychaną: to, co wyższe, może działać w tym, co najniższe. Podobnie Wat uznaje przeżycie z dachu Łubianki za przełom, który pozwolił mu znieść więzienny reżim. Stajemy tu oko w oko z tajemnicą i my, którzy nie otrzymaliśmy potwornego przywileju bycia w sytuacji ostatecznej, z trudem tylko możemy ją zrozumieć. Dla mnie są to na pewno najważniejsze przykłady obcowania ze sztuką, dowody mocy jej oddziaływania w sytuacjach granicznych. Nie musimy nawet definiować istoty tego działania. Artysta, w przeciwieństwie do filozofa, nie odczuwa akademickiej potrzeby nazwania.

TERESA WALAS: Ale teoretycznie rzecz biorąc, postawienie naprzeciw siebie totalnego zła i piękna wydaje mi się niemoralne. Mnie to odraża, co nie przeszkadza temu, iż zarówno wspomnianą scenę z Pianisty, jak i pozostałe przywołane przykłady odbieram w podobny sposób.

ADAM ZAGAJEWSKI: Moralnie Łubianka i Oświęcim też powinny być zakazane.

TERESA WALAS: Zapewne w praktyce piękno czy sztuka pomagają wydobyć się ze zła, mogą na swój sposób je unieważnić. Ale łączenie piękna z nikczemnością jest dla mnie równie niemoralne jak dla Różewicza pisanie pięknych wierszy po doświadczeniach II wojny. Zderzenie tych dwóch jakości to nieprzyzwoitość. Gdybyśmy poważnie traktowali przeżycie zła, sztuka powinna umrzeć. I wcale nie z powodu wyczerpania formalnego czy swej anachroniczności. Powinna po prostu zamilknąć. Tak się na szczęście nie dzieje.
Skądinąd być może jednak przeceniamy straszne doświadczenia XX wieku. Nie jest przecież tak, że to my pierwsi doświadczyliśmy potworności, a nasi poprzednicy żyli w komforcie, stykając się z malutkim złem, które tylko kąsało ich po łydkach. W tym jest niewątpliwie jakiś błąd perspektywy, wynikający zapewne z tego, że zbyt mocno uwierzyliśmy kiedyś w ideę postępu.
MARTA TARABUŁA: Niepokoi mnie sformułowanie "sztuka powinna...". Moim zdaniem sztuka nie ma żadnych powinności, nawet powinności zamilknięcia. Znamy szereg znakomitych, pięknych dzieł powstałych po kolejnych katastrofach. Skąd się wzięły? Gdybyśmy żyli w rajskiej dolinie, być może sztuka byłaby uboższa.

REDAKCJA: A może jednak, biorąc pod uwagę XX-wieczne erupcje zbrodni i zniszczenia, wierniejsza naszej kondycji byłaby sztuka eksponująca zło, cierpienie, brzydotę? Tak czynią dziś twórcy. Czy to jest współczesny sposób na katharsis? Jak przyłożyć kategorie piękna, pocieszenia do sztuki najnowszej?

TADEUSZ SOBOLEWSKI: Mam poczucie, że ze sztuką można zejść nawet do piekła, ale sztuka nie zbawia. W filmach o Zagładzie powstających w cieniu wojny (na których się wychowałem) piękno nie mogło być wystarczającą odpowiedzią na zło, nie miało siły zbawczej. Z dawnego Miasta nieujarzmionego pamiętam obraz, który działał jak zgrzyt: w płonących ruinach Warszawy grupa Niemców, grzejąc się, śpiewa Heilige Nacht. Albo wielka scena z Pasażerki Munka: orkiestra obozowa gra bodaj Beethovena i nagle w tę muzykę wdziera się przeciągły gwizd lokomotywy z rampy kolejowej, jak dysonans. Nigdy nie zapomnę tego dźwięku. To jest mi bliższe niż Chopin w Pianiście, choć doceniam film Polańskiego i rozumiem jego znaczenie, wielką pożyteczność etc. Mnie też poruszył głęboko, ale, co dziwne, nie dał oczyszczenia, dowiedziałem się tylko: było tak i tak. Przeszkadzało mi tak precyzyjne zaprogramowanie wszystkich wstrząsających efektów. Ale nie zamierzam nikomu odbierać prawa do wielkich przeżyć ani się o to spierać.
Kino współczesne jest gigantyczną fabryką słusznych odpowiedzi, morałów, spełnień, pocieszeń. Szukam kina, które prowadziłoby mnie ku tajemnicy znajdującej się poza obrębem sztuki. Tak było u Tarkowskiego, u Pasoliniego. Taki jest wciąż jeszcze Bergman. W kolejnych filmach - na przykład w Wiarołomnych, nakręconych według jego scenariusza przez Liv Ullmann - on się przed nami spowiada. Ta świecka spowiedź artysty porusza. Nie ma w niej wiary, ale piękne jest to, że on nas bierze na świadków, że na nas wciąż liczy. Więc możliwa byłaby negatywna komunia? Ale w kinie dokonuje się także komunia prawdziwa, pełna, jaką dało nam kiedyś Osiem i pół Felliniego - film filmów.
W sztuce współczesnej najbardziej niepokoi mnie zanik tej komunii. Już w latach 90. stary Fellini skarżył się, że telewizja niszczy nasz kontakt z rzeczywistością, niszczy sugestywność spektaklu, który widz przeżywał kiedyś jak świat realny, że obrazy wchodzą na miejsce rzeczywistości. W gonitwie za rzeczywistością potrzebujemy coraz więcej sensacji, drastyczności, mięsa. Jesteśmy jak ta dzieweczka, co nie dotknęła ziemi ni razu i dlatego nie może być w niebie, nie może zaznać prawdziwego pocieszenia. Ze wszystkich stron, w mediach, w reklamie atakują nas agresywne twory, przykuwające uwagę, ale nie prowadzące do kontaktu. Billboard zaczyna przysłaniać rzeczywistość. Oczywiście, przesadzam, ale coś w tym jest.

MARTA TARABUŁA: Coś w tym jest. Co? Przemoc. Przemożna siła obrazu rzeczywistości, jaki przyrządzają dla nas media. Ich perswazyjne działanie sprawia, że "rzeczywista rzeczywistość" od razu odpada w konkurencji. Jest bez szans już na starcie.
Co ciekawe, najmłodsi artyści zobaczyli tę sytuację bardzo ostro - i "kupili" ją, z dobrodziejstwem inwentarza. Ci dwudziestokilkulatkowie, studiując w krakowskiej Akademii, założyli grupę o wiele mówiącej nazwie "Ładnie" i zabrali się za dokumentowanie naszej rzeczywistości. Naszej - czytelników brukowych gazet i czasopism ilustrowanych, widzów telewizyjnych quizów i seriali, adresatów reklamy, klientów supermarketów. Nie malują z natury, malują z ekranu telewizora albo z fotografii w gazecie. Ich "naturalną naturą" są media i świat przez nie przedstawiony. Na obrazie Marcina Maciejowskiego Sophie Marceau uprawia jogging o poranku, z niemowlęciem w nosidełku na piersi i wiernym pieskiem u boku. Napis na płótnie, przepisany słowo w słowo z ilustrowanego magazynu dla kobiet, głosi: "Mówi, że jest naprawdę szczęśliwą kobietą". Gdzie indziej krępy młodzian w czarnych slipkach oznajmia widzom: "Dziewczynę mam. Poza tym interesuję się filmami i motorami". Z telewizyjnego programu pochodzi konterfekt pani Zosi w niebieskiej sukience. Padła ofiarą oszusta. "Uwierzyłam, że zmarła mu żona i sam wychowuje siedmioro dzieci - opowiada pani Zofia. Obok przekaz na 100 zł". "Ładniści" błyskawicznie zyskali popularność. Ich obrazy są rozchwytywane, trafiły nawet do kolekcji Muzeum Narodowego. Co jest przyczyną ich sukcesu? Ta twórczość odżegnuje się przecież od prowadzenia nas ku jakiejkolwiek wyższej rzeczywistości. Odbiór przekazu jest momentalny, natychmiast pojawia się uśmiech. "What you see is what you get" - masz tyle, ile widzisz - oto dewiza młodego pokolenia artystów. Tutaj kategorie piękna, pojednania, wzniosłości nie bardzo dają się zastosować.

TADEUSZ SOBOLEWSKI: No, ale jest dystans.

MARTA TARABUŁA: Pozostaje tylko dystans. Ale Maciejowski zapytany, dlaczego to robi, odpowiada: "Wiesz, ja lubię disco polo". Teraz zagadka: czy ta odpowiedź jest prawdą czy wyrazem dystansu? Dla ułatwienia dodam, że na wernisaż swojej debiutanckiej wystawy (dwa lata temu w galerii Zderzak) przygotował tło muzyczne: kasety disco polo.

TADEUSZ SOBOLEWSKI: Być może jego odpowiedź też jest dziełem sztuki stwarzającym dystans?...

MARTA TARABUŁA: Właśnie. Jedyne, co nam zostało, to poczucie humoru, mniej lub bardziej wisielczego. Jeśli o mnie chodzi, to dość dobra recepta na pogodzenie się z rzeczywistością. Natomiast jeśli chodzi o uczucia metafizyczne i sztukę, która jest w stanie je obudzić - ona oczywiście istnieje, choć artystów, którzy pracują w tym duchu, jest coraz mniej. Obawiam się, że tak naprawdę nikt ich już nie potrzebuje... No, dziesięć, może piętnaście osób. Ta grupa będzie się niedługo spotykać w katakumbach i tam odprawiać swoje dawno zapomniane rytuały.

MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI: Trudno mi się zgodzić z poglądem, że poważnej sztuki nikt już nie potrzebuje, że grozi jej schronienie się do wyizolowanych oaz. To zależy od jej rodzaju i wartości. Na masową skalę słucha się muzyki z kompaktów - ruch w tej dziedzinie jest ogromny. Przykład: tak poważny utwór jak III Symfonia Góreckiego posiada milionowe nakłady i bywa sprzedawany w supermarketach. Oto moja teza, sprawdzona wielokrotnie: utwór znakomity a świetnie wykonany porwać może nawet najprostszego, nieprzygotowanego do odbioru sztuki człowieka. Ja sam mam doświadczenia z żołnierzami WOP-u, z robotnikami. Krzysztof Droba w latach 70. organizował koncerty muzyki współczesnej w Stalowej Woli. Potrafił przedstawić całą twórczość Charlesa Ivesa - tę solistyczną i kameralną - w miasteczku, które nigdy dotąd nie zetknęło się z podobnego rodzaju tradycją. Odbiór tej elitarnej, bardzo trudnej muzyki był entuzjastyczny. Dlaczego zatem wmawia się ludziom, że pragną i potrzebują tego, co najgorsze? W rozpowszechnianiu takiego poglądu i w jego konkretyzacji celują środki masowego przekazu, którym wtórują nieszczęśni krytycy.

TADEUSZ SOBOLEWSKI: Jedno zdanie ŕ propos. W ciekawym debiutanckim filmie Przemysława Wojcieszka Głośniej od bomb jest taka scena: dziewczyna kupuje w supermarkecie za złotówkę wiersze Poświatowskiej i po raz pierwszy w życiu czyta poezję, czyta całą noc. W supermarkecie, jak na śmietniku, można znaleźć wszystko - również i to.

MARTA TARABUŁA: Należy się z tego tylko cieszyć. Być może kultura literacka czy muzyczna stoi w Polsce wyżej niż kultura plastyczna. W tej dziedzinie przeciętna zdolność percepcji -kończy się gdzieś na impresjonistach i Chagallu, a z polskich artystów - na Nowosielskim. Już wspólna wystawa Cybisa i Gierowskiego, poświęcona abstrakcyjnej problematyce światła i materii malarskiej, okazuje się ponad wrażliwość przeciętnego odbiorcy. Być może rezerwa szerokiej publiczności względem sztuk wizualnych wynika też stąd, że masowe reprodukowanie, które pomaga popularyzować muzykę czy literaturę, sztukom plastycznym właściwie nie przynosi wielkiego pożytku: tutaj niczym nie da się zastąpić kontaktu z oryginalnym dziełem.

REDAKCJA: Na utrwalenie takiej sytuacji wpływa również stan świadomości współczesnych odbiorców, ich smak. Można w tym miejscu zapytać, czy odbiór sztuki jednającej nas z rzeczywistością, odsyłającej do najważniejszych pytań metafizycznych nie zakłada jakichś szczególnych dyspozycji duchowych u słuchacza, czytelnika czy widza. Od razu pojawia się jednak wątpliwość: przecież kicz, sztuka niska również niekiedy wywołuje głębokie odczucia w odbiorcy, skłania go do zadawania zasadniczych pytań. Może więc nie tylko sztuka najwyższa ma zdolność jednania z rzeczywistością?

MARTA TARABUŁA: Obawiam się, że tylko ona. Przypomnę tu prostą prawdę, która w dzisiejszych czasach brzmi dość ponuro: aby odczuwać potrzebę kultury wysokiej, trzeba najpierw tę kulturę posiadać. Wybór jest kwestią smaku.

TERESA WALAS: Nie jest to takie proste. Jeśli przyjrzeć się produkowanym przemysłowo kiczowatym filmom, to obraz się komplikuje. Rozważmy taki przykład - pewna rodzina, jedząc obiad, ogląda odcinek serialu, który kończy się dobrze: ojciec jedna się z dziećmi. Odbiorcy tego filmu wstają od obiadu w pewien sposób lepsi, jakoś wewnętrznie pokrzepieni: może nie jest całkiem źle, może życie ma swoje dobre strony... Strażnik piękna będzie się oczywiście zżymał na tak okropne, niskowartościowe pod względem estetycznym przeżycie. Może przekonywać, że lepiej gdyby pojednała ich z życiem Antygona.
Na poziomie filozofii egzystencji tego nie da się rozwiązać. Czytałam wiele książek poświęconych kiczowi i kulturze popularnej i zawsze napotykałam na moment hipokryzji. Każdy, kto broni kultury masowej (bo jest specjalistą w tej dziedzinie i nie może podcinać gałęzi, na której siedzi), podkreśla jej rozmaite zalety, choćby zdolność pośredniczenia na drodze do kultury wysokiej. Gdy jednak dociera się do przeżyć, wszyscy poddają się, by uniknąć ich stratyfikowania: lepszym jakościowo musieliby nazwać wzruszenie pod wpływem Antygony, a gorszym - wzruszenie pod wpływem serialu Na dobre i na złe. Czyli przeżycie dramatyzmu, tragedii, dystansu, katharsis, jakie towarzyszy odbiorowi przez pana X sztuki Sofoklesa, miałoby być jakościowo lepsze niż podobne uczucie oczyszczenia doświadczane przez pana Y, odbiorcę sztuki masowej. Nie umiem z tego wybrnąć i szczerze mówiąc nie spotkałam stanowiska, które umożliwiałoby skalowanie: w tym momencie jest już źle, a w tym jeszcze dobrze.

TADEUSZ SOBOLEWSKI: Ja tkwię cały wewnątrz kultury masowej. Żyję z mediów i w nich muszę znajdować całą skalę przeżyć. Wiem jedno: ta skala istnieje, niezależnie od gatunku utworu. Teoretycznie najwyższych przeżyć może dostarczyć także serial TV: w końcu Sceny z życia małżeńskiego Bergmana czy Fanny i Aleksander funkcjonowały jako seriale oglądane po dzienniku. Racjonalizując swoje przeżycie, staram się zarazić nim odbiorcę, zasugerować mu wartość filmu. Kiedy odkrywam jakąś wartość, czuję się bardziej wolny niż wtedy, kiedy mam jej odmówić.
Chciałbym teraz dać przykład dwóch popularnych filmów współczesnych, na swój sposób pocieszających. Jeden uważam za dzieło sztuki niskiej, drugi - wysokiej. Pierwszy - to sławna Amelia. Wielki filmowy puzzel, który od pierwszych scen atakuje widza pozytywnością. Drugi film - to głośny Pokój syna Nanni Morettiego (uznawanego kiedyś za włoski odpowiednik Woody Allena). Moretti, agnostyk i socjalista, zrobił film o śmierci. Główny bohater, psychoanalityk, traci w wypadku syna i usiłuje sobie z tą tragedią jakoś poradzić. Zna wszelkie terapeutyczne chwyty, ale wybawienie przychodzi nieoczekiwanie z zewnątrz. Przychodzi ktoś, kto zdejmuje z niego ten ciężar - i nie ma to nic wspólnego z wiarą religijną. Przynajmniej na pozór.
Moretti wprowadza nas w głąb prawdziwego doświadczenia, daje poczuć ból życia - jest to rodzaj luksusu. Natomiast Amelię obliczono na uwolnienie widza od smutku, działa jak seria pocieszających zastrzyków - nie przechodzimy żadnej drogi, żadnego procesu, wszystko jest dane od razu. Mamy więc do czynienia z dwoma rodzajami pocieszenia - wyższego i niższego gatunku.

TERESA WALAS: A co z pięknem?

TADEUSZ SOBOLEWSKI: Myślę o nim jako o czymś połączonym z dobrem i prawdą. Piękno prowadzi nas gdzieś dalej, jest jak drzwi albo okno. Nie jest dla mnie celem samym w sobie.

MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI: Moim zdaniem odpowiedzialność za zamęt obecny we współczesnej sztuce ponoszą przede wszystkim krytycy. To oni powinni odróżniać ziarno od plew. Wiedzieć na przykład, jak reagować na kompozycję polegającą na tym, iż zadaniem pianisty stało się nie granie, lecz przeskakiwanie przez stojący na estradzie koncertowy instrument. Opowiadał mi kiedyś Lutosławski, że był świadkiem, jak pewien awangardowy kompozytor na koncercie w Szwecji przecinał fortepian metalową piłą. Kiedy go przeciął na pół, uznał "dzieło" za skończone. Sam wysłuchałem kiedyś "utworu muzycznego", polegającego na tym, że twórca odczytywał czarną listę krytyków, którym nie pozwala o sobie pisać.
Jeśli za utwór uznać tylko to, co sam artysta nazwie utworem - wszystko staje się możliwe, znikają granice między dziełem a kiczem. Sądzę, że krytykowi nie wolno uchylać się od rozpatrywania dzieła na płaszczyźnie wartości. Do krytyka należy wydobycie i podkreślenie tego, co cenne, co najcenniejsze: na przykład w Credo Pendereckiego - "kruchoroślinne" Et incarnatus i wprost przejmujący Crucifixus. To z jednej strony. A z drugiej: nie można się godzić na wszystko i wszystkiego chwalić. Przykłady twórczości przytoczone przez panią Tarabułę to "kawałki", "pieski", jak je nazywamy od francuskiego "pieces". Inna rzecz, że historia i tak te wszystkie efektowne dziwactwa wymiecie. Nie pomogą zachwyty krytyków hodujących zamęt w imię nieograniczonej "tolerancji".
Artyści muszą poszukiwać granic, doświadczać ich: tu ściana, tam ściana. Muszą szukać nowych przestrzeni wolności. Mają prawo zapędzać się na manowce - to jasne. Ale obowiązkiem krytyków jest wskazywać na ślepe uliczki, oceniać, co płytkie, co głębokie, co otwiera, co zamyka. Odróżniać utwory wyczerpujące się w warstwie dźwiękowej per se i nadające się do nie więcej niż parokrotnego wysłuchania, od tych, co, jak pasja Bacha czy etiuda Chopina, wciąż pobudzają i poruszają. Dzieła ponadczasowe otwierają wyobraźnię. Natomiast jakaś Etiuda na jedno uderzenie w talerz Kotońskiego - wzbudza ciekawość i wywołuje uśmiech...

MARTA TARABUŁA: Czyli jednak pozostało nam poczucie humoru...

MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI: Tak, ale bronimy się, by nie było to jedynie poczucie humoru.

MARTA TARABUŁA: Mam wrażenie, że rozmawiając o sztuce, zbyt dużą wagę przywiązujemy do jej przekazu treściowego. Tymczasem o tym, czy coś jest sztuką, przesądza w moim przekonaniu przede wszystkim celowość i odkrywczość formy. W przypadku prawdziwych arcydzieł zaskakuje nas jej trafność - odkrywamy, że nikt dotąd tak mistrzowsko się nią nie posłużył. To jest pierwszy próg, konieczny do pokonania, jeśli dzieło ma nas przenieść w tę inną, wyższą rzeczywistość. Próg do pokonania zarówno dla artysty, jak i widza, czytelnika, słuchacza.
MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI: Ale forma jest rzeczą wtórną. Cała muzyka wywodzi się od psalmów, a one są ekspresją. Piękno bez niej pozostaje martwe. Co to jest ekspresja? To ślad człowieka, osoby. Każdy student może napisać idealną akademicką fugę, doskonały kanon, ale bez wyrazu, bez śladu osobowości. Nie osiągną one poziomu dzieła sztuki. Dziwię się Karolowi Tarnowskiemu, który problemu ekspresji dzieła, jak mi się zdaje, nie dostrzega. Sięgnijmy po jakiś utwór, na przykład po Preludia i fugę Lutosławskiego. Znajdziemy tam taki ciąg kategorii: Cantabile, Grazioso, Lamentabile, Furioso, potem Estatico. Co to jest? Ekspresja. Czy można pomyśleć historię muzyki bez wstrząsających Kindertotenlieder Mahlera? Co pozostanie z ostatnich kwartetów Beethovena, jeśli pozbawić je wyrazu absolutnej samotności?

MARTA TARABUŁA: Muszę się wytłumaczyć. Mówiąc, że najważniejsza jest celowa forma, nie miałam na myśli skostniałych recept czy kanonów, według których każdy wystarczająco pilny student potrafi coś napisać, namalować lub skomponować. Przeciwnie: chodzi o oryginalność wyrazu, rzecz nie do podrobienia.

MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI: Tu się zgadzamy: nie ma prawdziwego dzieła sztuki bez znakomitej formy, ale często nie ona jest punktem wyjścia dla twórcy.

MARTA TARABUŁA: "Nie »co?«, ale »jak?«" - to pierwsza zasada twórczości. Jak uzyskać siłę wyrazu? To forma decyduje o tym, czy coś jest dziełem sztuki. To ona jest pośrednikiem, który zaprasza nas do świata artysty.

MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI: Kiedy jednak Czajkowski pragnie napisać Adagio lamentoso do VI Symfonii - szuka odpowiedniej formy dla lamentu, nie odwrotnie. Genialna opera Purcella Dydona i Eneasz kończy się śmiercią Dydony; kompozytor musi znaleźć środki tak przejmujące, by mogły wywołać u odbiorcy drżenie odpowiadające tragizmowi sytuacji. Pierwszeństwo należy tu do kategorii ekspresji, dopiero w następnej kolejności szuka się dla niej formy, która oczywiście musi być doskonała. Jeśli taka nie jest, utwór wędruje do przestrzeni nazywanej camera obscura.

MARTA TARABUŁA: Wszyscy zgodzimy się, że wschód słońca to piękne zjawisko. Jednak nie każdy jest Monetem. Ten, kto wiele przeżył i wiele ma do powiedzenia, a nie potrafi ująć tych przeżyć w formę - własną, niepowtarzalną - choćby bardzo się starał, stworzy kicz.

TADEUSZ SOBOLEWSKI: Mam wrażenie, że wchodzimy w spór akademicki. Zejdźmy na ziemię. Pojawiają się zupełnie nowe kwestie związane z funkcjonowaniem sztuki i jej oceną, z problemem przekraczania barier. W "Gazecie Wyborczej" publikowaliśmy niedawno głosy krytyków w obronie pewnej artystki, która wystawiła fotografię genitaliów na krzyżu i zdjęcie mężczyzny ćwiczącego w siłowni, łącząc to - jak twierdzą jej interpretatorzy - z problemem dominującej męskości. Prasa broniła wolności artystki, chcąc zapobiec wymierzeniu jej kary za obrazę uczuć religijnych. Natomiast wielu z nas, dziennikarzy, miało z tego powodu kaca - że w imię słusznej sprawy wolności i tolerancji wszyscy ulegamy jakiemuś szantażowi, bronimy zwykłego głupstwa. Broniąc wolności, sami sobie zakładamy knebel, nie mogąc się zdobyć na nieskrępowaną ocenę inkryminowanego dzieła. Zupełnie jak w czasach "socu", gdy "toczyła się ostra walka ideologiczna" i trzeba było w imię pokoju światowego, żeby nie wiem co, stać po stronie postępu, przeciw wstecznikom. W obawie przed atakiem sił ciemnogrodu nie mogliśmy w tym wypadku powiedzieć, że król jest nagi.

REDAKCJA: Podejmując temat "przekraczania barier", przywołajmy słowo, które robi obecnie niesłychaną karierę: "transgresja". Funkcjonuje ono przede wszystkim w sztukach plastycznych, ale nie tylko. Kryje się za nim przekonanie, że w sztuce chodzi o przekraczanie granic poznania, o doświadczenia krańcowe. Artystom nie ma już chodzić o piękno i dobro, ale o prawdę. Czy jednak sztuka ta stawia rzeczywiście na prawdę?

MARTA TARABUŁA: "Transgresja" to poręczny wytrych, niezawodny i prosty w obsłudze. Niepewni swego krytycy zawsze mają go na podorędziu. W minionej dekadzie obserwowaliśmy prawdziwy festiwal "transgresji", zwłaszcza w sztukach wizualnych. To uczone określenie było w stanie uprawomocnić każde działanie, o ile tylko nosiło ono cechy skandalu. Media, które szukają sensacyjnych "newsów", ochoczo podchwytywały temat - i recepta na błyskawiczny sukces gotowa. Szybko zrozumieli to artyści i działania "przekraczające tabu" zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu. Ich autorzy chętnie popisywali się swoim nonkonformizmem, a liberalne media przedstawiały ich w aureoli męczenników. Czy warto jednak tak się męczyć? To pytanie, podobnie jak pytanie o wartość artystyczną tych produkcji, uchylano w obawie przed oskarżeniem o wstecznictwo. Sztuka przestała dzielić się na dobrą i słabą, liczyła się tylko "transgresywność", utożsamiana bez zastrzeżeń z postępem i wolnością. Polityczna poprawność potrafi jednak zastawiać pułapki. Dobrze widać to na przykładzie moralnego dylematu dziennikarzy "Gazety Wyborczej", który przedstawił nam przed chwilą Tadeusz Sobolewski. Przyznaję, że przytoczona tu argumentacja wydaje mi się trochę podejrzana. Wolałabym, żeby krytycy sztuki skupili się raczej na meritum - w moim pojęciu jest to wartość artystyczna dzieła - zamiast wykazywać się humanitarną troską o los jego autorki. Może wtedy obeszłoby się bez kaca...
Jedno jest pewne: gdy media poświęcają uwagę pracom obliczonym na dreszcz sensacji, sztuka, która sięga po mniej hałaśliwe środki wyrazu po prostu znika z pola widzenia.

REDAKCJA: Może jednak nie zawsze chodzi o skandal? Spróbujmy uwierzyć w dobrą wolę choćby niektórych "brutalistów".

TERESA WALAS: Paradoksalnie, część odpowiedzi na to pytanie zawarta jest w eseju Karola Tarnowskiego. Otóż gdyby jego myśl doprowadzić do skrajności, utrzymując przeciwstawienie rzeczywistości i sztuki, wtedy okaże się, że zarówno sztuka wysoka, jak i niska mogą być potraktowane jako azyle od rzeczywistości - ten metafizyczny, wznoszący się ponad przyziemność, oraz enklawę dla mas, w której rzeczywistość już "nie boli". W pierwszym przypadku sztuka spełnia swoją funkcję paliatywną, w drugim przyjemność tłumi odczucie rzeczywistości. W obu wariantach człowiek estetyczny pozostaje nieskalany życiem. To przeciwieństwo człowieka heroicznego.
Reakcją na tę pokusę estetyzacji okazuje się działalność dużej rzeszy artystów XX wieku, którzy zaczynają operować wstrząsem, właśnie dlatego że chcą upomnieć się o tę bolącą rzeczywistość i gwałtem na powrót człowieka w nią włączyć. Sprzeciwiają się tym samym "wyjmowaniu" człowieka z rzeczywistości przez sztukę, budowaniu "burżuazyjnego szczęścia" w poezji czy w malarstwie. W modernizmie tworzy się estetyczna ideologia skażenia: wejdźmy z powrotem w brud życia poprzez sztukę (nie: "uciekaj", ale: "wróć"), wyrwijmy człowieka z zewnętrznego wobec rzeczywistości azylu bezpieczeństwa i wrzućmy w jakąś potworną niepewność. Jeśli zaczynamy tę niepewność stopniować, dochodzimy do absolutnego szoku i do końca sztuki, czego świadkami bywamy współcześnie. Sztuką staje się zdzieranie własnej skóry, jak w przypadku Francuzki używającej pseudonimu Orlan, która przeszła ileś tam operacji, by uczynić swoje ciało syntetycznym obrazem kobiecości ukształtowanej przez zmieniające się w ciągu wieków estetyczne ideały. Narzędziem jej działania artystycznego był skalpel w ręku chirurga, polem - własne ciało, poddawane cierpieniu twórczemu, które przestawało być już wytartym frazesem, a zyskiwało autentyzm fizycznego bólu. Oczywiście operacje były filmowane i udostępniane publiczności jako integralna część dzieła sztuki. W ten nurt wpisują się rozmaite inscenizowane choroby. Dla kogoś, kto bierze pod uwagę jakiekolwiek normy estetyczne, ta działalność wydaje się niemożliwa i odpychająca. A jednak mamy tu do czynienia ze skrajnym przypadkiem przygody człowieka estetycznego przeciwstawionego heroicznemu. Nie rozstrzygam tu o słuszności takich postaw, ale ten typ myślenia jest możliwy.

MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI: Czy jednak ta interesująca, szlachetna w zamyśle koncepcja transgresji w stronę bolesnej rzeczywistości nie stała się przykrywką dla tendencji szokowania w celu zaistnienia w tłumie innych? Może artystom wcale nie chodzi o ów "powrót na ziemię"? Może po prostu chcą się przebić w świecie mediów, w którym tylko treść negatywna - skandal, transgresja - dochodzą do głosu? Przy okazji może nawet dotykają owej rzeczywistości, ale dany artefakt wywołany został w gruncie rzeczy przez sytuację medialną.

TADEUSZ SOBOLEWSKI: Kiedy pracuje się w mediach, widzi się mechanizm tworzenia skandali. Są one napędzane automatycznie, powstają na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Pamiętam taki moment sprzed roku, kiedy nadciągał skandal związany z wystawą w Zachęcie i rzeźbą papieża przywalonego meteorytem. Już na dzień przed otwarciem wystawy warszawskiej PAP wypuścił informację nieobiektywną, utrzymaną w tonie zgorszenia, o podobnej wystawie w Londynie, na której rzeźbę Catellana prezentowano rzekomo w sąsiedztwie jakichś filmów erotycznych. Grunt był więc przygotowany. Teraz musiała zareagować prasa (zareagowaliśmy m.in. komentarzem Skandal wirtualny).
Sytuacja jak z Ferdydurke: gęby zostały przyprawione, obrońcy postępu i obrońcy zbezczeszczonych wartości ustawieni na pozycjach. W takich razach nie ma miejsca na krytyczną ocenę ani indywidualne odczucie. Dla mnie, amatora, zarówno rzeźba z meteorytem, jak instalacja z genitaliami na krzyżu są rodzajem prowokującego kiczu. Natomiast niektóre znane mi prace Kozyry i Libery, również uznane za skandaliczne, uważam za dzieła sztuki, które zostają i niepokoją.
Trzeba powiedzieć, że tak zwana transgresja nie niesie dziś prawie żadnego ryzyka, jak było za czasów dawnych awangard. Skandal popłaca. Zresztą natychmiast zostaje wchłonięty przez reklamę, posługującą się podobnymi, transgresyjnymi chwytami. Wszystko razem staje się częścią wielkiego spektaklu, który nas otacza, w którym zacierają się znaczenia i wartości. Reklama gumy do żucia mówi: "Poczuj smak życia" - ale coraz trudniej poczuć smak życia samemu. Choć oczywiście nie trzeba popadać w przesadę. Bywają przecież reklamy piękne.

MARTA TARABUŁA: Niestety, cała ta sytuacja dość mocno podważa zaufanie do sztuki. Odbiorcę może doprowadzić do prostego wniosku, że dzisiejszy artysta to zręczny hochsztapler, nic więcej.

TERESA WALAS: Że szok i sztuka są tożsame.

MARTA TARABUŁA: Właśnie! Co jest głęboką nieprawdą. Tymczasem może okazać się, że sztuka jest całkiem gdzie indziej. Warto zadać sobie trochę trudu, aby ją spotkać. Podam przykład znakomitego artysty współczesnego, właściwie nieobecnego w mediach: Jarosław Modzelewski. W jego obrazach jest wszystko to, o czym wspominaliśmy tutaj z nostalgią. Wychodzi od jakiejś sceny zobaczonej w rzeczywistości - maluje prosty motyw: kogoś stojącego w oknie, martwą naturę, fragment pokoju - a jednak potrafi znaleźć dla niej formę tak trafną i tak celową, że patrząc, mamy poczucie, iż jego sztuka odsyła gdzieś dalej, że za przedstawioną sceną kryje się coś więcej. Słowem - klasyczne uczucie metafizyczne, choć podane dyskretnie, w sposób nie całkiem oczywisty.
Napisałam kiedyś tekst, w którym - pół-żartem - podzieliłam dzisiejszych artystów na "odkrywców" i "wynalazców", co wiąże się także z całkiem poważnym podziałem na "idola" i "ikonę", o którym wspomina Karol Tarnowski. "Odkrywcy", czyli artyści tworzący "ikony", to ci, którzy wychodząc od tego, co jest, od tego, co zobaczone, prowadzą nas dalej, na nowo odkrywają widzialną rzeczywistość. Oni pokazują nam odwrotną stronę rzeczy, ich drugie dno - transcendują. Natomiast "wynalazcy" - wśród nich umieściłabym wielu artystów lat 90. - mają pomysł. Maurizio Catellan miał pomysł na swoją rzeźbę z meteorytem, Katarzyna Kozyra miała pomysł, aby Święto wiosny Strawińskiego połączyć z animowanym tańcem rozebranych staruszków. Takie pomysły skupiają naszą uwagę tylko na chwilę - szokują, straszą, wywołują uśmiech. Jesteśmy na moment obiektem zabiegu, który wykonuje na nas autor - i na tym sprawa się zamyka.

TERESA WALAS: To wywołuje akcelerację, bo każdy szok przestaje nim być w tym samym momencie, gdy się staje. Wtedy trzeba wprowadzić mocniejszy bodziec i tak dalej. To jednak kolejny problem współczesnej kultury.

MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI: Dokładnie tak samo bywa w muzyce, gdzie również z powodzeniem można by zastosować podział pani Tarabuły na "odkrywców" i "wynalazców".

TERESA WALAS: Jednak wszystko zależy od tego czy działaniu owych "wynalazców" towarzyszy dobra czy zła wola. Starałam się wcześniej odtworzyć hipotetyczne rozumowanie tych, którzy działają w dobrej woli, ale oczywiście nie można wykluczyć niskich motywacji, czyli chęci wyprodukowania towaru, który ma się szybko sprzedać, a zatem otrzeć o skandal. Swoją drogą, nie bardzo rozumiem, dlaczego tak wielu ludzi wciąż jest podatnych na tego typu ekscytacje. Wydaje się, że powoli przekraczamy wszelkie granice szoku i za chwilę nie będzie on już możliwy.

ADAM ZAGAJEWSKI: One zostały już przekroczone sto lat temu. Chciałbym jeszcze wrócić do interesującego wątku rozłączności sztuki i życia. Jako czytelnicy mamy to szczęście, że żyje wśród nas Miłosz, wielki poeta. W jego twórczości możemy śledzić fascynujący dialog nie tylko z rzeczywistością, ale też z głębokimi i płytkimi modami epoki, poprzez które przedziera się słowo poezji. Całe dzieło Miłosza zbudowane jest na przekornym i dramatycznym pojedynku z duchem czasu. Czytając jego wiersze, rozumiemy, czym jest prawdziwa sztuka: jednocześnie najgłębszym zanurzeniem w rzeczywistość teraźniejszą i najgłębszym jej odrzuceniem, co następuje w tym samym momencie. A może się tak dziać dlatego, iż w akcie twórczym sąsiadują ze sobą: niewola danego czasu oraz wielka wolność, pozwalająca na stawienie oporu duchowi epoki. Niby jesteśmy skazani na tych nieszczęsnych artystów z opowieści pani Tarabuły, niby jesteśmy więźniami momentu, mód, a zarazem możemy uczynić wszystko cokolwiek chcemy. Nikt nie może nam nakazać, jak malować, jak komponować, co pisać. Nie przemawia do mnie zupełnie argument naturalistyczny "jest tak": jest tak, że mało ludzi interesuje się sztuką wysoką, przytłacza nas masowość tandetnej produkcji... Dwieście lat temu William Blake uchodził za wariata, nikt nie brał go poważnie. Był zanadto metafizyczny w realistycznym Londynie. A jednak nawet u niego mamy odniesienie do "teraz" - świata przedstawionego Londynu końca XVIII wieku z małymi kominiarczykami. Jeśli dzięki sztuce wybiegamy poza rzeczywistość, to dlatego że ona nam tę rzeczywistość ukazuje, nie zaś dlatego że od niej ucieka.

REDAKCJA: To dobry optymistyczny akcent na koniec dyskusji. Czy mogliby Państwo zwierzyć się jeszcze czytelnikom "Znaku", jakie książki, płyty lub albumy trzymają "pod poduszką" jako lekarstwo na chandrę i smutki?

TADEUSZ SOBOLEWSKI: Niezawodny jest Haydn. Józef i jego bracia Tomasza Manna - przeczytałem go kiedyś całego na głos, ku pokrzepieniu serc. Holenderski bukiet XVII-wieczny (reprodukcja). Starsi Panowie i Piwnica pod Baranami. Czasem, kiedy jest mi źle, oglądam z kasety jakiś film Hitchcocka. Przywraca równowagę.

MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI: Dla oderwania się od własnego "tu i teraz" czytuję ostatnio - usiłując wczuć się w inne czasy, inne miejsca - listy Chopina i George Sand, Szymanowskiego, Mycielskiego, dzienniki i małe opowiadania Herlinga-Grudzińskiego. Od lat pozostaję pod magicznym wpływem grafik Goyi, ikon i aktów kobiecych Nowosielskiego; od niedawna zaś bliskie stało mi się malarstwo Czapskiego. Najsilniejsze poruszenie, najwyższy zachwyt i najgłębsze zamyślenie przynosi mi oczywiście muzyka: Bach, na przykład w interpretacji Murraya Perahii (koncerty fortepianowe), Chopin grany przez Marthę Argerich (preludia, Barkarola), Zimermana (koncerty), Pogorelica (Sonata b-moll, scherza), Polliniego (etiudy), Marię Joăo Pires (nokturny); Brahms i Mahler (pieśni), Penderecki (Pasja wg świętego Łukasza, Credo).

ADAM ZAGAJEWSKI: Lista moich lekarstw na chandrę i smutki jest bardzo długa i kapryśna, zmienia się co tydzień. Mogę więc tylko powiedzieć, co znajdowało się na niej ostatnio: czytany ponownie Dziennik Paula Claudela (istnieje polski przekład sporych jego fragmentów dokonany przez Juliana Rogozińskiego), tom korespondencji Herberta i Elzenberga, starannie wydany przez Zeszyty Literackie, eseje Tomasza Manna jeszcze raz czytane; z muzyki - Wariacje Goldbergowskie w dwu nagraniach Glenna Goulda, a z rzeczy widzialnych - miasteczko Camogli w Ligurii.

TERESA WALAS: Na prawdziwą chandrę i głęboki smutek raczej nie używam sztuki, tylko natury. W chwilach natomiast niewielkiego zniechęcenia do życia lub niegroźnych dolegliwości ciała korzystam z pomocy starych przyjaciół: na przykład Wybrańca Manna albo Lalki Prusa, albo Wojny i pokoju... Kiedyś czytywałam sobie w takich razach na wyrywki Klub Pickwicka, ale teraz on mnie nudzi. Widać więc, że nic pewnego na tym świecie.

MARTA TARABUŁA: Kiedy rano otwieram jedno oko, trzy obrazy, które mam w sypialni, pomagają mi dobrze zacząć dzień: doskonały w swej harmonii Jan Młodożeniec, magiczny Zbigniew Makowski i Jadwiga Maziarska, niezawodny zastrzyk energii. Na wakacje nie ruszam się bez Prousta, którego mogę czytać w kółko i na wyrywki. Wierszyki Edwarda Leara w tłumaczeniu Andrzeja Nowickiego i Milne zinterpretowany przez Barańczaka przywracają właściwe proporcje rzeczom, które przyzwyczailiśmy się traktować zbyt serio. Podobnie jak Kabaret Starszych Panów. Przy złej pogodzie - Koncerty Brandenburskie Bacha (zwłaszcza trzeci). Przy winie - Shirley Horn. W kinie - za nic w świecie na video - Dolce Vita Felliniego. A najlepiej zostawić całą tę kulturę w szafie, zamknąć biurko na klucz i wybrać się na wycieczkę do lasu.

TADEUSZ SOBOLEWSKI, ur. 1947, krytyk filmowy, dziennikarz "Gazety Wyborczej". Opublikował m.in.: Stare grzechy (1988), Dziecko Peerelu (2000).

MARTA TARABUŁA, historyk sztuki i krytyk, prowadzi galerię "Zderzak" w Krakowie. Publikowała m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Res Publice", "Magazynie Artystycznym" i "Magazynie Sztuki".

MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI, ur. 1921, profesor Akademii Muzycznej w Krakowie, muzykolog i edytor muzyczny. Wydał m.in.: Wprowadzenie do teorii utworu słowno-muzycznego (1978), Krzysztof Penderecki i jego muzyka (1994), Chopin. Człowiek, dzieło, rezonans (1998).

TERESA WALAS, profesor w Instytucie Filologii Polskiej UJ, historyk i teoretyk literatury. Wydała: Ku otchłani. Dekadentyzm w literaturze polskiej 1890-1905 (1986), Czy jest możliwa inna historia literatury? (1993). Współredaguje "Dekadę Literacką".

ADAM ZAGAJEWSKI, ur. w 1945, poeta, eseista, prozaik. Członek redakcji "Zeszytów Literackich", prowadzi kurs creative writing na uniwersytecie w Houston (USA). Ostatnio wydał tomy poezji - W cudzym pięknie (1998), Pragnienie (1999) oraz zbiór esejów Obrona żarliwości (2002).

   2002 SIW Znak, Piotr Poniedziałek