Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
- styczeń, nr 560
 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 1/2002 (560)
ŚWIAT JEST WIELKĄ SPRZECZNOŚCIĄ
(fragment)

Z Ryszardem Kapuścińskim rozmawiają
Jarosław Gowin i Łukasz Tischner



REDAKCJA: Czy 11 września to symboliczna data zmierzchu dominacji Zachodu nad resztą świata?

RYSZARD KAPUŚCIŃSKI: Nie sądzę. Choć cywilizacja europejska rzeczywiście przechodzi w tej chwili bardzo trudny okres. Przez ostatnich pięćset lat - począwszy od odkryć Kolumba aż po stopniowe opanowywanie wszystkich kontynentów - wyznaczała wzorce dla całego świata. Wszelkie cywilizacje przymierzano do europejskiej - to, co bardziej przystawało do miary zachodniej, uważane było za bardziej cywilizowane, to, co trudniej dawało się poznać i przyswoić, zyskiwało miano dzikiego. Europa zatem definiowała kryteria kulturowej wartości i rangi.
W drugiej połowie XX wieku dziesiątki nowych państw Trzeciego Świata uzyskało niepodległość. Europejczycy zwykli postrzegać dekolonizację w kategoriach polityczno-ekonomicznych, tymczasem na dalszym planie, równolegle, dokonywał się wielki proces emancypacji, odrodzenia innych kultur i cywilizacji, które zaczęły upominać się o należne im miejsce na naszej planecie.
Wiele się zmieniło w ciągu mojego bez mała 40-letniego życia reporterskiego. Kiedy dawniej przyjeżdżałem do krajów Trzeciego Świata, byłem kimś wyróżnionym - białym, Europejczykiem. Budziłem powszechne zainteresowanie, wypytywano mnie o to, co dzieje się w Londynie czy Paryżu. Mogłem się czuć "panem świata". Tymczasem w trakcie moich ostatnich podróży (w ciągu trzech lat odwiedziłem wszystkie kontynenty) uderzyła mnie ogromna zmiana, jaka nastąpiła w mentalności społeczeństw pokolonialnych. Po pierwsze, ci ludzie poczuli się manifestacyjnie dumni z własnej kultury. Przyjmowali mnie teraz jak gościa w ich własnym domu. Dawali mi do zrozumienia, iż rodzima kultura im wystarcza, że już nie potrzebują Europy. Zauważyłem, że równolegle z duchowo-kulturowym odrodzeniem tradycji lokalnych dokonuje się podniesienie etycznego poziomu stosunków międzyludzkich. W tych nowych realiach człowiek czuje się istotą bardziej godną, domagającą się uznania, ale działa to także w drugą stronę - dba on zarazem o to, by okazywać szacunek i życzliwość innym.
Zorientowałem się, że zwiedzanie świata jest dzisiaj podróżowaniem do wyraźnie zaznaczonych kręgów - znacznie bardziej niż kilkanaście lat temu odczuwalna jest zmiana miejsca pobytu na naszej planecie. Dawniej, ze względu na dominację europejskiego wzorca, wszędzie można się było czuć bardziej lub mniej "u siebie" - słyszało się europejską muzykę, dostępna była prasa czy książki w języku angielskim, wiele było europejskich uczelni czy hoteli. Ale obecność Europejczyków na planecie się kurczy. Są oczywiście na Starym Kontynencie, ale kiedyś było ich mnóstwo w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej. Teraz zniknęli, a wraz z nimi zacierają się ślady europejskich wpływów na naszym globie. Zostało jeszcze trochę placówek misyjnych, ale i one przeżywają kryzys.
W skali całego globu mamy dziś do czynienia z renesansem nieeuropejskich kultur, cywilizacji i właśnie dlatego Europa musi znaleźć dla siebie właściwe miejsce w tym wielokulturowym świecie. Ludzie Zachodu powinni wypracować nową formułę międzycywilizacyjnej współpracy i wymiany, która mogłaby zastąpić wzorce ukształtowane w okresie imperialnych podbojów.

   2001 SIW Znak, Piotr Poniedziałek