SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
maj, nr 564
czerwiec, nr 565
lipiec, nr 566
sierpień, nr 567
wrzesień, nr 568
Księga gości
Fundacja
|
 |
Pola śmierci i długopis
Piotr Kłodkowski
|
Na ulicach Phnom Penh, stolicy Kambodży, wiszą zdjęcia króla Sihanouka. Na fotografii władca wygląda bardzo młodo, dużo młodziej niż w rzeczywistości. Jest symbolem państwa, które przeszło największą chyba ewolucję ideologiczną w XX wieku. Kambodża była najpierw francuską kolonią, potem niepodległym królestwem, następnie czymś w rodzaju monarchicznej republiki, którą z kolei obalili zbuntowani generałowie. Zaraz po nich nastąpili Czerwoni Khmerzy, twórcy jednego z najbardziej makabrycznych eksperymentów ideologicznych w historii świata. Symbolem ich rządów są dzisiaj Pola Śmierci. Czerwonych Khmerów odsunęli od władzy Wietnamczycy, którzy wycofali się ostatecznie z Kambodży w ostatniej dekadzie XX wieku. Państwo raz jeszcze stało się buddyjską monarchią, rządzoną przez tego samego co pięćdziesiąt lat wcześniej króla. Fotografie Sihanouka mają odświeżyć dawną, czcigodną historię i przywrócić zaufanie narodu do monarszej władzy. To kolejny, tym razem bardzo szlachetny eksperyment. Kłopot jedynie w tym, że nawarstwianie się makabrycznych wydarzeń w ciągu ostatnich lat wcale nie rokuje szczęśliwego zakończenia.
Z Phnom Penh do Pól Śmierci jest niedaleko. Aby tam dojechać, trzeba wynająć motocykl lub furgonetkę z kierowcą. Asfalt kończy się tuż za miastem, dalsza część drogi jest wysoce umowna - wertepy, błoto, jakieś zamaskowane dróżki biegnące obok lichych domostw i kolorowych, przyzwoicie wyremontowanych buddyjskich świątyń. Po czterdziestu minutach dojeżdża się na miejsce.
Przed bramą wjazdową ustawiono stolik i krzesła dla trzech urzędników. Mieli przy sobie dużą księgę gości, których tego dnia było znacznie więcej niż zwykle. Spośród nich największą grupę stanowili buddyjscy mnisi, ubrani w tradycyjne pomarańczowe szaty. Na Polach Śmierci ich obecność wydawała się jakimś błogosławieństwem, radosnym znakiem przywróconej do życia tradycji khmerskiej. Przyczyna zgromadzenia mnichów była niezwykła. 17 kwietnia 2000 roku przypadała 25. rocznica wejścia Pol Pota z wojskiem do stolicy, co zapoczątkowało panowanie najbardziej absurdalnej idei totalnej rewolucji. Realizowano ją z niezwykłą konsekwencją w całym państwie.
W 1975 roku, tuż po zakończeniu wojny domowej i zwycięstwie Wietkongu w Sajgonie, Czerwoni Khmerzy witani byli w Kambodży niemal jak zbawcy. Wierzono powszechnie, że skończył się czas politycznego chaosu, nieustannej walki, żołnierskiej przemocy i urzędniczej korupcji. Wielu przedstawicieli ówczesnej inteligencji miało nadzieję na powstanie normalnego i demokratycznego państwa. Chciano koniecznie uwierzyć w obietnicę sprawiedliwej rewolucji. Czerwoni Khmerzy nie zamierzali jednak realizować cudzych marzeń. Mieli własne. Część z nich importowana była zresztą z odległego Paryża, gdzie Pol Pot, znany później jako Brat Numer Jeden, oraz Ieng Sary, Brat Numer Dwa, zdobywali rewolucyjne szlify i uniwersyteckie wykształcenie. Czerwoni Khmerzy nie używali w swoim gronie nazwy nadanej im przez Sihanouka. Woleli nazywać się Angkar - Organizacją. Na wszelkie przewidywane pytania mieli precyzyjnie skonstruowane odpowiedzi. W 1975 roku wszystko było gotowe do rozpoczęcia Wielkiego Eksperymentu. Kraj zaczął funkcjonować od Godziny Zero.
Podmiotem rewolucji są oczywiście ludzie. Trzeba dokonać starannej selekcji, wybrać tych, którzy powinni z natury stać się zwolennikami nowego ładu, potem wskazać tych, którzy z racji urodzenia, wykształcenia bądź stanowiska są niezdecydowani, wreszcie bardzo dokładnie wyłuskać każdego wroga, z zasady niepoddającego się żadnej resocjalizacji. Ludność podzielono na cztery grupy. Kategorię czwartą, oprócz znienawidzonych powszechnie oficjeli dawnego rządu, otrzymała inteligencja. Na swoje nieszczęście miała wiedzę, znała kolonialny język francuski, potrafiła osądzać rzeczywistość w kategoriach dobra i zła. Taki bagaż był rewolucji absolutnie niepotrzebny. Ideał stanowił niepiśmienny chłop, nieznający osiągnięć własnej cywilizacji, ale mający za to umysł niezwykle podatny na ideową obróbkę. Khmerski chłop był także doskonałym narzędziem śmierci, zaś wiedzę o tym, co dobre, a co złe, uzyskiwał od swych zwierzchników odpowiedzialnych za rewolucję. Khmerski chłop wykonywał rozkazy bez zbędnych moralnych rozterek. Jednak, w razie gdyby nie mógł wszystkiego zaakceptować, byli obok niego inni chłopi oraz funkcjonariusze Organizacji, którzy służyli mu niezbędną pomocą, z karą śmierci włącznie.
Plan rewolucji zakładał, że wszyscy pozostali przy życiu mieszkańcy Kambodży oprócz funkcjonariuszy powinni zostać chłopami i pracować wydajnie w specjalnych ośrodkach rolnych (12-15 godzin dziennie, zależnie od możliwości). Oczywiście niezdolni do pracy musieli być stopniowo likwidowani. Ta druga grupa powiększała się z każdym miesiącem.
Organizacja doskonale rozumiała także problem globalizacji. Wszelkie dobra współczesności są bowiem od siebie zależne. Nie sposób być doskonale wolnym, jeżeli musi się korzystać z dóbr wykonanych przez kogoś innego. Zwłaszcza kogoś, kto poprzez przedmioty zaczyna kontrolować nas samych. Wszelka sieć zależności jest przeszkodą w tworzeniu własnego świata od samych fundamentów. Organizacja wiedziała, co potrzebne będzie do prostej, niezależnej egzystencji. Jakiż pożytek może być chociażby z samochodu, do którego trzeba importować paliwo, części zamienne, kształcić mechaników? Po co khmerskiej rewolucji fabryki, które potrzebują wciąż nowych maszyn i metod zarządzania pochodzących z zagranicy? Albo szpitale ze swoimi coraz to bardziej rozwiniętymi urządzeniami służącymi do diagnozowania i leczenia? Czy nie można obyć się bez prądu dostarczanego przez elektrownie położone w sąsiednich krajach? Po co drogi, skoro nie będzie samochodów? Po co szkoły i książki, skoro wszyscy mają zostać idealnymi chłopami? I na koniec - po co pieniądze, skoro chłopskie komuny mogą dostarczać niezbędne minimum pożywienia?
Jeżeli rewolucję rozpoczyna się radykalnie od roku zerowego, to każdy z tych wytworów rozwiniętej cywilizacji powinien zostać bezwzględnie usunięty. Kontakt ze światem zewnętrznym nie jest absolutnie do niczego potrzebny. Organizacja brała te wskazania bardzo serio. Metodycznie dewastowano chociażby wyposażenie szpitali, bardzo dokładnie tłuczono każdą probówkę, usuwano kontakty, starannie niszczono każdy mebel, kabel, lekarstwo czy lampę. Śmierć niechcianych ludzi towarzyszyła śmierci przedmiotów przez ludzi wytworzonych. Przedmioty bowiem należące do obcego świata są tak samo wrogie jak i człowiek pochodzący z nieodpowiedniej klasy lub mający niewłaściwą świadomość. To były dwie strony tego samego medalu. Chociaż ta pierwsza jest bez wątpienia bardziej wstrząsająca, to jednak nie może istnieć bez drugiej. Obydwie są niezbędne.
Po czterech latach wydawało się, że Organizacja wykonała w dużej części swój plan. Kambodża cofnęła się niemal do epoki jaskiniowej, wszelkie ślady XX-wiecznej cywilizacji technicznej prawie przestały istnieć. Zatrzymano jedynie symbol rewolucji - broń palną. Do dziś nie wiadomo dokładnie, ile osób zostało wymordowanych. Jedni twierdzą, że około miliona, inni doliczają się aż trzech milionów.
Także sama liczba oprawców musiała być ogromna. Ktoś musiał pilnować rolniczych komun ludowych, niszczyć bardzo dokładnie i bez skrupułów znienawidzone przedmioty, torturować kilka milionów rodaków w każdej części państwa, systematycznie donosić na nielicznych niepokornych, wreszcie ścigać zbiegów i kontrolować zmiany miejsc pobytu ludności. Niezbyt liczna Organizacja nie miała przecież wystarczającej liczby funkcjonariuszy, aby zrealizować postawione zadania. Okazało się jednak, że bardzo szybko znalazła gorliwych i sprawnych współpracowników. Było ich wielu. Wymarzeni niepiśmienni chłopi musieli okazać się dobrymi wykonawcami zaleceń Angkaru.
Nie wiem, czy Czerwoni Khmerzy zakładali wymordowanie wszystkich wykształconych rodaków, faktem jest, że tylko niewielu z nich przeżyło. Aby jednak nie tracić zbyt dużej ilości amunicji, ludzie Pol Pota używali popularnych tu maczet albo żelaznych prętów bądź trzonków od łopaty czy zwykłych motyk. Okazało się, że również one mogą być przydatne w długim procesie eksterminacji. Nie potrzeba było więc kosztownych komór gazowych, wystarczyły tradycyjne narzędzia używane od stuleci do zabijania. Jak się później przekonano w Afryce, brak nowoczesnych środków technicznych nie przeszkadzał w realizacji zbrodni, której ofiary szacowano w milionach ludzi. Na początku gigantycznego morderstwa stoi bowiem idea, która nie potrzebuje wcale nowoczesnej cywilizacji, aby stać się materialnym faktem.
W roku 2000 wojna była oficjalnie zakończona. Cztery lata wcześniej oddziały Pol Pota złożyły broń. Mimo to turystom z Zachodu nie sprzedawano biletów na pociągi w obawie, by nie stali się ofiarami grasujących nadal w państwie tajemniczych band, które miały prawdopodobnie związek z dawnymi oddziałami Czerwonych Khmerów. Informacje o śmierci Brata Numer Jeden obiegały świat już wielokrotnie, ale potyczki zbrojne w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach wcale nie należały do przeszłości.
Na nieszczęście bardzo złożona sytuacja polityczna wymagała udziału w rządach przedstawicieli dawnych zwolenników Pol Pota, kreujących się teraz na gorących patriotów. Uroczystości związane z tragedią rewolucji przemieniły się w polityczny mityng. Buddyjscy mnisi w milczeniu wysłuchiwali słów polityka ubranego w europejski garnitur. Mówił o przyszłości kraju. Kilka osób rozdawało ulotki. Rozdział najnowszej historii Kambodży wcale nie chciał się zamknąć.
Na Polach Śmierci zwraca uwagę ogromna oszklona wieża. Na każdym pięterku znajdują się czaszki ludzkie i piszczele ułożone w piramidy. Nie wiem, czy dokładnie je policzono, żeby później szokować liczbą pomordowanych, ale to, co widać, w zupełności wystarcza do przeżycia rozstroju nerwowego. Na samym dole wieży, w pewnym miejscu brakowało jednak ochronnej szyby. Ludzkie kości leżały niezabezpieczone. Dopiero po chwili zobaczyłem dwójkę małych dzieci bawiących się wyjętymi z wieży czaszkami. Nikt im nie przeszkadzał.
Mieliśmy przy sobie garść długopisów i kredek. Wiedzieliśmy, że dzieci w niektórych państwach azjatyckich proszą nie o pieniądze, ale o ołówek, kredkę czy długopis, aby pisać nimi w szkole. Podeszliśmy do grupki chłopców i dziewcząt stojących niedaleko wieży. Żadne dziecko nie poprosiło nas o długopis, ale Maryla wyjęła ich kilka i wręczyła jednej z dziewczynek. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem dziecko, które nie wie, do czego służy najprostszy przyrząd do pisania. Dziewczynka przez moment oglądała otrzymany prezent, by wreszcie włożyć go do ust. Zaczęła go lizać, a potem ugryzła. Oto ujawniła się ostatnia ofiara zbrodni Czerwonych Khmerów - dziewczynka z długopisem.
PIOTR KŁODKOWSKI, ur. 1964, dr orientalistyki. Wydał: Homo mysticus hinduizmu i islamu (1998), Jak się modlą hindusi (red. i oprac., 2000). Publikował we "W Drodze", "Ateneum Kapłańskim", "Znaku". Organizuje i prowadzi wyprawy kulturowe do krajów azjatyckich. Ostatnio nakładem Wydawnictwa Znak ukazała się jego książka Wojna światów? O iluzji wartości uniwersalnych (2002).
|