Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
maj, nr 564
czerwiec, nr 565
lipiec, nr 566
 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 7/2002 (566)
  Uwaga
o modernizmie

Leszek Kołakowski



   Od kilku lat, z przerwami, studiuję dzieje modernizmu katolickiego z początku XX stulecia i może kiedyś swoje refleksje na ten temat spiszę, ale to niepewne. Dla mnie jest to sprawa bardzo interesująca. Chciałbym, żeby ktoś - ja już tego nie zrobię, to wymaga 30 lat pracy i nie wiem, czy jest w ogóle na siły jednego człowieka - napisał globalną historię fin de siècle (włączając, rzecz jasna, pierwsze lata XX wieku), gdzie byłby odnaleziony wspólny sens wielkich przemian, jakie wtedy doszły do skutku na różnych polach kultury: niezwykłe nowości w technice, nowe prądy w malarstwie, literaturze, architekturze, nowe kierunki w filozofii (Bergson, empiriokrytycy, Husserl), inwazja wierzeń orientalnych, teozofia, psychoanaliza, burdele paryskie, bolszewizm, nowa fizyka, osobliwe mody w strojach kobiecych itd. Tam byłoby też miejsce dla modernizmu katolickiego.
   Czy modernizm był jednym z wielu kryzysów w dziejach Kościoła? Tak. Czy dawno minionym? Nie. Potępiony i na pozór rozbity, w atmosferze czystek, donosicielstwa i intryg w zakonach, seminariach i kuriach, pod innymi nazwami działał podskórnie w Kościele i w znacznym stopniu zapuścił korzenie na Vaticanum II. Modernizmy w Kościele pojawiają się razem z różnymi przekształceniami kulturalnymi, sens każdego doktrynalny jest inny, ale struktury duchowe podobne. Modernistą był Klemens z Aleksandrii, modernistą był Tomasz z Akwinu (przypomnijmy sobie potępienia arystotelizmu), modernistami byli jezuici.
   Jak określić modernizm? Najgorszym źródłem do jego zrozumienia jest encyklika Pascendi Piusa X i dekret Lamentabili. Jest tam pewna liczba wyrażeń całkiem zgodnych z właściwą intencją modernizmu, niektóre jednak są całkiem błędne, niektóre podobne do modernistycznych teorii, ale przypisuje się im sens z intencją niezgodny. Być może najlepszą odpowiedzią na Pascendi jest programowa książka Buonaiutiego (wydana anonimowo, przełożona na angielski przez Tyrrella).
   Były w modernizmie, jak mi się zdaje, trzy główne kierunki krytyki (pomijając polityczne i socjalne odgałęzienia).
   Po pierwsze, żądanie, by w badaniu Biblii stosować te same krytyczne i filologiczne kryteria, jakie są przyjęte ogólnie w badaniach historycznych. Krytyka niektórych zastanych wierzeń dotyczących Biblii pojawiała się już w XVI wieku, w końcu wieku XVII ukazało się fundamentalne dzieło Richarda Simona. Modernistom chodziło o różne szczegółowe kwestie: autorstwo rozmaitych tekstów o podstawowym znaczeniu (Pięcioksięgu, Księgi Mądrości, niektórych listów Pawła, Ewangelii Łukasza między innymi), oczywiste sprzeczności w narracji, a także samo pojęcie inspiracji boskiej; niepodobna twierdzić, mówili, że Pan Bóg po prostu podyktował te teksty. Oni wierzyli w pewną formę inspiracji, wierzyli w trwałą obecność Chrystusa w dziejach, nie uważali go za "po prostu człowieka", nie przeczyli temu, że świat nasz jest zanurzony w porządku nadprzyrodzonym, ale też sądzili, że tamten porządek nie wpisuje się po prostu bez zmiany w nasz świat, lecz przechodzi przez ludzką świadomość religijną i kulturę.
   Po wtóre: ewolucja dogmatów i Kościoła. Moderniści uważali, że jest to zmyślenie mitologiczne, nie poparte tekstami Nowego Testamentu, iż Jezus ustanowił główne zręby Kościoła, z jego hierarchią, autorytetem, systemem władzy, iż ustanowił wszystkie sakramenty i wyposażył je w ten sens, jaki im Kościół przypisuje. Co do dogmatów, to wszystkie one wyrastały z doświadczeń, przemyśleń i sporów w chrześcijaństwie, nie były po prostu wpisane w jego strukturę od początku, a i sens ich zmieniał się w toku dziejów. Są to artefakty kulturalne, które jednak dawały wyraz religijnej świadomości wiernych. Co więcej, sens właściwy dogmatów jest praktyczny.
   Po trzecie. Moderniści często krytykowali biurokratyczny charakter ustroju kościelnego, zwyczaje autorytarne, niezdolność do krytycznej refleksji nad przemianami kulturalnymi, które Kościoła nie mogły pozostawiać w niezmiennej postaci - jak to zresztą od wieków bywało - i odmowę racjonalnej dyskusji. Związana z tym była nieufność do tradycji racjonalizmu scholastycznego, który - jakkolwiek byłby ważny w dziejach kultury - przestał być skuteczny i przekonujący. Również sądzili na ogół, że oddzielenie Kościoła od państwa nie tylko Kościołowi nie szkodzi, ale uwalniając go od zadań i sporów czysto politycznych, intryg dyplomatycznych i pokus semiteokratycznych, przywraca chrześcijaństwu jego właściwy sens. Akceptowali też zbawienne i zresztą nieuchronne przemiany demokratyczne.
   Jest to streszczenie ogólnikowe, rzecz jasna, nie było przecież Komitetu Centralnego modernistów, oni pracowali na ogół osobno, choć się znali i wymieniali listy, w różnych sprawach mieli różne zdania albo wypowiadali je z różnym stopniem radykalizmu. Loisy, najbardziej znany, jest też najbardziej podejrzany o nieszczere wykręty.
   Moderniści powiadali też, że doświadczenie religijne nie jest tym samym co uznanie formuł dogmatycznych i że jest to prawdziwie decydujące.
   Co jest niezmienne w Kościele? Nie ja jestem powołany do odpowiadania na takie pytanie. Dla mnie to są chyba teksty Nowego Testamentu, bezustannie poddawane nowym interpretacjom, a więc tylko pozornie niezmienne. Trzeba jednak pamiętać, że z teorii ewolucji dogmatów można łatwo przejść do radykalnego bultmannizmu i twierdzić, że wszystko, bez reszty, w doktrynie i tradycji jest na łasce cywilizacyjnych przekształceń, a wtedy nic trwałego w wierze nie pozostaje i można uznać, że gdy czasy się zmienią, chrześcijaństwo wyrażać się będzie może w słowach dokładnie przeciwnych tym, które są dzisiaj w obiegu. Gdzie ta granica dokładnie przebiega - tego nie umiem ustalić.
   Wiedzieć też musimy, że moderniści, jak zresztą wielu ludzi współczesnych w Kościele, byli zdania, że we wszystkich innych religiach przechowuje się, choćby niedoskonale albo mniej doskonale, promieniowanie boskiego światła, że Bóg darami ducha całą ludzkość obdarzył, chociaż wszystko, co ludzie od Boga dostają, jest filtrowane przez historycznie zmienne warunki. Moderniści byli więc pionierami tzw. ekumenizmu.
   Wiemy, że kiedykolwiek pojawiały się w Kościele sytuacje kryzysowe, zagrażały mu dwa przeciwne niebezpieczeństwa. Chodziło przecież o dostosowanie się do nowych warunków cywilizacyjnych. Wtedy mamy dylemat: sztywna odmowa wszelkich ustępstw, jakich "świat" żąda, jest groźna, bo może zepchnąć Kościół na pozycje izolowanej sekty. Znaczne ustępstwa też są groźne, bo powodują niepewność wśród wiernych i zamazują, by tak rzec, religijną tożsamość Kościoła. Nikt nie potrafi z góry określić, które zagrożenie jest większe i jak znaleźć możliwie bezpieczny "środek". Jeśli mówimy o "dostosowywaniu się" do nowych warunków cywilizacyjnych, to nie mamy na myśli, że Kościół ma bez wahania ulegać wszystkiemu, co w danej chwili modne - ideologicznie czy obyczajowo; jest jasne, że często Kościół musi być przeciwko "światu". Modernizm spotkał się z bezwzględną wrogością. Cały Kościół przez lata zajmował się walką z tą zarazą, ale przez to doznał osłabienia, bo licząca się część inteligencji europejskiej porzuciła go, widząc w tej kampanii, nie bez racji, tryumf reakcji "konstantyńskiej", odwet klerykalnego biurokratyzmu, beznadziejne już próby hodowania semiteokratycznych pretensji, niezdolność do akceptacji tego Rozumu, który nie jest wcale wrogiem religii, ale tylko krytykiem instytucji, która miałaby zastępować wiarę żywą... Ale przyznajmy, że między żywą wiarą a instytucją napięcie jest nieuchronne.
   Kościół nie mógł z pewnością, jak widzimy z późniejszej perspektywy, po prostu przyjąć wszystkiego, co moderniści głosili. Mógł jednak uznać, że są to ludzie dobrej woli, miast liczyć tylko na moc potępień i gróźb.
   Posoborowe przemiany wyrastały w znacznym stopniu z ducha tych reform, których modernizm się domagał (choć nie chodziło oczywiście o bezpośrednie "wpływy" modernistycznej literatury). Reguły historycznej krytyki wygrały w Kościele, usuwając mnóstwo zakorzenionych a zbytecznych wierzeń, pretendujących do prawdziwości w sensie zgodności z faktami. Czytelnik polskiej Biblii Tysiąclecia dostrzega w komentarzach dużo rzeczy, co nie tak dawno budziłyby oburzenie i sprzeciw. Kościół jednak nie zawalił się z tej racji, że Mojżesz nie uchodzi już za autora Pięcioksięgu. Kościół przestał potępiać heretyków i innowierców, szuka porozumienia z innymi wyznaniami chrześcijańskimi, a także z żydami, bardzo rozszerzył rolę laikatu w życiu kościelnym, przeprowadził ogromne zmiany w liturgii itd.; nie mogę tu streszczać Soboru. Rozumiem dobrze niechęć albo zasmucenie katolików, którym wiele z tych przemian, choćby powierzchownych, wydaje się zmianą ich religijnych nawyków. Rozumiem, iż kardynał Ottaviani, już ociemniały, powiedział, że cieszy się z tego, iż jest stary i niebawem umrze, bo ma nadzieję, że umrze w jeszcze katolickim Kościele. Rozumiem arcybiskupa Lefebvre’a, gdy mówi, że Kościół jest zarażony modernizmem. Ma rację, modernizm różnymi drogami osiadł w Kościele, tyle że kroczenie utartymi koleinami byłoby dla Kościoła o wiele większym zagrożeniem. Ja też (nie, bym się czegoś domagał, nie mam żadnych uprawnień, by Kościołowi doradzać) z czysto estetycznych względów wolę Mszę trydencką, żałuję łaciny (to nie tylko estetyczne względy, wydaje mi się, że łacina była ważna dla poczucia jedności katolicyzmu), przyzwyczaiłem się też od dzieciństwa, że księża chodzą w sutannach, i wolałbym, by tak nadal było, choć to, oczywiście, nie ma nic wspólnego z doktryną. Wiem, że rezultatem Soboru były m.in. ruchy polityczne w ramach tzw. teologii wyzwolenia, które z wiary chrześcijańskiej nic prawie nie zostawiały i usiłowałyby, gdyby mogły, zrobić z Kościoła trockistowską czy maoistyczną sektę. Ale jestem zadowolony, że Kościół z takim naciskiem bierze stronę ludzi bezradnych i biednych, że przyswoił sobie bez dwuznaczności ideę praw człowieka (wywodzącą się przecież z rewolucji francuskiej) i reguły życia demokratycznego, że zniósł przysięgę antymodernistyczną. Wszystko w życiu zbiorowym jest przecież dwuznaczne i niepewne i tak zawsze będzie, przynajmniej do dnia sądu ostatecznego.

LESZEK KOŁAKOWSKI, ur. 1927, filozof, pisarz. Ważniejsze publikacje książkowe: Jednostka i nieskończoność. Wolność i antynomia wolności w filozofii Spinozy (1958), Świadomość religijna i więź kościelna. Studia nad chrześcijaństwem bezwyznaniowym XVII wieku (1965), Kultura i fetysze (1967), Obecność mitu (1972), Główne nurty marksizmu. Powstanie - rozwój - rozkład, t. 1-3 (1976-1979), Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań (1983), Jeśli Boga nie ma (wyd. pol. 1988), Horror metaphysicus (wyd. pol. 1990), Bóg nam nic nie jest dłużny. Krótka uwaga o religii Pascala i o duchu jansenizmu (1994).

   2002 SIW Znak, Piotr Poniedziałek