Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000  Rocznik 2001
- styczeń, nr 548
- luty, nr 549
- marzec, nr 550
- kwiecień, nr 551
- maj, nr 552
- czerwiec, nr 553
- lipiec, nr 554

 Fundacja


Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
Znak, nr 07/2001 (552)
TE SAME GWIAZDY?

Małgorzata Łukasiewicz



   Nie zawsze tłumacze są winni, jeśli coś się nie udaje. Mickiewicza tłumaczono na niemiecki wielokrotnie, od lat 30. XIX wieku. Rolf Fieguth stwierdza jednak, że jest to poeta w Niemczech nieznany. Czy dlatego, że przekłady są złe? Nie są bynajmniej gorsze niż niemieckie przekłady poezji światowej od Dantego, przez Byrona po Mallarmégo i Mandelsztama, a przecież nic nie przeszkodziło Niemcom fascynować się tymi poetami - powiada Fieguth, a podaje też przykłady natchnionych i odkrywczych tłumaczeń Mickiewicza. Polski wieszcz nie przyjął się w Niemczech, ponieważ w XIX wieku i aż do połowy wieku XX niemiecka elita nie interesowała się poezją, sytuacją i kulturą wschodnioeuropejskich sąsiadów. Całość wywodu Fiegutha warto przeczytać w książce Adam Mickiewicz und die Deutschen, gromadzącej plon konferencji, która odbyła się w 1998 roku w Marbach z udziałem polskich i niemieckich badaczy.
    Tamże Brigitte Schultze omawia niemiecką recepcję Mickiewicza na podstawie antologii poetyckich. Antologie są podstępne: niezależnie od jakości przekładu, pojęcie, jakie czytelnik wytworzy sobie o poecie, zależeć będzie od tego, co z niego wybrano i w jakim sąsiedztwie go umieszczono. W dziewiętnastowiecznych antologiach, ożywianych ideą "literatury światowej" i wartości ogólnoludzkich, Mickiewicz prezentuje się jako najważniejszy polski poeta, ale zarazem zostaje niejako wyrwany z polskich ram: zysk na uniwersalności okupiony jest utratą odniesień do specyficznie polskich przeklętych problemów.
    Zanim Niemcy mogli czytać Mickiewicza, Mickiewicz czytał i tłumaczył Niemców. Tadeusz Namowicz analizuje te związki i wyławia to, co najciekawsze - zagadki. Mickiewicz tłumaczył ballady Schillera, ale nie zajął się jego rozprawami. Z dokumentów wynika, że czytał oświeceniowych estetyków, Przedmowa do Ballad i romansów nosi tymczasem ślady zupełnie innych lektur - Hamanna, Herdera i A. W. Schlegla. Jaką drogą niemieckie spory estetyczne docierały do "dalekiego Wilna"?
    Ale z Królewca do Wilna nie jest przecież daleko. W tym miejscu porzucamy tom konferencyjny, polecając go w całości wszystkim zainteresowanym. Sami zaś rzucamy się w inną zagadkę i, korzystając z życzliwych wskazówek Marii Prussak, sięgamy do Kroniki życia i twórczości oraz Dzieł Mickiewicza. Program wykładów z logiki na uniwersytecie wileńskim przewidywał na rok 1818/19, "o ile czas pozwoli, rozbiór krytyczny najpierwszych zasad, na których się wspiera filozofia transcendentalna sławnego męża Immanuela Kanta". W lutym 1819 na posiedzeniu filomatów Mickiewicz streszczał poświęcony Kantowi artykuł z "Bibliothčque Universelle". I na co przede wszystkim zwrócił uwagę? Oczywiście na porównanie - "dziwne, ale bardzo trafne i najlepiej dające poznać systemat Kanta". "Wyobraźmy (...) zwierciadło żywe i wiedzące, jakie fenomena pokazuje ludziom; wyobraźmy, iż to zwierciadło doszło, dlaczego te sprawuje fenomena. - Będzie tedy posiadać dwie wiadomości: pierwsza, iż sprawuje i doświadcza takich fenomenów, na przykład wystawiania kształtu przedmiotów, po wtóre, iż ma własności, np. gładkość, twardość, nieprzenikliwość dla promieni słonecznych etc. Pierwszy sąd będzie a posteriori, czerpany już z doświadczenia, a drugi a priori, bo poprzedza wszelkie doświadczenie. Dalej wystawmy, iż zwierciadło chce coś wiedzieć o przedmiotach. Widzi, iż one krzyżują się na jego powierzchni, nie mają żadnej bryłowatości, przenikają się wzajemnie (...); wniesie stąd zwierciadło, że przedmioty wszystkie są płaskie, przenikliwe etc., i tysiączne błędne potworzy fenomena, biorąc swój sposób widzenia za istotę przedmiotów. Jeśli zaś zwierciadło chce coś pewnie wiedzieć, powinno wprzódy dochodzić swojej natury". I jeszcze list do Malewskiego, z lipca 1824: "Co się tycze Kanta czy Kantu, nie umiem go nakłonić (deklinować), przypominam ostrzeżenie Śniadeckiego, że ten Kant wiele głów zawrócił, a chociaż z tej strony nic się nie lękam (...), wszakże Kant zawsze niebezpieczny".
    Kanta na ogół nie ceni się dla walorów literackich. Sucha proza, niezważająca nawet na wymogi naukowej elegancji, wóz bez ogumienia, toczący się z ciężkim szurgotem po kamienistej drodze. W Krytyce władzy sądzenia piękno jest rozpoznawane, definiowane, opatrywane warunkami - rzadko bywa bezpośrednio ewokowane. I ten właśnie suchy Kant, Kant pedant, wprowadził do ksiąg filozoficznych najpiękniejszą rzecz na świecie: gwiaździste niebo. Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie - dwie perspektywy, wskazane w zakończeniu Krytyki praktycznego rozumu, zbiegające się w ludzkiej jaźni. Bezmiar świata ma po swej stronie urodę, nosicielowi prawa moralnego odmówiono już strojnych metafor, co zresztą doskonale pasuje do myśliciela, który talent twórczy na dobrą sprawę przypisywał tylko jednemu artyście, ukrywanemu pod kryptonimem Intellectus Archetypus.
    Wiadomo, od gwiazd w poezji aż się roi, a już zwłaszcza w poezji romantycznej, która na łowy wychodzi nocą. Są ulubionym świadkiem, niezawodnym partnerem rozmów, rzetelnym przekaźnikiem wieści. Nikt nie musiał czytać Kanta, żeby się przekonać o znaczeniu gwiazd. A jednak strasznie chciałabym uzyskać wiarygodną informację, że Mickiewicz czytał albo przynajmniej znał z drugiej ręki Krytykę praktycznego rozumu albo przynajmniej jej zakończenie, i to w okresie Ballad i romansów. Nie po to, żeby mu podnieść ocenę z filozofii, ale żeby się dowiedzieć, czy trzeci wers trzeciej strofy Świtezi odnosi się wprost do Kanta.
    "Niebo gwiaździste nade mną" - "Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą". Mamy zwięzły a treściwy dialog filozofa i poety. Gwiaździste niebo Kanta przytłacza bezmiarem, ale od tego widoku rozpoczyna się rozmyślanie nad światem. I co prawda rozmyślanie to może zawieść na manowce, jednak przy zachowaniu postawy krytycznej, po piętrach architektoniki rozumu, obiecuje coraz szerszy wgląd w budowę świata. Otóż poeta kwestionuje sąd filozofa i wprowadza swoją korektę. Grubo się mylisz już wówczas, powiada, gdy twierdzisz, że gwiazdy są nad tobą - one są wszędzie, pod i nad, i wystarczy wybrać się do Płużyn, żeby się o tym przekonać. W głosie Mickiewicza można by więc dosłuchać się dalszego ciągu polemiki z Romantyczności. Kant usadzony zostaje pośród mędrców hołdujących szkiełku, oku i systemom, a poeta miażdży go repliką - tym zuchwalszą, że udzieloną jak gdyby mimochodem, w przejściu do innych, ściśle romantycznych zadań.
    Ale może głos Mickiewicza wcale nie kłóci się z Kantem, tylko go uwydatnia. Świteź to w ogóle dziwna ballada. Właściwie balladowa, z wodnymi pannami, ze wszystkimi efektami specjalnymi jest dopiero trzecia część. Poprzedza ją opowieść o panu na Płużynach, prawdziwym bohaterze poznania, który nie waha się spenetrować jeziora: trochę strach, ale ciekawość zwycięża. Z największą siłą jednak przemawia do nas chyba początek, niezwykłe kilka strof, którymi Mickiewicz zaprasza nas w okolice Świtezi.
    Zakochać można się już w czasownikach pierwszej strofy: "ktokolwiek będziesz" - zwyczajny tryb oznajmujący, czas przyszły, druga osoba, ale podmiotem jest zaimek wielkiego kwantyfikatora, więc orzeczenie zaraz rozszerza się na wsze czasy i wszystkich ludzi; "wjechawszy" - czasownik, który jest prawie przymiotnikiem; "pomnij zatrzymać twe konie, byś się przypatrzył" - dawno już zagubiona w polszczyźnie składnia trybu łączącego. Jeśli dopełnimy tych czynności, a noc będzie pogodna, wkroczymy w inną przestrzeń, bezkresną, bez dołu i góry, z dwoma księżycami.
    "Lecz żeby w nocy jechać do jeziora, trzeba być najśmielszym z ludzi". To zastrzeżenie odnosi się do balladowych dziwów, o których będzie mowa dalej. Ale przypomina nieodparcie zuchwalstwo człowieka z Sonetów krymskich, tego, który nie wahał się spojrzeć w przepaść, który wspiął się na szczyt świata, tam, gdzie nad jego turban "była tylko gwiazda". I zawieszenie w otchłani błękitu, pomieszanie góry i dołu, pomieszanie nieba z ziemią też przypominają geografię Sonetów. Może więc nocne doznania nad Świtezią mają za sobą nie tylko magię cudowności, magię ballady i "przyjemnej ułudy", ale także prawdziwą grozę metafizyki. Ten najśmielszy z ludzi też musiał w sobie coś mieć - choć raczej nie prawo moralne w rozumieniu Kanta. No i pamiętajmy o porównaniu ze zwierciadłem, tak trafnie ponoć ujmującym systemat - a tak bliskim obrazom Świtezi.
    Więc czekam na wiadomość. Może gdzieś ktoś (najlepiej Jan Zieliński) odkryje nieznany list Mickiewicza, z wtrąconą w nawiasie uwagą w rodzaju "wczoraj do późna Kant, całość ciężka, ale zakończenie doskonałe", jakiś rewers biblioteczny albo choćby kwit z pralni, z notatką na odwrocie "Kant - zabrać do Płużyn". Z Królewca do Wilna i Nowogródka nie jest tak daleko i bądź co bądź świeciły im te same gwiazdy.
   
Adam Mickiewicz und die Deutschen, red. E. Mazur-Kębłowska, U. Ott, Wiesbaden 2000; A. Mickiewicz, Dzieła, t. VI: Pisma filomackie. Pisma polityczne z lat 1832-1834, t. XIV: Listy, Wydanie Rocznicowe, Warszawa 2000; M. Dernałowicz, K. Kostenicz, Z. Makowiecka, Kronika życia i twórczości Mickiewicza. Lata 1789-1824, Warszawa 1957; I. Kant, Krytyka praktycznego rozumu, przeł. J. Gałecki, Warszawa 1972.
   
MAŁGORZATA ŁUKASIEWICZ, ur. 1948, tłumaczka, eseistka.
   
   

   1998-2000 Verbanet s.c.