Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
maj, nr 564
 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 5/2002 (564)
ŚWIADECTWA WYZWOLONYCH
ankieta

Janusz Muniak



   Po raz pierwszy zakosztowałem tego "szczęścia" na kolonii letniej, kiedy miałem około 13 lat. Siedzieliśmy w grupie nad strumieniem i ktoś starszy, kto wykombinował alkohol ze sklepu GS-u, zaproponował, żeby z nim wypić. Pamiętam tę karuzelę w głowie, uczucie dziwności: "ale wiruje!". Trochę było mi niedobrze, ale trzymałem fason. Był to jednak epizod.
   Prawdziwy początek uzależnienia wiąże się z moimi pasjami muzycznymi. Dość wcześnie zacząłem się interesować jazzem, który pod koniec lat 50. wciąż pozostawał w katakumbach - granie go wiązało się z postawą buntowniczą wobec narzucanej odgórnie kultury socrealistycznej. Kiedy zacząłem pojawiać się w klubach jazzowych, okazało się, że nie stroni się tam od alkoholu. Ludzie dodawali sobie animuszu. Inna rzecz, że w tamtych czasach alkohol urzędował niemal wszędzie. Musiały być jednak we mnie pewne inklinacje do picia, co jest o tyle dziwne, że w mojej rodzinie zupełnie nie używało się alkoholu.
   Mojemu uzależnieniu sprzyjało także to, że dość wcześnie wyrwałem się spod opieki rodziców. Mój ojciec wskutek medycznego zaniedbania przez czternaście lat był przykuty do łóżka. Mama co prawda pracowała, ale dobrze było, kiedy mogłem na siebie zarobić. Uniezależniałem się finansowo i coraz trudniej było upilnować małego Januszka. A ponieważ graniu jazzu dość powszechnie towarzyszył alkohol, więc szybciutko się przyzwyczaiłem. Panowało wtedy tragicznie niemądre przeświadczenie, że jazz wymaga tego, żeby się "rozluźnić", że rausz to tyle co jazzowy feeling. Dziś już wiem, że tego, kto nie potrafi sobie poradzić bez używek, prędzej czy później spotka tragedia. Tylko że ta świadomość przychodzi za późno. W konsekwencji już na początku lat 60. byłem dobrze zaawansowany w nałogu.
   Wielu ludzi mówi, że alkohol pod jakimś względem bywa dobrem. To nieprawda - ten, kto twierdzi, że mu to pomaga, popełnia błąd w rozumieniu siebie. To jest doraźne znieczulenie polegające na uśpieniu pewnej czujności. Wtedy rośnie odwaga, która jednak na dłuższą metę okazuje się samobójcza. Co się dzieje z pijanym kierowcą? On jedzie brawurowo, tylko krócej...
   Często powtarzaną brednią jest przekonanie, że używki sprzyjają rozwojowi sztuki, że po alkoholu czy narkotykach w człowieku wyzwala się jakiś szczególny artystyczny zmysł. Nie przeczę, że tak się zdarza, bo można dać przykłady bardzo wybitnych ludzi, którzy tak właśnie tworzyli. Ale czy któryś z tych wielkich powiedział kiedykolwiek, że nałóg mu rzeczywiście pomaga? Miles Davis, który sam borykał się z alkoholem i narkotykami, mówił swoim uczniom: jak chcecie grać, nie ważcie się zaczynać z używkami. Właśnie ci ludzie, którzy sami byli dotknięci uzależnieniem, dobrze to wiedzą. Podziwiamy tych genialnych twórców, którzy tkwili w rozmaitych nałogach, ale nie wiemy o tym, ile stracili za sprawą alkoholu czy narkotyków.
   Alkohol sprzyja nawiązywaniu kontaktów, wzmaga wesołość i towarzyskość. Ale tylko w pewnych dawkach, bo ten, kto porządnie się napije, robi się agresywny i szuka zaczepki. Problem polega na tym, iż wbrew temu, co mówi się w telewizji, że jesteśmy tacy radośni, weseli i w ogóle "naj" - ludzie są po prostu smutni. Ja sam pod wpływem alkoholu stawałem się duszą towarzystwa, przychodziły mi do głowy różne wariackie pomysły i dowcipy, których na trzeźwo bym nie wymyślił, ale byłem jakby wesoły ze smutku, z bezbronności, żeby nie dać się zwariować... Uciekając w sztuczne rozbawienie, szybko gubiłem miarę w piciu. Nie oznacza to jednak, że musi to spotkać każdego. Mam takie przekorne powiedzonko - ten, kto nie pije, może pić. Kiedyś w programie Wódko, pozwól żyć ujął to jeszcze ostrzej mój kolega Tomasz Stańko, który powiedział: "Alkohol? To jest piękna sprawa..." Bo przecież to jest również dar Boży - taki papierek lakmusowy Pana Boga, który chce zobaczyć, jak człowiek sobie z nim poradzi.
   Po kilkunastu latach picia zaczęło mi być coraz ciężej. Dotychczasowe dawki okazywały się niewystarczające, coraz krócej trwało to doraźne znieczulenie. Zaczęły zdarzać się jakieś niemiłe przypadki: pierwsze objawy zapominania (najpierw wylatywały z głowy fragmenty, potem większe całości). Przyszedł moment, że bez używki byłem rozedrgany nerwowo, niezdolny do grania. W pewnym momencie, a było to w połowie lat 70., postanowiłem z tym skończyć. Mieszkałem wtedy w Warszawie. Po miesiącu abstynencji pomyślałem, że jednak radzę sobie i w życiu, i w pracy, chociaż troszeczkę jest nie za wesoło... Ale można. Po trzech miesiącach pomyślałem, że jestem gość i przyszła mi do głowy taka myśl: czy taki gość, który nie potrzebuje alkoholu, to on tak w ogóle - ani łyczka, ani kropelki? Przecież taki gość, którego nie ciągnie w ogóle do alkoholu, może swobodnie wypić lampkę wina. Środowiskowym miejscem spotkań była wtedy piwnica u Wandy Warskiej, gdzie przesiadywaliśmy ze śp. Andrzejem Trzaskowskim i towarzystwem... Wandzia wiedziała już, że zrobiłem stop, ale po tych swoich rozmyślaniach podszedłem do baru i mówię: "Wandeczko, poproszę lampeczkę wina". "Tak, Jasieńku... Na pewno się nie zapomniałeś?" - pyta. "Nie - odpowiadam - w ogóle mnie nie ciągnie, ale wiesz, jedną lampkę uważam, że każdy może wypić". A Wandzia: "A jaką chcesz: małą czy dużą?" Jakoś samo mi się powiedziało, że dużą. Wypiłem tę szklankę wina i zastanawiam się: ciągnie mnie czy nie ciągnie? No, w ogóle mnie nie ciągnie. Skoro tak, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taki gość, który nie pije, wypił sobie dwie lampki wina. Zamówiłem więc drugą lampkę i w tym momencie zadziałał diabelski impuls i było już po przerwie.
   Potem z Warszawy przeniosłem się z powrotem do Krakowa. Następny etap okazał się jeszcze trudniejszy, bo w miarę upływu lat może już być tylko coraz gorzej. W moim życiu, w domu, w małżeństwie działo się bardzo źle. Najfatalniejsze w przypadku picia jest to, że człowiek uzależniony po prostu nie dostrzega cierpienia drugiego człowieka. On odbiera na zupełnie innych falach i jest przeważnie sam ze swoim wiecznym pragnieniem, choć bardzo potrzebuje innych - rodziny, przyjaciół - bo największą dla niego udręką jest zupełna samotność. Alkohol sprawia, że człowiek łatwo popada w skrajności - albo jest zły na otoczenie, bo z chęcią by się z niego w pewnym momencie wyrwał (dzwoneczek w głowie już dzwoni), a tu - to musi, tamto musi, albo też staje się zanadto wylewny, nienaturalny, nadmiernie przyjazny. Dopóki alkohol służył mi tylko do przezwyciężenia smutku, nie było tak źle, ale kiedy zaczął stawać się lekarstwem na problemy, to była już zupełna klęska. Sęk w tym, że człowiek słyszy głosy mądrych ludzi, ale jak dziecko, dopóki się nie poparzy, na nic nie zważa.
   Pod koniec lat 70. po raz kolejny postanowiłem skończyć z piciem, ale wytrzymałem już tylko 2 tygodnie. Pamiętałem o tych poprzednich 3 miesiącach i znów pomyślałem sobie: "Dobrze, nie będę pił, ale czy tak ma być już do końca? No jak to? Nie wyobrażam sobie tego. Ale jeśli nie do końca, to po co ja się męczę? Po co ja się oszukuję?" I znów pierwszy bal i było po wszystkim.
   Przełomowy okazał się dzień 13 stycznia 1986. Dokładnie pamiętam tę datę. To była jedna sekunda... Wracałem z jakiejś trasy koncertowej pociągiem i nagle w jednym błysku wyobraziłem sobie potężną górę zła i szkód związanych z piciem. Poczułem, że wszystko to zostało tam za mną, a ja wraz z moim pociągiem oddalałem się od tej góry. W przypadku wcześniejszych przerw zawsze zostawiałem sobie gdzieś na odległym horyzoncie takie światełko - mały kieliszek. A w tym momencie zorientowałem się, że go już nie ma, że zniknął i pomyślałem sobie - choćbym żył jeszcze dwa dni, tydzień, miesiąc, będzie to sukces. Przyjechałem do domu. Żona popatrzyła na mnie, nie mogąc ukryć niezadowolenia, ale jak zwykle była wyrozumiała i gotowa przyjąć kolejne kłamstwa: że to ostatni raz, że nigdy... Ale ja stanąłem przed nią: "Haniu mam to już za sobą". Oświadczyłem to normalnie, nic nie obiecując, nie wpadając w euforię. Coś w tym musiało być, bo żona po raz pierwszy w życiu powiedziała: "To dzięki Bogu". Od tamtego czasu do dziś mam już spokój.
    W tym doświadczeniu nie było nic euforycznego czy mistycznego, ale czułem wyraźnie, że otrzymałem dar od Boga, bo mnie to nic nie kosztowało. O ile wcześniej miotałem się, a wysiłek walki z sobą to ogromna męka, o tyle teraz przyszło to zupełnie bezboleśnie. Tego momentu nie poprzedziła bezpośrednio taka udręka, zmaganie ze sobą. Dlatego był tak wyjątkowy. Nie pojawiły się też wtedy żadne nowe argumenty, które miałyby mnie utwierdzić w postanowieniu, by zerwać z alkoholem - wiedziałem tyle samo co wcześniej. Z drugiej strony jednak niemal fizycznie poczułem, że się unoszę. Jakby mi zdjęto z ramion jakiś makabryczny ciężar. Co ciekawe, zdrowieniu nie towarzyszyły żadne uboczne dolegliwości - większość teoretyków przestrzega, że w momencie odstawienia alkoholu cały organizm zaczyna się buntować, pojawiają się rozmaite choroby... Ja nic takiego nie odczułem. Mało tego, nie przeżyłem nawet ostatniego kaca, który mi się przecież należał.
   Po paru dniach spotkałem na krakowskim Rynku mojego przyjaciela - Jana Budziaszka. Swego czasu on także miał spore "osiągnięcia" alkoholowe, ale dzięki wspólnocie u oo. Dominikanów wyszedł z nałogu. Mówi do mnie: "Cześć, Janeczku. Muszę ci coś powiedzieć, ale możesz to źle odebrać. Może się nawet na mnie pogniewasz, ale coś mi kazało tak właśnie zrobić. Wiesz, mieliśmy spotkanie naszej wspólnoty, w sumie było nas kilkaset osób. Poczułem nagle impuls i zawołałem: A wiecie co, ludzie kochani? Pomódlmy się chwileczkę, żeby Janek Muniak przestał pić". Zamurowało mnie. Powiedziałem mu wtedy, że właśnie kilka dni temu przestałem pić. Dopytałem go o szczegóły i jestem pewien, że ta modlitwa nastąpiła dokładnie w tym momencie, kiedy jechałem pociągiem. Wynika z tego, że decyzja, którą podjąłem, nie była wyłącznie moja własna - najwidoczniej zapadła wyżej. Szczerze czuję, że pomogła mi Siła Wyższa. A że potwierdził to kolega Budziaszek, więc nie wypada mi nic innego, tylko w to wierzyć.
   Od tego czasu nie mam już zupełnie żadnych pokus. Owszem, przychodzi do głowy myśl o alkoholu, ale jest już odsuwana jakby w zalążku. I nic mnie to nie kosztuje. Pytam tylko siebie: "Aha, tu przede mną stoi butelka. Czy ja tego chcę? Nie". Jestem pewien, że mógłbym wypić toast i nie spowodowałoby to nawrotu, ale z drugiej strony jestem tak obrażony na ten płyn, że go po prostu nie tknę.
   Życzę wszystkim obarczonym, żeby doznali takiego momentu olśnienia, ale temu trzeba pomóc. Mówi się o silnej woli, ale z mojego doświadczenia wynika, że właśnie nie należy się zmagać, bo tu nie ma bohaterów. Trzeba skończyć z tym ciężkim problemem. Porównuję zerwanie z nałogiem do gaszenia światła. Człowiek zarzeka się, że nie będzie już pił, ale to światełko ciągle się tli. Tymczasem każdy ma dostęp do wyłącznika i należy po prostu zgasić to światełko. To, że nie jest tak wesoło jak dawniej, wcale nie jest ważne. Wszelkie przyjemności związane z piciem alkoholu przestały być dla mnie atrakcyjne. Jedyne, co mi pozostaje, to dziękować Panu Bogu i odczuwać to permanentnie.
   
JANUSZ MUNIAK, ur. 1941 w Krakowie, saksofonista jazzowy, niegdyś członek zespołów Andrzeja Trzaskowskiego (m.in. płyty: Andrzej Trzaskowski Quintet i Andrzej Trzaskowski Sextet), Tomasza Stańki (m.in. płyty: Music for K. oraz Jazz Message from Poland) i solista Studio Jazzowego Polskiego Radia prowadzonego przez Jana "Ptaszyna" Wróblewskiego. Od połowy lat 70. jest liderem własnych zespołów, przez które przewinęli się najzdolniejsi muzycy młodszego pokolenia (m.in. płyty: Not So Fast, One and Four). Prowadzi w Krakowie klub jazzowy "U Muniaka", gdzie regularnie koncertuje.

   2002 SIW Znak, Piotr Poniedziałek