SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579
Konkurs na esej
Księga gości
Fundacja
|
Czym jest nieobojętność? Czy rzeczywiście tak rzadko występuje i tak bardzo jest upragniona? Kiedy słyszę o "społeczeństwie nieobojętnych", myślę nie tylko o ludziach przyjaznych innym, reagujących na bliźniego, skłonnych do współpracy dla zbudowania czegoś, co dobre. Nieobojętni będą przecież także ci ogarnięci emocjami zupełnie odmiennymi: oburzeni, zgorszeni, płonący "świętym gniewem". Albo agresywni w proteście, który też spaja, choćby na krótko; pragnący wyrazić, a nawet wykrzyczeć postawę na "nie". Nieobojętni są zbierający się w imię niezaspokojonych roszczeń, skrzywdzeni we własnym przekonaniu (nieważne, czy obiektywnie słusznym), ludzie mający wroga i mobilizujący się przeciw niemu. Fanatycy wreszcie.
Spoiwo, jakie łączy w społeczność grupę w taki właśnie sposób nieobojętną, nie ma wiele wspólnego z tą więzią, która powstaje w społeczności chcącej koniecznie stworzyć razem coś dobrego, co zapobiegnie krzywdzie innych, zmieni na trwałe stosunki wokół nich, uczyni świat bardziej przyjaznym także na przyszłość. Nieobojętny jest organizator osiedlowego sprzątania okolicy, ale także antyglobalista demolujący ulicę, na której postanowił demonstrować. W dniu, w którym to piszę, partia nieobojętnych zjechała do Warszawy, by wykrzyczeć swój program wyłącznie negatywny, pełen gróźb pod adresem wszystkiego i wszystkich, bez krzty choćby propozycji uczynienia razem czegokolwiek dla dobra wspólnego. Doniesienia z ogarniętych okrucieństwem wojny miejsc Ziemi Świętej też są świadectwem jaskrawej, tragicznej nieobojętności, przy której tęsknić się zaczyna za odrobiną postawy dystansu, powściągliwości, opanowania, niechby i dyktowanego mniejszym zaangażowaniem w to, co się dzieje, odrobiną niewiary w przekonanie, że walka z wrogiem jest jedynym celem życia jakiejkolwiek zbiorowości.
Ta refleksja każe pamiętać, że budując "społeczeństwo nieobojętnych", dokonujemy wyborów niejako wielostopniowo. Najpierw odpowiadając sobie, z jakich źródeł czerpać mają te postawy, o które tak bardzo nam chodzi, a potem szukając przyczyn, dla których nie rodzą się one ani tak łatwo, ani tak prosto, jak by się chciało. Tutaj ograniczę się do jednej tylko przestrzeni naszego polskiego życia społecznego i wszystkich zawartych w niej uwarunkowań. Taką przestrzenią (w sensie i społecznym, i religijnym) jest na pewno parafia - dziedzina i teren, które mogą nieść nadzieję w naszym budowaniu więzi braterstwa i współczucia. Niestety, możliwości parafii w tym względzie nie są, w znacznej mierze, wykorzystane, a często nawet są marnowane.
Parafia to rzeczywistość dana wszystkim, miejsce, które z racji samej swej specyfiki gromadzi zespół ludzi mogący stać się wspólnotą. Zespół ten ma zagwarantowany autorytet, a porządek ten opiera się na wartościach niematerialnych. Dla człowieka głęboko wierzącego parafię przenika dostrzegalna, wieloraka więź sakramentalna łącząca wszystkich gromadzących się co tydzień w kościele, a na co dzień żyjących obok siebie. Parafia ma zatem wszelkie dane ku temu, by być społecznością nieobojętnych. Musi jednak o sobie dużo wiedzieć - to po pierwsze. Im więcej wie, tym budowa tej więzi jest prostsza. Ogłoszenia parafialne (a także gazetka, jeśli takowa wychodzi) stanowią źródło wiedzy o ludziach, którzy się na tę społeczność składają: rodzą się w niej i umierają, przyjmują sakramenty, obchodzą jubileusze, wspólnie świętują. Ludzie ci mogą być od ołtarza wzywani do pomocy przy każdym dobrym dziele i do zaradzania biedom, o których jeszcze nie wiedzą. Mają się oni martwić brakami parafii i cieszyć jej osiągnięciami. Mają wiedzieć, do czego i kiedy mogą być przydatni.
Przede wszystkim jednak tę "społeczność nieobojętnych" tworzy z nich liturgia eucharystyczna. Niosący do tego samego ołtarza jeden chleb i przyjmujący go potem w cząsteczkach, z których każda zawiera tego samego Boga-Człowieka, właśnie przed ołtarzem znajdują najgłębszą motywację do przejmowania się sobą nawzajem i całym Kościołem, w którym żyją. Szczególnie wyraziście (w teorii) uprzytamnia im to w każdą niedzielę modlitwa wiernych. Modlitwa po to do Mszy wprowadzona - i marnowana w sposób budzący głęboki żal. Zamiast być wyrazem prawdziwych potrzeb ludzi stojących przed ołtarzem, jest jeszcze jedną formułką przygotowaną odgórnie i posłusznie czytaną - praktycznie zawsze przez celebransa. Trzeba dopiero szczególnych okazji, żeby w tej modlitwie pojawiły się bodaj imiona nowożeńców czy zmarłych, za których odprawiana jest Msza św. Trzeba dopiero "wypominków" zaduszkowych, żeby do głosu doszły litanie imion bliskich zebranym. A gdzie okazja, by ktoś wyszedł przed ołtarz i po prostu poprosił o modlitwę w sprawie, która mu leży na sercu? Taka praktyka jest nie do pomyślenia. Od dwudziestu przeszło lat Papież wzywa z niedzielnego okna do modlitw w intencji palących spraw świata i Kościoła. Wymienia fakty i miejsca na ziemi, ku którym kieruje swą szczególną troskę. Owszem, wtedy i my z nim to robimy - ale w trakcie parafialnej Mszy już nie. Nawet nam to do głowy nie przyjdzie. Ba, my się przecież nawet nie modlimy już o pogodę przed żniwami czy deszcze na siewy, co w moim dzieciństwie było praktyką powszechnie znaną. Nie słychać, byśmy prosili o zdrowie Papieża, kiedy dowiemy się, że gorzej się czuje. Ani na przykład o pomyślność obrad Episkopatu, akurat wtedy radzącego. I tak dalej i dalej. Jeśli będzie to zapisane, zadekretowane, nadesłane do przeczytania - wtedy się tak zrobi, ale spontanicznie - nie. A potem znak pokoju przemyka się jedynie jakimiś kiwnięciami głów albo uściskiem ręki tylko z osobą i tak najbliższą, a kiedy przychodzi dzielenie Eucharystii, zamieniamy się w zbiorowisko ludzi doskonale pojedynczych, przeciskających się do rozdzielającego Komunię księdza jeden przez drugiego, osobno, pospiesznie, tak jakby to nie był jeden chleb, lecz masa osobnych komunikantów, których może zabraknąć.
Odpowiedź parafian na zachęty o podejmowanie wspólnie jakichś działań, ich ofiarność w zbiórkach, ich nieskłonność do podziałów na lepszych i gorszych, do szukania wrogów, do podejrzliwości i nieufności, która jak głębokie rany znaczy teraz tyle środowisk katolickich, jest współmierna - w moim przekonaniu - do tego, w jakim stopniu żywe jest życie sakramentalne parafii, w jakim stopniu parafianie tworzą wspólnotę już przed ołtarzem i w modlitwie. Tutaj wszystko się zaczyna.
JÓZEFA HENNELOWA, publicystka, zastępca redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego", była posłanka na Sejm. Wydała ostatnio: Votum Separatum. Publicystyka 1982-1999 (Kraków 2000) oraz Bo jestem z Wilna. Z Józefą Hennelową rozmawia Roman Graczyk (Kraków 2001).
W tym miesiącu polecamy uwadze Państwa następujące inicjatywy:
FUNDACJA ZAPOBIEGANIA I RESOCJALIZACJI UZALEŻNIEŃ "NADZIEJA"
43-346 Bielsko-Biała, ul. Barkowska 167 c
tel.: (+33) 816-07-67
Fundację "Nadzieja" założyli w 1990 roku profesorowie i studenci KUL. Jej celem jest zapobieganie i leczenie uzależnień. Fundacja prowadzi poradnię, telefon zaufania i dwa ośrodki leczenia przyjmujące osoby z całej Polski. W 1995 roku zaczęto również zakładać hostele dla bezdomnych i opuszczonych. Aby dotrzeć do jak najmłodszej grupy zagrożonej narkomanią i innymi uzależnieniami, w 1999 roku rozpoczęto tworzenie świetlic środowiskowych dla dzieci.
Przez 10 lat realizacji programu około 300 młodych ludzi opuściło ośrodek z całkowitą lub częściową poprawą. Pomoc w poradniach i punktach konsultacyjnych otrzymało około 2000 rodziców i młodzieży.
Problemem jest jednak brak wyspecjalizowanej kadry (choć ostatnio sytuacja uległa poprawie) i konieczność ciągłego szukania sponsorów, co pochłania dużą część energii i czasu wolontariuszy pracujących w Fundacji.
STOWARZYSZENIE PROMOCJI PRZEDSIĘBIORCZOŚCI
ul. Słowackiego 7a, 35-060 Rzeszów
tel.: (+17) 852-45-23; fax.: (+17) 852-45-28
Stowarzyszenie istnieje od 1992 roku, stawiając sobie za cel rozwój gospodarczy regionu południowo-wschodniego. Wykorzystując niemal wyłącznie własne środki finansowe, zajmuje się kształceniem przedsiębiorców, integrowaniem tego środowiska, tworzeniem dla niego infrastruktury szkoleniowej i informacyjnej, a także działalnością badawczą.
Stowarzyszeniu udało się stworzyć kilka placówek o charakterze edukacyjnym: Liceum Ogólnokształcące w Rzeszowie (1992), Policealne Studium Zawodowe w Rzeszowie i Tarnowie (1993), Policealne Studium Zawodowe w Dębicy i Jarosławiu (1995), Wyższą Szkołę Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie (1996), Policealne Studium Zawodowe w Leżajsku i Zamościu (1997), Wyższą Szkołę Administracji i Zarządzania w Zamościu (1997), Gimnazjum w Rzeszowie (1999).
|