SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579
Konkurs na esej
Księga gości
Fundacja
|
"Najczęściej słyszę, że z tych dzieci nic nie wyrośnie. Właśnie przeciwko takim opiniom się buntuję, bo wiem, że tworząc dzieciom dobre warunki rozwoju ich predyspozycji i zainteresowań, daję im szansę stać się muzykami, dziennikarzami czy aktorami, a przede wszystkim ludźmi, którzy przez życie będą iść z szacunkiem i z wyrozumiałością dla innych".
Autor tych słów, Jacek Pikuła, ma trzydzieści cztery lata. Od 13 lat pomaga dzieciom z biednych katowickich rodzin1. Zorganizował dla nich świetlicę i klub, stwarza im warunki do nauki. Placówkę humanitarno-opiekuńczą "Dzieciaki Jacka" założył w 1990 roku przy zborze ewangelickim w Katowicach. Nieliczna wtedy grupka jego podopiecznych mogła tam spożyć posiłek, odrobić lekcje, uczyć się angielskiego. Koncerty, imprezy, kursy i wycieczki zaczęły z czasem przyciągać coraz więcej dzieci. Trzeba było znaleźć dla nich nowe, większe miejsce.
"Na ulicę Graniczną trafiliśmy, szukając takiej siedziby dla naszej placówki, która pomieściłaby wszystkich chętnych - mówi Jacek Pikuła. - Budynek podarowany przez Urząd Miasta Katowice był na początku całkowicie zdewastowany. Własnymi środkami wyremontowaliśmy go, razem z dziećmi wytapetowaliśmy, osadziliśmy okna, zrobiliśmy podłogi. Zagospodarowaliśmy 400 m2 powierzchni użytkowej". Tym sposobem przy ulicy Granicznej powstała świetlica, klub dziecięcy, hotelik dla dzieci będących ofiarami przemocy, a także stolarnia i Klub Globtrotera. "W organizowanych przez nas imprezach z okazji Świąt, Mikołaja czy Dnia Dziecka uczestniczy rocznie nawet 5000 dzieci z ubogich rodzin" - podkreśla Pikuła.
20 czerwca tego roku ośrodek jednak zamknięto. Budynek należący do "Dzieciaków Jacka" został przeznaczony do rozbiórki, ponieważ w tym miejscu ma przebiegać trasa średnicowa. Decyzji nie da się już, niestety, cofnąć. Jacek Pikuła dowiedział się o planach zagospodarowania tego terenu już po zakończeniu remontu. Urząd Miasta obiecał mu więc inny dom. Ale "ten budynek przekazano o rok za późno. To zdewastowana kamienica wymagająca znowu generalnego remontu. Ja nie mam wielkich wymagań, ale chciałbym, aby dzieci, którymi się opiekuję, miały chociaż w połowie tak dobre warunki, jak sprawcy ich nieszczęść w katowickiej izbie wytrzeźwień", mówi Pikuła.
Rzecznik prasowy UM w Katowicach tłumaczy tę sytuację brakiem lokali o wymaganym przez Pikułę standardzie. "Nam też przecież bardzo zależy na funkcjonowaniu jego placówki. Gdyby przestała istnieć, byłaby to dla Katowic duża strata. Wiem, że teraz Jacek remontuje już ten nowy dom".
Tymczasem nie tak łatwo zdobyć pieniądze - narzeka szef "Dzieciaków". Na razie trwa poszukiwanie sponsorów: rozesłał kilkaset listów z prośbą o pomoc. Nie ma jednak zbyt wielu ofiarodawców. Najczęściej pomagają mu mali, wcale nie bogaci przedsiębiorcy lub rzemieślnicy. Przekazują po tysiąc, dwa tysiące złotych. Na sto banków odpowiedział tylko jeden, a spore przedsiębiorstwo telekomunikacyjne swoją odmowę uzasadniło tym, że... dotuje jedynie duże przedsięwzięcia. Ale Jacek Pikuła ciągle jest optymistą. "W pokonywaniu tych wszystkich trudności - mówi - pomaga mi pogoda ducha i dzieci, które wnoszą w moje życie koloryt i sens".
Według katowickiego MOPS w mieście jest około 3500 dzieci, które powinny otrzymywać pomoc socjalną. Te w najgorszej sytuacji mogą korzystać z pomocy kilkunastu świetlic środowiskowych w mieście. Jedną z nich, stale współpracującą z MOPS-em, jest świetlica Pikuły, która może przyjąć osiemdziesięcioro dzieci. Zdaniem Barbary Kowalczyk, dyrektor katowickiego MOPS, placówka Jacka jest wyjątkowa: "On w jej działalność angażuje się całkowicie, poświęca temu życie, swoją postawą pokazuje, jak można pomagać ludziom. Choć może sprawiać wrażenie idealisty bujającego w obłokach, w rzeczywistości jest niesłychanie sprawnym organizatorem i menedżerem, potrafi z ruder zrobić wspaniałe rzeczy, ma wiele talentów. Jego zapał i zaangażowanie sprawiają, że zdobywa sponsorów i właściwie jest niezależny. Od władz samorządowych otrzymuje tylko niewielkie dotacje".
Oddajmy głos Jackowi Pikule: "Dostajemy niewielkie fundusze na osiemdziesięcioro dzieci, podczas gdy do świetlicy przychodzi ich zwykle około setki. Staram się przyjąć jak najwięcej potrzebujących, ale są oczywiście pewne ograniczenia". Do świetlicy mogą przychodzić tylko dzieci z rodzin ubogich posiadające aktualną decyzję administracyjną wydaną przez tutejszy ośrodek, do klubu natomiast może przyjść każde dziecko potrzebujące pomocy, jeśli tylko jest miejsce. Zajęcia są tak organizowane, by dzieci nie miały czasu się nudzić ani psocić. "Sprzątają, obierają ziemniaki, tłuką kotlety, są cały czas czymś zajęte. Za swoją pracę otrzymują specjalne kupony-pieniążki, za które mogą sobie coś kupić w sklepiku. Jedna dziewczynka za to, że regularnie przez rok pomagała, ťkupiłaŤ sobie rower górski. W ośrodku panują jasne reguły - jeśli coś jest nie tak, mówię o tym głośno. Jeśli ktoś komuś coś ukradnie, co też czasem się zdarza, to nie ukrywamy tego. Teraz, ze względu na przeprowadzkę i remont, nasza działalność trochę osłabła, ale nie zamarła zupełnie. W ruinach nowej placówki raz lub dwa razy w tygodniu spotykają się z dziećmi wolontariusze. Chciałbym przyspieszyć prace remontowe i oddać dom do użytku na Boże Narodzenie. Teren jest wystarczająco duży, by - prócz ponownego uruchomienia dotychczasowej działalności, czyli świetlicy, klubu oraz hoteliku - mógł powstać tutaj jeszcze plac zabaw przystosowany dla dzieci niepełnosprawnych oraz mieszkanie dla dwóch dziewcząt, które zostały pobite i zgwałcone. Pracy jest bardzo wiele, a brakuje nam jeszcze 200 tysięcy. Przy remoncie zostało zatrudnionych dziesięciu bezrobotnych, którym przecież musimy zapłacić..."
Jacek Pikuła przyjmuje każdą pomoc. Tradycją już stały się jego uliczne występy w centrum Katowic, gdzie codziennie przez trzy godziny gra na gitarze i śpiewa. Mówi, że dzięki wsparciu przechodniów może kupić dzieciom pomoce szkolne albo przygotowywać im podwieczorki. Jeśli udałoby się zebrać kwotę potrzebną na ukończenie remontu i ponownie otworzyć ośrodek, dzieciaki Jacka znowu miałyby dom.
Placówka Humanitarno-Opiekuńcza "Dzieciaki Jacka"
40-008 Katowice, ul. Graniczna 3
(+32) 259-87-03, 0501-931-581
www.dzieciakijacka.republika.pl
DOROTA ROGALA, ur. 1974, absolwentka filologii polskiej UJ i dziennikarstwa PAT, pracuje w Wydawnictwie Znak.
1 Jacek Pikuła otrzymał za swoją działalność społeczną m.in.: nagrodę Ministra Pracy i Polityki Społecznej, nagrodę Wojewody Katowickiego, Honorową Odznakę Miasta Katowice i Order Uśmiechu.
W tym miesiącu polecamy uwadze Państwa następującą inicjatywę:
Międzynarodowy Dom Spotkań Młodzieży
32-600 Oświęcim, ul. Legionów 11
tel./fax (+33) 843-12-11, 843-21-07
mdsmijbs@oswiecim.petex.pl
W pół drogi między rynkiem w Oświęcimiu a bramą obozu, w szarej, zaniedbanej przestrzeni zauważyć można kilka przejrzystych, otwartych w kierunku dziedzińca-ogrodu pawilonów. To Międzynarodowy Dom Spotkań Młodzieży - jedna z tych instytucji, które złowrogą historię Auschwitz starają się przekształcić w coś owocującego dobrem.
Aby to miejsce refleksji, pracy i nauki mogło powstać, potrzeba było wielu lat. Kiedy w latach 60. niemieccy ewangelicy z organizacji Znaki Pokuty zaczęli mówić o konieczności stworzenia takiego centrum właśnie w Oświęcimiu, natrafili na opór zarówno w Polsce, jak i w Niemczech: było jeszcze za wcześnie. Dopiero w 1986 roku, gdy przyszli im z pomocą byli więźniowie obozu, w ciągu pół roku udało się nie tylko sformalizować sprawę, ale i doprowadzić do końca budowę.
Dziś do MDSM na kilkudniowe, a nawet kilkutygodniowe seminaria przyjeżdżają głównie Niemcy i Polacy, ale coraz częściej zaglądają tu przedstawiciele innych krajów, także młodzi Izraelczycy. Zwiedzają Auschwitz, Birkenau i wieś Monowice (gdzie kiedyś znajdowała się trzecia część obozu), a potem rozmawiają: o pokojowym rozwiązywaniu konfliktów, o mniejszościach etnicznych, o dialogu międzyreligijnym, o przyszłości Europy. Dyskusje przekształcają się w zadania: młodzi architekci opracowali kilka studyjnych projektów zagospodarowania kompletnie zrujnowanej ulicy Berka Joselewicza, wydano książkę - wspomnienia mieszkańców przedwojennego Oświęcimia, a o wernisażach, wieczorach poetyckich i meczach piłki nożnej, w których uczestniczą również mieszkańcy miasta, długo można by opowiadać.
Idea różnego rodzaju domów spotkań narodziła się w Niemczech i wynika zarówno z kilkuwiekowej tradycji "Bildung", jak i z ogromnego wysiłku duchowego, moralnego i intelektualnego, jaki to społeczeństwo podjęło po wojnie, aby rozliczyć się z nazistowską przeszłością. Dziś instytucje te znaleźć można także w Polsce, Francji, Holandii. Podejmują też zupełnie nowe zadania. W Heinrich Pesch Haus (Ludwigshafen) regularnie spotykają się młodzi dziennikarze ze Wschodu i Zachodu, aby uczyć się od siebie nawzajem zawodowego warsztatu, a w jezuickim "Theodocos" (Gliwice) spotykają się protestanci, katolicy i prawosławni, a kto wie, czy wkrótce nie dołączą do nich przedstawiciele islamu. Aktywność tych instytucji to dowód, że praca nad pamięcią może być konstruktywna.
Agnieszka Sabor
|