|
Temat
miesiąca
Posłuszeństwo
w Kościele epoki postindustrialnej
Krzysztof Paczos MIC
Można potępić rozwiązanie, jeśli jest fałszywe,
ale nie można potępić problemu.
Yves Congar
Jak postąpiłby dzisiaj Teilhard de Chardin? Co zrobiłby
lub co powinien zrobić? Odejść do innego zakonu? Opublikować swoje
dzieła w Internecie? A może w ogóle nie miałby problemu z posłuszeństwem?
Nie spotkałby bowiem tak krótkowzrocznych przełożonych, chcących
pozbawić głosu człowieka w czasach, kiedy głos mają nawet dzieci.
Starym, dobrym zwyczajem zacznę od pewnego kazusu z życia francuskiego
jezuity, naukowca i filozofa Pierrea Teilharda de Chardin. Jak
wiadomo, jego wolny umysł i śmiałość poszukiwań budziły liczne kontrowersje.
Przełożeni zakonni zabraniali mu publikowania przemyśleń innych
niż te z zakresu uprawianej przezeń paleontologii. To go jednak
nie zniechęciło. Teilhard spisywał swe refleksje filozoficzne i
teologiczne i dzielił się nimi z najbliższymi przyjaciółmi. Dzięki
radzie jednego z owych przyjaciół swoje rękopisy powierzył nie zakonowi,
ale zaufanej sekretarce.
W bardzo wczesnych notatkach o. Teilharda de Chardin (z czasów
pierwszej wojny) można znaleźć zapisy świadczące o tym, że zdawał
on sobie sprawę z nowatorskiego charakteru swych myśli. Świadom
trudności, z jakimi spotkać się musi próba ich publicznego ujawnienia
w ówczesnym, pochłoniętym walką z przejawami modernizmu Kościele,
przewidywał zakaz ich publikacji. Zakaz ten, któremu jako zakonnik
się podporządkował, przyjął jednak nie bez wewnętrznych rozterek
i z bólem.
Teilhard pragnął, żeby po jego śmierci wydaniem rękopisów, które
pozostawił, zajął się komitet naukowy złożony z sześciu zaufanych
ludzi (trzech wierzących i trzech niewierzących). Komitet ten nie
zdążył się jednak ukonstytuować wcześniej zmarła bowiem jedna
z powołanych do niego osób. Powstała natomiast ,,szersza instytucja,
która niemal natychmiast po śmierci uczonego jezuity zajęła się
publikacją jego dorobku.
Postawa Teilharda de Chardin wobec kościelnego autorytetu budzi
liczne pytania. Czy był on rzeczywiście posłuszny, przygotowując
jeszcze za życia pośmiertną publikację swych dzieł? Czy doskonałe
posłuszeństwo nakazywałoby całkowitą rezygnację z rozpowszechnienia
swoich przemyśleń zarówno przed, jak i po śmierci? Czy trudności,
jakie napotkał Teilhard, dotyczą tego, co istotnie wiąże się z ewangelicznym
posłuszeństwem czy może raczej z pewną praktyką kościelnego posłuszeństwa,
wyznaczoną w dużej mierze przez czynniki kulturowe, uwarunkowania
historyczne bądź też czynniki innego rodzaju, które nie należą do
istoty posłuszeństwa?
Wraz z przemianami cywilizacyjnymi zmienia się oblicze Kościoła
oraz kształt i zasady jego funkcjonowania. Zmienia się także pojmowanie
ubóstwa, czystości i posłuszeństwa - trzech rad ewangelicznych,
na których opiera się życie duchowe w Kościele. Zmienia się, wszakże
nie całkowicie. Coś tu jest niezmienne, nienaruszalne, co przetrwa
tak długo, jak długo trwać będzie Kościół. Wydobyć to ,,coś z gąszczu
zmiennych obyczajów, nawyków, stereotypów - to tak, jakby odkryć
źródło życiodajnej siły. Bóg bowiem sam kieruje Kościołem poprzez
pasterzy. On chce w swoim Kościele posłuszeństwa, ale takiego posłuszeństwa,
które zaprasza do służby zarówno tego, kto jest poddany władzy,
jak i tego, kto ją sprawuje.
Ewolucja sposobu sprawowania władzy w świecie
i w Kościele
Przyjmuje się, że cywilizacja europejska przeszła w swojej historii
trzy etapy rozwoju. W pierwszej fazie, rolniczej, powstało społeczeństwo
typu wiejskiego, wyraźnie podzielone na szlachtę, duchowieństwo
i tak zwany stan trzeci. Każda z tych grup (stanów, łac. ordo) była
elementem budowli świata, równie istotnym jak chóry anielskie.
Wiejski typ społeczeństwa ukształtował właściwy sobie model sprawowania
władzy, opartej na własności ziemskiej i zcentralizowanej, co
najwyżej, jednostopniowo (zgodnie z zasadą: wasal mojego
wasala nie jest moim wasalem). Miała ona charakter patriarchalny,
była dziedziczna i niepodważalna. I choć dotyczyła spraw świeckich,
to przecież z samej swej istoty była instytucją religijną; mówiło
się o niej nawet, że pochodzi od Boga.
Warto pamiętać, że władza kościelna
- choć w tym, co zasadnicze, oparta na niezmiennych normach wyprowadzonych
z Pisma Świętego - w każdym czasie przyjmuje
pewne cechy charakterystyczne dla danej epoki. W okresie,
o którym mówimy, biskup to prawdziwy pan feudalny, a jego władza
dotyczy również spraw ziemskich, doczesnych. Tutaj także mamy do
czynienia z centralizacją jednostopniową. I tak na przykład władza
papieża nie jest rozumiana jako władza nadrzędna; poddani jakiemuś
biskupowi w praktyce nie mogą często znaleźć instancji odwoławczej.
Z kolei patriarchalność tej władzy dobrze widać na terenie parafii:
na jej czele stoi dożywotni wikariusz jest on kimś w rodzaju opiekuna
i doradcy wspólnoty mieszkańców (ci zaś są od niego w dużym stopniu
zależni).
Drugi etap rozwoju cywilizacji stanowi społeczeństwo industrialne,
czyli miejskie (jego istotną cechą jest anonimowość). Dużą rolę
odgrywa tu mieszczaństwo, wkrótce pojawi się nowa klasa: robotnicy.
Świat jest postrzegany ,,po świecku: jako zależny w większej mierze
od człowieka aniżeli od Boga. Religia schodzi na dalszy plan - wypiera
ją filozofia i ideologia.
W fazie industrialnej władza (oparta przede wszystkim na własności
środków produkcji) to instytucja, mająca usprawnić funkcjonowanie
społeczeństwa (postrzeganego jak mechanizm), jego liczebny rozrost
i bogacenie się. Nierzadko ma ona cechy despotyczne, tłumiące wolność
jednostki. Dąży do centralizacji w ramach państwa (wspólna moneta,
bank centralny, rząd, wojsko itp.), które ma wszędzie swoich reprezentantów.
W tym sensie władza jest zcentralizowana wielostopniowo.
Centralizację widać również w Kościele. Władza papieża jest potocznie
rozumiana jako nadrzędna. I jeśli Kościół to przede wszystkim ,,Mistyczne
Ciało Chrystusa, jego ,,widzialną głową jest papież, który sprawuje
władzę poprzez swoich ,,przedstawicieli (powtarzam, że mam tu na
myśli potoczne a nie teologiczne - spojrzenie na Kościół). W tej
perspektywie kapłan to coraz bardziej raczej funkcjonariusz zbawczej
instytucji aniżeli opiekun i ojciec.
Kościół, tracąc swoje własne państwo, szuka dla siebie miejsca
w społeczeństwie. W poczuciu zagrożenia broni zatem ostatniego bastionu,
czyli sfery przeżyć i przekonań religijnych, gdzie stara się panować
w sposób absolutny. I tak pojawiają się jednolite podręczniki, ujednolicony
kodeks prawa kościelnego i na początku XX wieku - przysięga antymodernistyczna.
Swój dotychczasowy charakter tracą też parafie. W miastach parafia
(która jest strukturą wiejską) przeobraża się i powiększa do absurdalnych
często rozmiarów. Pękają więzi międzyludzkie, do głosu zaczyna dochodzić
masowość (i związana z nią anonimowość) nabożeństw odprawianych
w wielkich świątyniach.
Ostatni etap rozwoju zaczyna się wraz z pojawieniem się społeczeństwa
postindustrialnego. Zmienia się model rodziny: w przeszłość
odchodzi rodzina wielopokoleniowa (jak w społeczeństwie wiejskim)
i dwupokoleniowa (jak w społeczeństwie miejskim). W ich miejsce
pojawiają się związki nieformalne, a nawet homoseksualne. Odrzuca
się wszelkie aprioryczne struktury społeczne, podkreśla się natomiast
wagę realnych więzi międzyosobowych. Ucieka się od anonimowości,
ceniąc sobie intymność.
Wykształca się także nowy model sprawowania władzy. Znikają jej
cechy patriarchalne. Władza staje się czymś zwyczajnym, przechodnim,
mało widocznym; obywatele są wobec niej równorzędni i zyskują liczne
prawa (np. prawo do odmowy służby wojskowej).
Świat się kurczy; każdy - nawet bardzo odległy - zakątek ziemi
wydaje się leżeć w... bliskim sąsiedztwie. A wszystko to dzięki
niezwykłemu postępowi komunikacji. Realną władzę - gospodarczą,
a w konsekwencji także polityczną - zdobywają nie ci, którzy posiadają
ziemię czy środki produkcji, ale ci, którzy mają dostęp do informacji,
czyli odpowiednią wiedzę. Ta ostatnia staje się towarem najbardziej
cenionym. Dostęp do informacji i umiejętność jej przetwarzania wyznacza
nowy podział społeczny.
Czy tego chcemy, czy nie, władza nad światem spoczywa w rękach
coraz większej liczby ludzi. W obliczu zagrożeń ekologicznych i
coraz łatwiejszego dostępu do broni nuklearnej, jesteśmy - jeśli
chcemy w ogóle przeżyć jako ludzkość - skazani na solidarność i
współpracę. Nigdy dotąd indywidualne, wolne i niczym nieskrępowane
wybory zwykłego człowieka nie były tak decydujące dla losów świata.
Władza uległa rozczłonkowaniu i jeśli miałaby być na nowo zcentralizowana,
to jedynie za cenę zniewolenia, jakiego nie znała dotąd historia
świata.
Co to wszystko znaczy dla Kościoła? Od wieków opiera on swoje
duszpasterstwo na podstawowej komórce, jaką stanowi parafia. Model
taki został ukształtowany dawno temu, kiedy większość ludzi zajmowała
się uprawą ziemi, a miasta były nieliczne i słabo zaludnione. Dzisiaj
struktura opierająca się na tak przestarzałym fundamencie nie może
liczyć na przetrwanie (podobnie jak inna struktura, która pojawiła
się po rewolucji przemysłowej: tzw. Kościół mas z jego gotowością
do nieustannej walki z jakimś mniej lub bardziej rzeczywistym wrogiem).
W kręgach kościelnych coraz częściej mówi się o nowym typie parafii
jako wspólnocie wspólnot. Wydaje się, że takie rozwiązanie w bliskiej
przyszłości zmieni dotychczasową strukturę Kościoła. O przynależności
do wspólnoty - przynajmniej w mieście - w niewielkim stopniu decyduje
fakt zamieszkiwania na terenie parafii. Decydująca jest tu duchowość
tej wspólnoty oraz relacje międzyludzkie. Ludzie czują się bardziej
związani z konkretną wspólnotą niż ze swoim parafialnym kościołem,
do którego zaglądają bardzo rzadko. Punktem odniesienia przestaje
być więc teren (parafia), a nawet miejsce kultu (świątynia) - stają
się nim więzi osobowe.
Należy się spodziewać, że w niedalekim czasie wykształci się w
Kościele nowy model kapłana. Nie będzie to typ ,,księdza-urzędnika,
przebranego w uniform1 , pracującego
z masą ludzką w religijnej instytucji niczym w olbrzymiej firmie,
która odpowiada na pewne zapotrzebowanie społeczne na zasadzie makroekonomicznie
rozumianej relacji popyt?podaż. Jeśli w dzisiejszym świecie wielkie
przedsiębiorstwa przenoszą coraz więcej odpowiedzialności na szeregowego
pracownika, uznając, iż tylko on jest w stanie dostosować się do
zindywidualizowanych potrzeb klienta, to nie inaczej sytuacja powinna
wyglądać w przypadku przedsięwzięć religijnych. Jeśli chcą być one
skuteczne, muszą przerzucić większą odpowiedzialność za Kościół
nie tylko na każdego szeregowego księdza, ale również na każdego
świeckiego. Sklerykalizowany Kościół będzie nieskutecznym podmiotem
ewangelizacji, tak jak na rynku nie zdaje egzaminu zbiurokratyzowana
firma.
Kler nie jest już żadnym stanem społecznym, dlatego musi pożegnać
się z sytuacją uprzywilejowania. Duchowieństwo pozostaje jednak
stanem w Kościele i tylko na tle Kościoła (a nie na tle społeczeństwa)
jest dla siebie czymś naturalnie zrozumiałym. Niezrozumiała zaś
staje się dziś stara teologia, utożsamiająca Kościół z klerem. Prawdziwe
napięcie, które rodzi się w sercu chrześcijanina, kształtuje się
na linii: chrześcijaństwo-świat, a nie - jak to wyobrażano
sobie niegdyś - na linii: księża-świeccy.
Prezbiterzy nie mogą już dalej nieść na sobie całej odpowiedzialności
za Kościół. Nikt z własnej woli nie zechce być przecież anonimowym
członkiem jakiejś instytucji. Kapłani muszą zatem nawiązać żywe
relacje ze świeckimi na zasadzie wspólnej troski o Kościół. Prezbiter,
zakonnik, świecki potrzebują doświadczenia Kościoła jako wspólnoty,
gdzie są obecne wszystkie, wzajemnie dopełniające się powołania.
Efektywność działań duszpasterskich lub jej brak sprawi, że Kościół
będzie się przeobrażał. Przestanie być Kościołem mas, a stanie się
Kościołem wspólnot, w którym świeccy przestaną wreszcie czuć się
przedmiotami zakrojonego na szeroką skalę duszpasterstwa. Staną
się natomiast podmiotami, uczestniczącymi w misji Kościoła - swojego
partykularnego Kościoła, swojej eklezjalnej wspólnoty. Jeżeli tak
się nie stanie, poszukają sobie innego Kościoła - jeśli nie w tym
pokoleniu, to w następnym.
Ewolucja zakonnego posłuszeństwa
Od wieków zakony i wspólnoty są tym miejscem w Kościele, gdzie
powstają najśmielsze rozwiązania, dotyczące nie tylko duszpasterstwa,
ale również wewnętrznej struktury Kościoła, w tym sposobów sprawowania
władzy. To zakony jako pierwsze włączały się w przemiany cywilizacyjne,
dostosowując swoją organizację do wymogów epoki. Opactwa benedyktyńskie
ukształtowały w dużej mierze model struktury parafialnej, zakony
żebrzące stworzyły nieznany dotąd typ życia wspólnotowego w Kościele,
a powstające dziś liczne wspólnoty zakonne (i nie tylko zakonne)
wytwarzają zupełnie nowe standardy dla współczesnego Kościoła.
Te przemiany uwidaczniają się nawet w terminologii. Grupa braci
żyjących pod jednym przełożonym w epoce społeczeństwa rolniczego
to przecież zakon (łac. ordo - rząd, porządek, stan,
klasa). W społeczeństwie industrialnym nie tworzy się zakonów, ale
zgromadzenia (łac. congregatio - zjednoczenie, zebranie,
zbiórka, gmina). W dzisiejszych czasach mówi się już niemal wyłącznie
o wspólnotach (łac. communitas - zjednoczona ze
sobą grupa ludzi). Każda z wymienionych tu form życia zakonnego
cechuje się właściwą sobie strukturą i sposobem sprawowania władzy.
Podobnie zmianie ulegają nazwy funkcji przełożonych. W starych zakonach
rządził opat (łac. abbas pochodzi od aram. abba
- ojciec). Zgromadzeniami kierowali przełożeni (łac. superior
- wyższy; praepositus - postawiony na czele). We współczesnych
wspólnotach w pewnym sensie nie ma już rządzących, są jedynie odpowiedzialni
(fr. responsable).
Klasztory benedyktyńskie wytworzyły pewien model przełożeństwa
i posłuszeństwa, który nie tylko odpowiadał standardom swojej epoki,
ale w dużej mierze wyznaczał owe standardy. Przejście do nowego
paradygmatu posłuszeństwa wiązało się z powstaniem zakonów żebraczych,
zwłaszcza dominikanów. Choć Zakon Kaznodziejski zachował jeszcze
stare określenie Ordo Fratrum Praedicatorum, to jednak
struktura tego właśnie zakonu posłużyła jako model dla tworzenia
zakonnych towarzystw (societas) i zgromadzeń (congregatio).
Do XIII wieku w zakonach mniszych czy kongregacjach kanoników
regularnych przełożonym był opat, który sprawował swoją władzę dożywotnio,
niczym ojciec (patriarcha) nad wielką rodziną (klanem). U cystersów
istniała wprawdzie władza zwierzchnia nad opatem w postaci kapituły
generalnej, lecz w jej skład wchodzili wyłącznie opaci. Zakon cystersów
był zatem jakby federacją niemal w pełni autonomicznych opactw.
Dominikanie utworzyli strukturę jurysdykcyjną odpowiadającą strukturze
władzy istniejącej w niektórych ówczesnych miastach (komuna miejska
w północnej i środkowej Italii) czy państwach (kortezy w krajach
Półwyspu Iberyjskiego). Podstawową komórkę zakonu stanowił konwent.
Miał on władzę wybierania przeora i składania go z urzędu. Kilkadziesiąt
konwentów klasztornych tworzyło prowincję. Władzą nadrzędną w stosunku
do konwentu była kapituła prowincjalna, w skład której wchodzili
przeorzy oraz po dwóch przedstawicieli z każdego konwentu wybieranych
przez członków tychże konwentów. Kapituła prowincjalna wybierała
prowincjała, który rządził prowincją na czas między kapitułami.
Prowincjałowie i przedstawiciele prowincji, wybrani przez kapituły
prowincjalne, tworzyli kapitułę generalną zakonu, która była najwyższą
władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Ona też na okres kilku
lat wybierała generała zakonu.
Przełożony - przeor, prowincjał czy generał - nie był już kimś
w rodzaju ojca, sprawującego władzę nad podległymi jego wychowawczej
trosce dziećmi. Był raczej reprezentantem woli ogółu dojrzałych
i odpowiedzialnych członków zakonu. Zmieniło się też podejście do
reguły (ordo). Kiedyś to ona była tym, co rządziło zakonną społecznością.
Dominikanie przyjęli mającą wielkie konsekwencje zasadę, według
której to nie reguła i konstytucja obowiązują braci ,,pod grzechem,
ale posłuszeństwo wobec przełożonego. Do tego ostatniego bowiem
należało dostosowanie zasad ogólnych zawartych w regule i konstytucjach
(łącznie z władzą dyspensy) do konkretnej sytuacji, w jakiej przyszło
żyć i działać zakonnikom. I jeśli na przykład benedyktyni znani
byli z zasady stabilitas loci (stałość miejsca), dominikanie
dali się poznać jako zakon niezmiernie mobilny, o dużej zdolności
adaptacyjnej. Dominikanin, podległy generałowi i prowincjałowi,
mógł być przenoszony z miejsca na miejsce w zależności od potrzeb
wewnętrznych zakonu lub z uwagi na pracę duszpasterską2.
Jak powiedzieliśmy, dzisiejsze zakony noszą nazwę wspólnot (np.
Wspólnoty Jerozolimskie). To, co od razu rzuca się w oczy, gdy przebywa
się w tych młodych organizmach, to równouprawnienie (brak podziału
na tych ze święceniami i bez święceń), prostota relacji, troska
o życie braterskie. Członkowie owych wspólnot obdarzeni są dużą
wolnością, a zarazem poczuwają się do odpowiedzialności. Wierni
regule sami się od niej dyspensują, gdy zachodzi taka konieczność.
Są świadomi, że to reguła jest dla nich, a nie oni dla reguły. Z
drugiej strony znają jej wartość i nie chcą odchodzić od tego, co
sami wybrali. Właśnie ta głęboka świadomość indywidualnego wyboru
jest najtrwalszym i najmocniejszym spoiwem nowych wspólnot.
Od kilkudziesięciu lat w środowiskach zakonnych mówi się o tzw.
czynnym posłuszeństwie w opozycji do posłuszeństwa biernego (pozbawionego
inicjatywy, pomysłu na swoje życie itp.). W oficjalnych dokumentach
Kościoła wskazuje się na większą wartość relacji osobowych niż zakonnego
prawa 3, odchodzi się od wielu
- wydawało się trwałych zakonnych praktyk (np. od powszechnej
jeszcze kilkadziesiąt lat temu praktyki kontroli korespondencji).
Czy to wszystko nie stanowi znaku, iż w życiu zakonnym pojawia się
nowa świadomość? Czy to, co nas dzisiaj zaskakuje swoją śmiałością,
jutro nie stanie się czymś normalnym, bez czego nie będziemy umieli
sobie wyobrazić zakonnego życia?
Ewolucja posłuszeństwa w życiu zakonnym pokazuje nam pewien trwały
trend. Z jednej strony podkreśla się samodzielność i wolność każdej
osoby, z drugiej - kładzie się nacisk na więź między zakonnikami.
To tylko z pozoru przeciwstawne tendencje. Wolność osoby wyraża
się tu bowiem ostatecznie w głębokim, świadomym, prawdziwie wolnym
i odpowiedzialnym wyborze takiej a nie innej drogi życia, takiej
a nie innej wspólnoty.
W życiu zakonnym przeżywa się radykalny zwrot w kierunku osobistego
odkrycia podstawowych źródeł duchowości, czyli w kierunku własnego
doświadczenia Boga. Rośnie coraz większa świadomość, że zakonnik
jest kimś ,,dotkniętym ręką Chrystusa, pozostającym w zasięgu Jego
głosu, podtrzymywanym Jego łaską (Jan Paweł II, Vita consecrata,
40). Spotkanie z Chrystusem możliwe jest przy spotkaniu ze Słowem
Boga, które Jan Paweł II nazwał ,,pierwszym źródłem wszelkiej duchowości
(tamże, 94), a Kongregacja Instytutów Życia Konsekrowanego ,,początkiem
każdego charyzmatu, gdzie każda reguła chce być tego wyrazem4.
Mówiąc inaczej, to nowe posłuszeństwo jest czymś głęboko osobistym
i intymnym. Nie ma potrzeby pilnować w sposób zewnętrzny tych, którzy
sami się pilnują i przeżywają od wewnątrz konieczność przekraczania
swoich ograniczeń. Jest to przede wszystkim posłuszeństwo wewnętrznemu
doświadczeniu, światłu, wyborowi itp. Tak rozumiane, wewnętrznie
przeżywane posłuszeństwo jest czymś zasadniczym. W tym duchu rośnie
świadomość swoistego prawa do niezgody wobec zewnętrznego przymusu
i narzucania wyborów, które nie są własnymi wyborami. Koszt obrony
takich imponderabiliów jest często niemały. Zakonnicy,
zanim prawdziwie odnajdą się w jakiejś wspólnocie, nierzadko zmuszeni
są do opuszczenia struktur, których nie mogli uznać za swoje.
Coraz mniej dziwią te poszukiwania. Coraz bardziej ceni się bowiem
to, co wybrane, a nie to, co zastane.
Przestaje się cenić dobro struktury jako czegoś nadrzędnego wobec
dobra osoby. Prawo do niezgody wobec drogi niewłasnej dobija się
do głosu, mimo tego, że całość ryzykuje utratę zwartości, efektywności,
przejrzystości. Dzieje się tu coś podobnego, jak w całym społeczeństwie,
gdzie po wielu bojach uznaje się w końcu prawa bardzo ryzykowne
dla stabilności całości, na przykład prawo do odmowy służby wojskowej.
Prawo do niezgody
Na początku lat osiemdziesiątych, w czasie konferencji na temat
godności osoby ludzkiej, zorganizowanej przez Instytut Katolicki
w Paryżu, o. Yves Congar wystąpił z referatem pod tytułem: Le
droit au désaccord5. Wypowiedź
jednego z najwybitniejszych teologów dwudziestego wieku wzbudziła
zastanowienie. Nie tylko sformułował on śmiałą tezę o istnieniu
czegoś, co nazwał prawem do niezgody z kościelnym autorytetem, ale
podał też liczne historyczne fakty, które uwidaczniały stałą obecność
takiego właśnie prawa w świadomości Kościoła.
Congar przypomniał, że już w pierwszych wiekach lokalni biskupi
sprzeciwiali się Rzymowi i ten sprzeciw był akceptowany. Znany jest
spór o datowanie Paschy, toczący się w czasach papieża Wiktora;
znany jest także opór Kościołów wschodnich wobec zamiaru wprowadzenia
łacińskich zwyczajów liturgicznych (chociażby wtedy, gdy Mikołaj
I chciał je wprowadzić w Bułgarii). Wiadomo też, że święty Cyprian
sprzeciwił się papieżowi Stefanowi w kwestii ponownego chrztu heretyków,
co nie spowodowało bynajmniej zerwania łączności między nim a Rzymem.
Takie przykłady można by mnożyć bez liku.
Z faktów późniejszych warto przytoczyć za Congarem sprzeciw, jaki
wyraził wobec papieża Robert Grosseteste, biskup Lincoln w roku
1253. Chodziło o to, że Innocenty IV chciał, aby jego protegowany
Fryderyk de Lavagna posiadł pewne kościelne beneficjum, którym dysponował
biskup Lincoln. Mimo otrzymania wyraźnego polecenia od papieża,
Grosseteste, znany skądinąd jako zwolennik władzy papieskiej, odmówił
z całą stanowczością: ,,Ego, ex debito obedientiae et fidelitatis,
quo teneor (...) fideliter et obedienter non obedio, contradico
et rebello [,,Ja, z należnego posłuszeństwa i wierności, co
do których jestem zobowiązany (...) wiernie i posłusznie odmawiam
posłuszeństwa, sprzeciwiam się i protestuję]. Ciekawe jest w tym
miejscu rozróżnienie dokonane przez Grosseteste. Jego rozumowanie
zakłada istnienie dwóch rodzajów posłuszeństwa. Pierwszy rodzaj
to posłuszeństwo, wobec którego sprzeciwić się nie można - to, które
winniśmy samemu Chrystusowi i Jego łasce (my wszyscy łącznie z biskupami
i papieżem). Drugi rodzaj to posłuszeństwo wobec władzy kościelnej.
Te dwa posłuszeństwa nie zawsze muszą się utożsamiać. Istnieją przypadki,
że chcąc zachować to pierwsze posłuszeństwo, trzeba sprzeciwić się
temu drugiemu. Co ciekawe - wspominał o tym Congar - zachowanie
Grosseteste nie budziło wcale wielkiego zdziwienia wśród ówczesnych
znawców prawa kościelnego, którzy byli przekonani, że jeśli zachowanie
władzy przynosi uszczerbek i niesławę statusowi Kościoła, grzeszy
się, będąc posłusznym6.
Inne przykłady niezgody wobec władzy kościelnej to przypadki,
kiedy papież zaangażował swój autorytet w sprawy polityczne. Belgijscy
katolicy w 1879 roku nie zgodzili się ze wskazaniem papieskim, skłaniającym
ich do zaakceptowania wprowadzonego przez państwo prawa szkolnego.
Podobnie w 1887 roku członkowie niemieckiej partii katolickiej Zentrum
odmówili posłuszeństwa Leonowi XIII, chcącemu pogodzić się z Bismarckiem
po Kulturkampfie. Papież zażądał od nich, aby uznali prawa wojskowe,
które chciał wprowadzić Bismarck. Członkowie Zentrum mieli poczucie,
że władza papieska nie może nakazywać im posłuszeństwa w sprawach
niekościelnych. Zarówno odmowa katolików belgijskich, jak i odmowa
katolików niemieckich, nie doprowadziła do wykluczenia ich z Kościoła.
Yves Congar pokazuje też przykłady niezgody z oficjalnym stanowiskiem
Kościoła w kwestiach doktrynalnych - kiedy teologowie stanęli wobec
wyboru między prawdą ich rozumu i serca a nauką (uzależnioną od
obyczajów zeświecczonej epoki) funkcjonującą w Kościele. Podaje
przykład Lutra, który całym sobą sprzeciwiał się temu, co słyszał
w ówczesnych kościołach; Loisyego, który odkrył coś oczywistego
w interpretacji Biblii, lecz było to w sprzeczności z tym, co na
temat czytania Biblii głosił ówczesny Kościół.
Wniosek Congara jest następujący:
Mamy prawo do niezgody, kiedy nakazuje nam ją obowiązek, w imię
uznanej prawdy, czy będzie nią historyczna prawda biblijna (Loisy),
prawda apostolska (księża?robotnicy), prawda duszpasterska (Grosseteste),
czy prawda polityczna (Zentrum). Mamy do tego prawo, kiedy mamy
taki obowiązek.7
Od początku Kościoła istnienie takiego prawa przejawiało się w
świadomości wierzących. Prawo to wszakże wiązało się nieodłącznie
z poczuciem niepodważalnego obowiązku. Jest to obowiązek posłuszeństwa
wobec Chrystusa, uobecniającego się nie tylko w Kościele, ale także
w sercu, sumieniu, rozumie każdego wierzącego.
Posłuszeństwo ,,namaszczeniu, które w nas
jest
Od lat zastanawiam się, jak to było możliwe, że w pierwszych wiekach
chrześcijaństwa, mimo tak rozszalałych herezji (gnoza) udało się
zachować ortodoksję. Jak to się stało, że zachowano jedną wiarę
przy słabej komunikacji między Kościołami, przy stałym zagrożeniu
prześladowaniami, przy niskiej świadomości autorytetu Rzymu? Jak
opierano się sugestywnej nauce wielu fałszywych apostołów, którzy
nawiedzali poszczególne Kościoły, zwodząc wiernych?
Odpowiedź, a raczej jej zarys, znajduję w Pierwszym Liście świętego
Jana. Apostoł pisał go do wspólnoty dotkniętej przez działalność
fałszywych nauczycieli, którzy niegdyś przynależeli do wspólnoty,
choć nigdy nie zaznali jej ducha. Zaprzeczali oni temu, że Jezus
jest Mesjaszem, Synem Bożym, oraz temu, że przyszedł w ciele (1
J 2, 22; 4, 15; 4, 2). W tej sytuacji Jan polecił ,,badać duchy
(1 J 4, 1). Oprócz posłuszeństwa (zewnętrznego) tym, którzy oglądali
i dotykali Chrystusa, a potem głosili Go (1 J 1, 1; 4, 6), wskazał
inne kryterium prawdziwości usłyszanej nauki. Jest nim posłuszeństwo
(wewnętrzne) temu, co zostało zrodzone w duszy chrześcijanina. To
nadprzyrodzone miejsce w nas Jan nazywa namaszczeniem (gr. chrisma).
Z powodu tego ,,namaszczenia jesteśmy ,,napełnieni wiedzą (dosł.
,,znacie wszystko - 1 J 2, 20). Ono poucza nas o wszystkim, dlatego
nie potrzebujemy pouczenia od kogokolwiek (1 J 2, 27a.b). To, że
trwamy w Bogu, a On w nas, poznajemy po Duchu, którego otrzymaliśmy
(1 J 3, 24). Duch Pański jest bowiem Tym, który namaszcza (Łk 4,
18). On prowadzi nas stopniowo do poznania całej prawdy, której
początkowo nie umieliśmy znieść (J 16, 12n).
Te dwa rodzaje posłuszeństwa doskonale znali scholastycy. Święty
Tomasz z Akwinu napisze, że ,,obedientia reddit promptam hominis
voluntatem ad implendam voluntatem alterius (S.Th., II?II,
104, 2 ad 3), czyli że posłuszeństwo jest cnotą usprawniającą własną
wolę w spełnianiu cudzej woli. Może to być wola drugiego człowieka,
będącego z jakiegoś względu czyimś przełożonym, a może to być wola
samego Boga. Jeśli chodzi o Boga, to należy Go słuchać zawsze, natomiast
nie jest jasne, czy należy zawsze słuchać poleceń człowieka.
Tomasz odwołuje się tu do porównania z procesami zachodzącymi
w przyrodzie, którą kieruje i zarządza wola Boża. Otóż, w przyrodzie
można wyróżnić dwa przypadki, w których jakiś czynnik, wywołujący
ruch, przestaje go wywoływać. Pierwszy przypadek zachodzi wtedy,
gdy powstaje przeszkoda ze strony silniejszego czynnika (np. woda
przeszkadza temu, aby ogień spalił drewno). Drugi przypadek zachodzi,
gdy jakaś rzecz podlega wpływowi czynnika poruszającego jedynie
częściowo, czyli nie pod każdym względem (np. słaby ogień potrafi
podgrzać ciecz, ale nie jest w stanie sprawić, aby ona wyparowała).
Podobnie podwładni nie są zobowiązani słuchać
przełożonego w dwóch przypadkach. Po pierwsze, gdy
takie posłuszeństwo sprzeciwia się wyższej władzy, czyli władzy
Boga. Chodzi o sytuacje, w których przełożony nakazuje czynić
coś sprzecznego z przykazaniami Bożymi (,,quandoque praecepta
praelatorum sunt contra Deum). Po drugie, gdy przełożony wydaje
podwładnemu polecenie niezgodne z kompetencjami tegoż przełożonego.
I tak na przykład nie jesteśmy zobowiązani do posłuszeństwa żadnej
ludzkiej władzy w dziedzinie wewnętrznych poruszeń woli (,,in
his quae pertinent ad interiorem motum voluntatis). Tu obowiązuje
nas posłuszeństwo jedynie względem Boga. Natomiast istnieje obowiązek
posłuszeństwa w dziedzinie czynności wykonywanych za pomocą ciała
(,,in his quae exterius per corpus sunt agenda), z tym
zastrzeżeniem, że w sprawach dotyczących samej natury ciała (np.
utrzymanie go przy życiu i rodzenie potomstwa) ludzie są zobowiązani
do posłuszeństwa jedynie Bogu. Dlatego też ani słudzy swoim panom,
ani dzieci swoim rodzicom nie są zobowiązani do posłuszeństwa, jeśli
chodzi o zawarcie małżeństwa czy ślub dziewictwa (por. S.Th., II-II,
104, 5).
Zakonnicy składają ślub posłuszeństwa co do zachowania reguły
i stosownie do niej podlegają swoim przełożonym. To ona określa
granice posłuszeństwa. Takie jest posłuszeństwo wystarczające do
zbawienia (,,haec est obedientia sufficiens ad salutem).
Jeśli zakonnicy chcieliby natomiast być posłuszni w innych sprawach
- o ile, oczywiście, nie są to rzeczy sprzeczne z przykazaniami
Bożymi lub z samą regułą - wówczas dają świadectwo wyższej doskonałości
(por. S.Th., II-II, 104, 5 ad 3).
Ważne jest to, co stanowi cel posłuszeństwa. Otóż jest nim uwolnienie
własnej woli od przywiązania do dóbr doczesnych, dzięki czemu wola
nabiera łatwości w kierowaniu się ku Bogu. Powiada się, że posłuszeństwo
jest tym większe, im bardziej musimy się zapierać swojej woli ciążącej
ku temu, co łatwiejsze i przyjemniejsze. Tomasz z Akwinu sprzeciwia
się takiemu poglądowi, uznając go za powierzchowny (,,secundum
illud quod exterius apparet). Nakaz Boży przenikający serca
ostatecznie jest tym, co najbardziej odpowiada woli człowieka jako
dobro największe i najdoskonalsze szczęście, a więc wypełnianie
Bożego nakazu jest dla woli czymś najprzyjemniejszym i najłatwiejszym.
Jeśli dzieje się inaczej, to jest tak z powodu nieświadomości i
słabości woli, która nie jest wówczas w pełni sobą (por. S.Th.,
II-II, 104, 2 ad 3).
*
Dzisiejsze czasy charakteryzują się tym, że każdy chrześcijanin
(każdy z osobna) musi sobie odpowiedzieć na pytanie o istotę swojej
wiary, swoich przekonań i zasad. Zamieszanie cywilizacyjne i kulturowe,
w którym żyjemy, rodzi w nas konieczność oparcia się na czymś innym
niż zewnętrzny autorytet. Nie sposób poruszać się z odwagą w tym
kwestionującym wszystkie prawdy i normy świecie, jeśli ktoś nie
kieruje się czymś od wewnątrz, a jedynie wskazuje na zewnętrzne
przepisy kościelne. Taka sztywność postawy jest swoistym antyświadectwem
wewnętrznej wolności, którą przyniósł nam Chrystus. Nie o to chodzi,
aby kwestionować ortodoksję, ale żeby ją od wewnątrz czuć, aby
wręcz z nią współodczuwać.
Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to wewnętrzne posłuszeństwo
Bogu, może komuś służyć jako pretekst do ulegania różnym poruszeniom
emocjonalnym, które z Bogiem niewiele mają wspólnego. Ale czyż nie
zdawał sobie z tego sprawę św. Jan, kiedy pisał o ,,namaszczeniu?
Zresztą rozwój cywilizacji stawia przed nami niesłychanie trudne
i wielkie wybory, nie pytając o to, czy jesteśmy dojrzali, aby je
podejmować. Świat rozwija się podobnie, jak rozwija się człowiek,
to znaczy osiąga pewną biologiczną dojrzałość i związane z nią
prawa (do bycia rodzicem, do czynnego uczestnictwa w życiu politycznym
itp.) bez względu na to, czy towarzyszy temu rozwój duchowy.
Jak wychowywać do takiej wolności? Jak wpływać na ludzkie wybory
w sposób uczciwy, bez manipulowania, nacisków, przymusów? Jak kierować
wolnymi ludźmi? Jak rządzić bez uciekania się do przymusu? Jak odróżnić
w sobie i w innych głos Boga od głosu wewnętrznych skłonności, lęków,
chorych powinności czy upodobań? Oto pytania, na które nie możemy
już nie umieć odpowiedzieć. A dotyczy to w pierwszym rzędzie ludzi
Kościoła, którzy jako sól tego świata nie mogą już dalej rządzić
inaczej, jak tylko służąc.
Ludzie wierzący znajdują się dzisiaj w sytuacji coraz bardziej
podobnej do tej, w której znaleźli się adresaci Listu św. Jana?
Stają przed wyborami, których nie mogą scedować na nikogo innego.
Aby wybierać dobrze, muszą odkryć w sobie to ,,namaszczenie, które
w nich jest, i dać mu się prowadzić. Muszą odkryć wewnętrzną radość
posłuszeństwa Bogu, bez której nie można słuchać ludzi, zachowując
swoją odrębność, samodzielność, dojrzałość. To owa radość nagrody
od Tego, który pełnił nie swoją wolę, jest światłem rozwiązującym
wszelki dylemat posłuszeństwa. Jeśli Kościół chce być solą tego
świata, musi prowadzić ludzi do odkrycia tegoż ,,namaszczenia.
W przeciwnym razie na tym najwolniejszym z dotychczasowych światów
sól ziemi straci swój smak. Czymże ją wtedy posolić? (por. Mt 5,
13)
Jak zatem postąpiłby dzisiaj Teilhard? Co zrobiłby lub co powinien
zrobić? Odejść do innego zakonu? Opublikować swoje dzieła w Internecie?
A może na jego szczęście zdarzyłoby się coś innego? Może w ogóle
nie miałby problemu z posłuszeństwem? Nie spotkałby bowiem tak krótkowzrocznych
przełożonych, chcących pozbawić głosu człowieka w czasach, kiedy
głos mają nawet dzieci. Kościół może, a nawet powinien, nie podpisać
się pod czymś, czego nie uznaje za swoje, ale nie do pomyślenia
staje się dziś cenzurowanie czyjejś twórczości. Nie do pomyślenia
staje się to, aby w sposób ostateczny decydować za kogoś, co jest
dla niego dobre, a co szkodliwe. I nie chodzi tu już w dużej mierze
o to, jakie kto ma prawa, jaki jest zakres posłuszeństwa, jakie
są czyjeś kompetencje. Chodzi o to, że niektóre rzeczy stają się
dla nas po prostu nie do pomyślenia.
Staje się też coraz bardziej jasne dla samych pasterzy Kościoła
(to znaczy dla tych, którzy w Kościele sprawują władzę), że w kwestii
ochrony swej tożsamości, zwartości czy skuteczności działania posiada
on - podobnie jak każdy wierny - właściwie jedno podstawowe prawo:
prawo do tego, aby uznać jakąś rzecz za nieswoją. Tylko tyle. I
aż tyle.
—————————————————————————————————
PRZYPISY:
1. Nie zabierając w
tym miejscu głosu na temat potrzeby noszenia przez księży sutann,
warto przypomnieć, że na początku chrześcijaństwa wprowadzanie jednolitego,
kapłańskiego ubioru budziło protesty nawet samych papieży. Dla przykładu,
w V wieku papież Celestyn I zarzucał Honoratowi, opatowi Lerynu,
który został biskupem Arles, że wprowadził specjalny strój dla prezbiterów
wzorowany na ubiorze zakonnym (tunika ściągana pasem). Do tej pory
bowiem księża nie odróżniali się od innych ludzi. Celestyn pisał:
,,Wyróżniajmy się spośród innych wiedzą, a nie odzieniem; wypowiedziami,
a nie stylem życia (Epistulae, 4, 1, 2; PL 50, 431).
2. Por. J. Kłoczowski,
Wspólnoty chrześcijańskie. Grupy życia wspólnego w chrześcijaństwie
zachodnim od starożytności do XV wieku, Kraków 1964, s. 285-288.
3. Po Soborze ukształtowała
się wyraźna świadomość wspólnoty jako życia braterskiego, którego
podstawą jest raczej jakość relacji międzyosobowych niż formalne
przestrzeganie reguł (por. Kongregacja ds. Instytutów Życia Konsekrowanego
i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, Życie braterskie we wspólnocie,
1994 r., nr 5c). Dążenie do tworzenia wspólnot mniej formalistycznych,
mniej autorytatywnych, lecz bardziej braterskich i opartych na współuczestnictwie,
uważa się za jeden z najbardziej widocznych owoców odnowy ostatnich
lat (por. tamże, 47).
4. Kongregacja Instytutów
Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, Rozpocząć
na nowo od Chrystusa. Odnowione zaangażowanie życia konsekrowanego
w trzecim tysiącleciu, 24.
5. Y. Congar, Le droit
au désaccord, ,,L'Année Canonique, 25 (1981), ss. 277?297.
6. ,,Grosseteste
s'explique clairement, et Brian Tierney a montré que sa position
est celle de l'ensemble des canonistes de son époque et d'Innocent
IV lui-m me. Si l'on estime, dit delui?ci, que l'autorité porte
préjudice au <status ecclesiae>, on pecherait en obéissant
(tamże, s. 278). Zob. też: B. Tierney, Grosseteste and the Theory
of Papal Sovereignty, "Journal of Ecclesiastical History"
6 (1956), ss. 1-17.
7. Y. Congar, Rozmowy
jesienne, tłum. M. Deskur, Warszawa 2001, s. 84. ,,Osobiście
- pisze dalej Congar - nie doświadczyłem sytuacji równie dramatycznych,
a byłem trochę dyskryminowany. Na Soborze kardynał Pellegrino, mimo
że nie wymienił mnie osobiście, wyraźnie na mnie wskazał, mówiąc:
>>Są teologowie, którzy kiedyś byli obłożeni sankcjami, a
nawet wydaleni, a którzy teraz są poważnymi ekspertami ...<<.
I powiedział mi ? to samo powiedział ojcu Chenu - że mnie miał na
myśli. Jeśli o mnie chodzi, zawsze byłem posłuszny krokom prawnym,
jakie podejmowano wobec mnie, i dawałem sobie czas do namysłu nad
słusznością stanowiska, które przeciwstawiano mojemu, czy krytyki,
którą formułowano przeciw mnie. Trzeba mieć czas, zachować dystans
i nawet cierpliwość, ale zachować niezależność sądu. Raz jeszcze:
mamy prawo do niezgody, kiedy taki jest nasz obowiązek. A może to
być jedynie obowiązek wobec prawdy (tamże, s. 84n).
KRZYSZTOF PACZOS MIC, ur. 1963 r., filozof i teolog, duszpasterz
Wspólnot Drogi do Emaus. Wykładowca w Wyższym Seminarium Księży
Marianów w Lublinie, założyciel i wykładowca w Szkołach Filozofii
im. św. Tomasza z Akwinu w Gdańsku i Warszawie.
POCZĄTEK
STRONY |