Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000  Rocznik 2001
- styczeń, nr 548
- luty, nr 549
- marzec, nr 550
- kwiecień, nr 551
- maj, nr 552

 Fundacja


Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
Znak, nr 05/2001 (552)
DLACZEGO KOCHAM KOŚCIÓŁ?

Z prof. Stefanem Świeżawskim rozmawiają
Janusz Poniewierski i Karol Tarnowski



Panie Profesorze, dlaczego Pan kocha Kościół?

STEFAN SWIEŻAWSKI: Zacznijmy od pytania, czym jest Kościół: to niewyobrażalnie wspaniałe dzieło Ducha Świętego, tworzone poprzez niezliczone pokolenia i kultury i, jako takie, daleko wykraczające poza Kościół widzialny... Porównuję czasem Kościół do cudownej tkaniny, którą Duch tka w ciągu wieków. Jej tworzywem są święci - Kościół jest utkany ze świętych. Oczywiście, nie mam na myśli wyłącznie świętych chrześcijańskich ani nawet żydowskich - Kościół to niezwykły "dywan", utkany z mistyków i świętych ze wszystkich religii, jakie kiedykolwiek istniały na ziemi. Można go sobie również wyobrażać na podobieństwo symfonii, nieskończenie piękniejszej od jakichkolwiek dzieł wykonanych przez człowieka...

Kiedy jednak słyszymy: "Kościół", najczęściej mamy na myśli konkretną instytucję...

Kościół instytucjonalny jest jakimś znakiem tego dzieła Ducha Świętego, ale to jednak nie jest ten Kościół, o którym tu mówimy.

Jak powiada soborowa konstytucja Lumen gentium, "Kościół Chrystusowy (...) trwa w Kościele katolickim" (nr 8).

Niewątpliwie, Kościół katolicki to pełny znak Kościoła Chrystusowego. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że to właśnie ten konkretny Kościół podaje - jak bym powiedział - najpełniejszą wykładnię prawdy. Niemniej Kościół instytucjonalny jest często bardzo daleki od tego, czym być powinien.

Wielu ludzi ma problemy z Kościołem. Niełatwo go kochać.

Kościół widzialny bywa wciąż rozrywany pomiędzy dwa ujęcia: corpus politicum i corpus mysticum. Niedobrze, jeżeli corpus politicum pożera corpus mysticum, jeżeli to corpus mysticum ledwie wegetuje, a przecież to właśnie ono powinno nadawać cały sens i rację bytu Kościołowi instytucjonalnemu.
Pamiętam doskonale moje pierwsze zetknięcie się z Rzymem: jest 1925 rok, mam 18 lat i jestem już zachwycony wspaniałością liturgii, bogactwem życia monastycznego itp. I nagle znajduję się w Rzymie. Panujące tam nastroje, klimat oficjalnego Rzymu, są tak zniechęcające, że jestem bliski załamania. To corpus politicum (które wtedy było tak mocne, a dzisiaj jest, Bogu dzięki, coraz bardziej jedynie symboliczne) nie dozwalało rozwinąć się i rozbłysnąć corpus mysticum. To ciekawe, że tak mocno to przeżywałem: tak jakbym na własnej skórze odczuł sprzeczność pomiędzy tymi dwoma ujęciami Kościoła (wtedy, oczywiście, nie umiałem tego tak wyrazić). Wyraźnie zadziałał wówczas Duch Święty, bowiem po Rzymie oprowadzał mnie człowiek Boży, ks. Władysław Korniłowicz. Gdyby nie jego towarzystwo, to nie wiem, co by się ze mną stało.

Czterdzieści lat później, w roku 1965, czuł się Pan Profesor w Rzymie o wiele lepiej... To był rok zakończenia Soboru.

Kiedy dziś patrzę na całe moje życie i na to, co dokonało się w ciągu prawie stu lat XX wieku, widzę, że Kościół dokonał ogromnego kroku naprzód. Myśmy przeszli wielkie oczyszczenie. Ta długa droga odchodzenia od Kościoła, na którym ciążył garb państwowości, do Kościoła, w którym najistotniejsza zaczyna być sprawa świętości, jest czymś niesłychanym.

W przeszłości często mówiono o Kościele jako Mistycznym Ciele Chrystusa. Potem do głosu doszła soborowa kategoria Ludu Bożego, teraz, jak się wydaje, troszkę odsuwana w cień. Zdaniem kard. Ratzingera jest ona zbyt socjologiczna i nie powinniśmy jej nadużywać. Co Pan o tym sądzi?

Osobiście jestem bardzo związany z wizją Kościoła jako Ciała Mistycznego. Takiego Kościoła uczyłem się w ruchu odnowy liturgicznej (tam nie chodziło tylko o zewnętrzne piękno liturgii, ale o coś o wiele głębszego: o samo pojmowanie Kościoła). Pamiętam, że w latach 20. w czasie rekolekcji zamkniętych, które - jeśli dobrze pamiętam - prowadził ks. Korniłowicz, czytałem List do Efezjan i, dzięki rekolekcjoniście, zaczynałem coraz głębiej pojmować Kościół jako Ciało Chrystusa. To była dla mnie prawdziwa rewelacja. Proszę pamiętać, że przez pewien czas pojęcie to było traktowane niemalże jak herezja. Nie wolno go było używać, wydawało się, że pochodzi z języka protestantów.
Oczywiście bardzo ważne jest również pojęcie Ludu Bożego, bo Kościół to jest cały Lud Boży. To antyklerykalna (w głębokim tego słowa znaczeniu), wspólnotowa koncepcja Kościoła: do Ludu Bożego należy bowiem papież, biskupi i każdy wierny. To ujęcie, choć nie bardzo podoba się niektórym hierarchom, nie powinno zatem odejść w zapomnienie, ale trzeba połączyć je z wizją Kościoła jako Mistycznego Ciała Chrystusa oraz dzieła Ducha Świętego. Bo życiem Mistycznego Ciała jest Duch Święty.

W Credo wyznajemy wiarę w powszechność Kościoła. Co to znaczy: powszechny? Kto tak naprawdę należy do Kościoła? Można odpowiedzieć: cały Lud Boży - to znaczy biskupi, prezbiterzy i świeccy - ale jednak członkowie Kościoła katolickiego. A może wszyscy ochrzczeni?

"Bóg nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie" (Dz 10, 34-35). Panowie pytają o chrzest jako "bilet wstępu" do Kościoła, a ja odpowiadam, że oprócz chrztu z wody teologia zna pojęcie chrztu krwi i chrztu pragnienia. Wydaje mi się, że do Kościoła, w jakimś sensie, należą wszyscy, którzy naprawdę pragną Boga...

Proponuje Pan zatem podział na wierzących i niewierzących?

A kto to jest niewierzący? Moim zdaniem prawie każdy uznaje Zasadę rządzącą rzeczywistością. To Gilson mówił o "athéisme difficile". Nikt nie wie, kto tak naprawdę należy do Kościoła - to jest tajemnica Ducha Świętego. Nie możemy się zamykać w granicach instytucji.

Rozumiemy, że w ten właśnie sposób, a nie jako formalny wymóg przyjęcia chrztu, można pojąć formułę: "Poza Kościołem nie ma zbawienia"?

Tylko w ten sposób! I wcale nie uważam, żeby deklaracja Dominus Iesus wnosiła jakąś zasadniczą zmianę w ten nurt myślenia Kościoła. Deklaracja ta przypomina jedynie, że nie można powiedzieć, iż każda religia w jednakowy sposób jest ważnym znakiem. Nie! Droga Piotrowa, ta, którą wyznacza Kościół katolicki, jest znakiem szczególnym!

A Żydzi? Oni też są znakiem szczególnym. Czy można powiedzieć, że i oni w jakimś sensie należą do Kościoła?

Oni są naszymi starszymi braćmi w wierze...

Panie Profesorze, skoro świat pełen jest "anonimowych chrześcijan", skoro w każdej religii są elementy dobra i prawdy, ziarna Dobra Najwyższego, to pojawia się pytanie o sensowność misji. Być może powinniśmy, pełni szacunku dla tych wielkich tradycji religijnych, klęknąć przed nimi i pozwolić im być Żydami, muzułmanami...

Misja ma dla mnie wyłącznie taki sens, że jest świadectwem. To jest charakter misji Karola de Foucauld i małych braci Jezusa: żadne nawracanie, tylko bycie wśród ludzi, życie Ewangelią i... koniec. Nic więcej. Oto, moim zdaniem, jedyna autentyczna racja misji.
Naturalnie, że przy okazji misji dokonuje się wielkie dzieło charytatywne (wspomnę tu o Matce Teresie z Kalkuty), edukacyjne czy nawet cywilizacyjne, ale to są działania innego typu. Natomiast jeśli mówimy o misji sensu stricto, to - powtarzam - ja ją rozumiem jako świadectwo życia Ewangelią.

No tak, ale jeśli - jak sam Pan mówi - Kościół katolicki podaje najpełniejszą wykładnię prawdy...

Ale Prawda jest wszędzie.
Lecz to Jezus Chrystus, a nie na przykład Budda, jest "drogą i prawdą, i życiem".

Zapytano mnie kiedyś o to, co sądzę na temat buddyzmu. Odpowiedziałem, że - jak mi się zdaje - bardzo wielu buddystów jest bardziej chrześcijanami niż... chrześcijanie.

W jakim sensie?

Mamy przyjaciela, małego brata, który od kilkudziesięciu lat mieszka w Hongkongu i utrzymuje bardzo bliskie kontakty z Dalajlamą i z buddystami tybetańskimi. I on mi pisze, że to, co zobaczył w buddyjskim klasztorze, to autentyczne i bardzo głębokie życie wewnętrzne, wręcz mistycyzm. Buddyzm ma o wiele bardziej rozwiniętą kulturę kontemplacji.

Panie Profesorze, czy nie jest tak, że prawda jest większa niż jakiekolwiek formuły, w jakich możemy ją zamknąć? Jeśli tak, to żadna religia, a zwłaszcza żadna teologia, nie mogłaby twierdzić, że wyczerpała prawdę. W takim razie wolno chyba powiedzieć, że inne religie mogą widzieć coś, czego my nie widzimy, na przykład wskutek rozmaitych uwarunkowań historycznych. A zatem pluralizm różnych ujęć prawdy jest czymś dobrym...

Przypominam sobie taki fragment z Platońskiego Timajosa: "Znaleźć Twórcę i Ojca całego wszechświata jest wielkim przedsięwzięciem. Lecz gdy się go odkryło, jest niemożliwe objawić go wszystkim". To jest niesamowite. Coraz wyraźniej sobie uświadamiam, że wielcy filozofowie pogańscy byli... prorokami. Żydzi mieli swoich proroków, takich jak Izajasz i Jeremiasz, a tutaj był Platon czy Arystoteles. Oni też przygotowywali świat...

Kościół chętnie mówi o takim przygotowaniu przed narodzeniem Jezusa Chrystusa, wymieniając na przykład Sokratesa, Platona, Arystotelesa... Pytanie, co z tymi prorokami, którzy przyszli po Chrystusie.

Prorocy pojawiają się także dzisiaj: w różnych szerokościach geograficznych i w rozmaitych kulturach i religiach. Myślę, że dopiero na Sądzie Ostatecznym zobaczymy całą wspaniałość - i niezwykłość - tej symfonii Ducha Świętego, jaką jest Kościół.

W Credo wyznajemy też wiarę w jeden Kościół. Co to znaczy, że on jest jeden? Jak pogodzić ową jedność z rzeczywistością, która temu zaprzecza?

Prawdziwa jedność jest zawsze jednością w różnorodności - w przeciwnym wypadku mamy do czynienia z totalizmem. Zapomnieliśmy o tak wielu rzeczach charakterystycznych dla młodego Kościoła: na przykład o tym, że były w nim dwa "płuca": judeochrześcijanie i poganochrześcijanie. Nikomu nie wolno powiedzieć: tylko to, a nie tamto...

Ale może być tak, że są rzymskokatolicy i grekokatolicy - i to jest jedność w różnorodności, a prawosławnym czy protestantom wara od Kościoła.

Nie, nie, nie... Ta różnorodność powinna być jak najszersza. Musimy nauczyć się żyć w pluralizmie - na co dzień, a nie tylko od wielkiego dzwonu. Ze wzruszeniem wspominam swój pobyt w gimnazjum, gdzie mieliśmy kolegów Żydów, grekokatolików itp., nic nie było pod jeden strychulec - i nikt się temu nie dziwił. Inna rzecz, że w przypadku protestantyzmu pojawia się sporna kwestia kapłaństwa. To prawdziwy problem dla ekumenizmu.

Pan, w odniesieniu do Kościoła, lubi używać takich kategorii jak wspólnotowość, służebność i otwartość.

To cechy bardzo istotne, bo one, moim zdaniem, wyznaczają tę wiosnę Kościoła, o której mówił już Jan XXIII. Myślę, że w tych trzech punktach zawiera się kwintesencja II Soboru Watykańskiego. Mówiąc najkrócej: wspólnotowość to odrzucenie Kościoła kastowego (np. klerykalnego) i budowanie wspólnoty zakorzenionej we wspólnocie Eucharystii. Służebność to odrzucenie jakichkolwiek oznak władzy, bogactwa i znaczenia (celem Kościoła nie jest sukces - nawet sukces duszpasterski! - lecz służba). I wreszcie otwartość, czyli szukanie porozumienia, a nie różnic, ekumenizm, duch dialogu i wychowanie do pluralizmu.

Czy Kościół służebny, otwarty i wspólnotowy może mówić o sobie, że "nadal istnieje w pełni jedynie w Kościele katolickim"?

Strasznie mnie denerwuje taka "katolicka" zasadniczość. To w gruncie rzeczy wcale nie jest postawa prawdziwie katolicka. Bo "katolikos" to znaczy powszechny. O całą milę oddaliliśmy się od autentycznego chrześcijaństwa pierwszych wieków.

W czasach rosnącej niewiary istnieje chyba konieczność zobaczenia tego, co naprawdę istotne; konieczność oddzielenia tego, co jest rdzeniem chrześcijaństwa, od tego, co drugorzędne. Tymczasem Kościół - w szczególności Kościół katolicki - jakby na tym samym poziomie utrzymuje wielość rozmaitych prawd dogmatycznych. Czy nie jest tak, że w dzisiejszych czasach musi nastąpić daleko idąca selekcja? Czy to nie jest konieczność naszej epoki?

Ja bym się bał takiego klasyfikowania i dzielenia prawd wiary na mniej lub bardziej ważne. Natomiast jest rzeczą niewątpliwą, że w ciągu dziejów dochodzi do przestawiania akcentów. To znaczy, że są epoki, w których na pewne rzeczy kładzie się akcent większy niż w innych czasach. I to wyznacza rozwój teologii.
Była kiedyś święta, która całą swoją mistykę oparła na jednej prawdzie, ledwie zaznaczonej w Credo: zstąpił do piekieł. Całe jej życie duchowe było kontemplacją tego jednego faktu, a ktoś inny powiedziałby, że to nieistotne... Wszystko jest istotne. Są tylko różne perspektywy, w których rozmaicie jawi się owa ważność.

Niemniej twórcy katechizmu sformułowali kiedyś główne prawdy wiary...

Jestem katolikiem i, oczywiście, uznaję katechizm, ale go nie lubię. Pamiętam, że kiedyś, jeszcze we Lwowie, w ramach samokształcenia religijnego rozmawialiśmy o wierze z ludźmi, wśród których wielu nie miało nawet wykształcenia średniego. Zaczęliśmy te nasze rozmowy od lektury Katechizmu Gasparriego, ale już po pierwszym spotkaniu ja go odrzuciłem i sięgnąłem do... Sumy teologicznej św. Tomasza. I przy tej książce już pozostaliśmy.

Pańskie tezy brzmią bardzo rewolucyjnie...

To chrześcijaństwo jest rewolucyjne. I rewolucyjny jest ostatni sobór.

Zaczęliśmy tę rozmowę od pytania o Pańską miłość do Kościoła. Tak również chcielibyśmy skończyć...

Dla mnie Kościół to perła, o której opowiadał Jezus: kiedy człowiek ją znajdzie, zaczyna jej pragnąć, a wtedy porzuca wszystko, sprzedaje to, co miał, żeby tylko ją kupić. W porównaniu z tą perłą - mówi Księga Mądrości - wszystko inne jest "garścią piasku" i "błotem" (por Mdr 6, 9).

Bardzo dziękujemy za rozmowę.

Warszawa, 13 stycznia 2001


STEFAN SWIEŻAWSKI, ur. 1907, historyk filozofii, em. profesor KUL-u, audytor na II Soborze Watykańskim, autor wielu książek, m.in. 8-tomowych Dziejów filozofii europejskiej XV wieku. Ostatnio wydał m.in. Lampę wiary. Rozważania na przełomie wieków (2000) oraz Dzieje europejskiej filozofii klasycznej (2000).

   1998-2000 Verbanet s.c.