SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
- styczeń, nr 548
- luty, nr 549
- marzec, nr 550
- kwiecień, nr 551
- maj, nr 552
- czerwiec, nr 553
- lipiec, nr 554
- sierpień, nr 555
- wrzesień, nr 556
- październik, nr 557
- listopad, nr 558
- grudzień, nr 559
Fundacja
Księga gości
Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej
księgi gości.
Dziękujemy!
|
 |
TOŻSAMOŚĆ UCZESTNIKÓW DIALOGU
Jacek Salij OP
|
1. Dialog wierzących i niewierzących jest to takie spotkanie, w którym wierzący uczestniczą właśnie jako wierzący, niewierzący zaś - właśnie jako niewierzący. Ponieważ zaś dialog z samej swojej istoty stanowi obustronną komunikację, do zaistnienia dialogu wierzących z niewierzącymi niezbędne jest minimum wzajemnego szacunku oraz wzajemnego zrozumienia.
Celem dialogu między członkami różnych społeczności, stronnictw czy kultur, które różnią się od siebie nieraz głęboko, a zarazem muszą żyć obok siebie, jest uświadamianie sobie tego, co jest im wspólne, ale także poznawanie siebie wzajemnie, przezwyciężanie wzajemnej obcości, narosłych pretensji i fałszywych stereotypów, uczenie się zrozumienia dla cudzej wrażliwości, niekiedy również - wzajemne wzbogacanie się.
Najbardziej realny dialog dokonuje się między konkretnymi ludźmi: w spotkaniach konkretnych Polaków z konkretnymi Rosjanami, konkretnych chrześcijan z konkretnymi muzułmanami, konkretnych wierzących z konkretnymi niewierzącymi. Wsparcie instytucjonalne może taki dialog wspomagać, ale może też generować różne dialogi pozorne (żeby przypomnieć niektóre dialogi katolików z marksistami).
Natomiast czymś bezcennym i nie do zastąpienia jest wsparcie intelektualne, jakiego potrzebuje dialog między ludźmi żyjącymi stosunkowo blisko siebie, ale w różnych światach duchowych. Żeby taki trudny dialog mógł się rozwijać i przynosić dobre owoce, on sam musi być przedmiotem wnikliwej refleksji. Wciąż na nowo i z różnych punktów widzenia trzeba sobie stawiać pytania o sens i ducha tego dialogu, o jego cele, granice i zagrożenia, o jego owoce i możliwości rozwoju. Trudno przecenić znaczenie tego rodzaju refleksji dla konkretnych spotkań między ludźmi.
2. Od jakiegoś czasu taka refleksja wydaje się szczególnie potrzebna, słychać bowiem różne zarzuty i wątpliwości co do tego, czy prawdziwie partnerski dialog wierzących i niewierzących w ogóle jest możliwy. Spróbuję przedstawić te zastrzeżenia i niepokoje, które wydają się najbardziej znamienne. Rzecz jasna, poszczególne spojrzenia formułowane są z zupełnie nieraz przeciwstawnych punktów widzenia i nie trzeba się dziwić temu, że się wzajemnie ze sobą nie rymują.
a) U nas, w Polsce, dialog niewierzących z wierzącymi to w gruncie rzeczy dialog niewierzących z katolikami. Czy może to być dialog autentyczny, skoro niewierzącym można być na tysiąc różnych sposobów, katolicy zaś są wyznaniowo jednorodni? Czym jest ten dialog, skoro niewierzący reprezentują w nim sami siebie, katolicy natomiast uczestniczą w nim jako członkowie Kościoła?
b) Również drugi niepokój wynika z podejrzeń co do samej autentyczności dialogu: czy katolicy nie przystępują do tego dialogu z ukrytymi zamiarami ewangelizacyjnymi? Jeśli zaś takich zamiarów nie mają, to czy nie sprzeniewierzają się w ten sposób Ewangelii, która przecież wyraźnie wzywa do tego, żeby Chrystusa głosić wszystkim ludziom? Otóż którykolwiek człon alternatywy by realizować, popada się w jakąś nielojalność: albo w nielojalność wobec partnerów dialogu, albo w nielojalność wobec Ewangelii.
c) Symetrycznie do przedstawionego przed chwilą niepokoju niektórych niewierzących niektórzy katolicy mogą również odczuwać własny niepokój co do autentyczności tego dialogu. Niewierzący bowiem - i jest to w pełni zrozumiałe - traktują przekonania religijne swoich wierzących partnerów dialogu jako tylko ich poglądy. Treść przesłania wiary, której oni nie podzielają, nie jest dla nich przedmiotem prawdy, tylko opinii (w dodatku czyjejś, nie swojej). Z kolei stosunek wierzących do tego, w co wierzą, jest zupełnie inny: Nie da się być autentycznie wierzącym, dopóki w nauce wiary człowiek nie rozpozna prawdy, prawdy tak pewnej i tak ważnej, że trwanie przy niej staje się ważniejsze nawet niż zachowanie życia. Słowem, wierzący widzą naukę swojej wiary w kategoriach episteme, dla niewierzących jest to jedynie doxa, obca im zresztą. Ta przepaść epistemologiczna może spowodować, że ludzie wierzący z dwóch powodów zaczną wątpić, czy w ogóle możliwy jest autentyczny dialog między wierzącymi i niewierzącymi. Po pierwsze, czy właściwa dialogowi atmosfera zbratania i wzajemnej życzliwości nie doprowadzi niektórych ludzi wierzących do zredukowania wiary do poziomu tylko swojej opinii (mówiąc krótko, nie będą już oni umieli wyznać prawdy: "Chrystus zmartwychwstał!", będą jedynie twierdzić: "naszym zdaniem, Chrystus zmartwychwstał"). Po wtóre, wiara religijna tak często była przedstawiana jako wytwór irracjonalnej wyobraźni, naiwnej i bezkrytycznej mentalności, jako iluzja, zabobon, prymitywna i fałszywa wiedza itp., że ludziom wierzącym niekiedy trudno z pełnym zaufaniem przyjąć deklaracje szacunku dla ich poglądów religijnych ze strony ludzi niewierzących.
d) Każdy dialog wymaga jakiegoś minimum duchowej wspólnoty. Otóż można się obawiać, że w dzisiejszej sytuacji kulturowej tego minimum między wierzącymi i niewierzącymi już nie ma, a w każdym razie jest go coraz mniej. Do niedawna łączyła ich aprobata dla moralnych przykazań dekalogu. Dzisiejszy permisywizm w samej idei jakichś przykazań widzi źródło i przejaw mentalności represyjnej. Ukształtowały się dwie radykalnie odmienne interpretacje tego, co się dziś dzieje z naszą cywilizacją. Z jednej strony, zarówno w mass mediach, jak i w kulturze wysokiej, dominuje przeświadczenie, że czas chrześcijaństwa minął, że nie tyle nadchodzi, ile już nastała cywilizacja postchrześcijańska, w której chrześcijanie muszą się zadowolić - podobnie jak Żydzi w średniowiecznej Europie - wyznaczoną im niszą ekologiczną. Z drugiej strony, chrześcijanie, a zwłaszcza katolicy, jednoznacznie i bez zamiarów szukania konsensu (chyba że tylko taktycznego) sprzeciwiają się temu wszystkiemu, co nazywają cywilizacją śmierci, a więc legalnej aborcji i eutanazji, narastającemu "tak" dla eugeniki, wszechobecności pornografii i narkotyków, tendencjom do prawnej dyskryminacji tradycyjnej rodziny zbudowanej na małżeństwie mężczyzny z kobietą. Słowem, współczesne zwarcie się tych dwóch makroprojektów życia publicznego wydaje się sytuacją, w której priorytetem powinna być raczej obrona zagrożonych dziś wartości fundamentalnych niż dialog z tymi, których niekoniecznie martwią wymienione przed chwilą zjawiska. Analogiczna niewiara w sens dialogu może pojawić się również po drugiej stronie: czy dialog z przedstawicielami świata, który wydaje się odchodzić w przeszłość, nie jest niepotrzebnym wzmacnianiem tego świata?
e) Niekiedy słychać niepokój, że gotowością do dialogu druga strona może chcieć manipulować. Jan Paweł II kiedyś uznał nawet za stosowne poruszyć publicznie ten temat. Mianowicie w swoim przemówieniu, 25 kwietnia 1986, do przedstawicieli Włoskiej Akcji Katolickiej radził "unikać źle pojętego dialogu, w którym stanowiska ideologiczne i polityczne nie dające się pogodzić z wiarą chrześcijańską sprawiałyby wrażenie poręczonych przez Akcję Katolicką, a pośrednio przez Kościół". Analogiczne niepokoje bywają zapewne formułowane również ze strony ludzi niewierzących.
f) Odnotujmy jeszcze wątpliwość, czy dialog wierzących z niewierzącymi nie jest dzisiaj aktywnością kompletnie peryferyczną, która nie ma najmniejszej nawet szansy na odegranie zauważalnej roli w kształtowaniu współczesnej wrażliwości duchowej. Świat współczesny ma co najmniej dziesięć innych wielkich tematów zasługujących na poważną refleksję i dyskusję, które wydają się ważniejsze niż problem wzajemnych relacji ludzi wierzących i niewierzących.
3. Ponieważ zdecydowanie wierzę w sens tego dialogu, spróbuję rzucić parę uwag na ten temat, zresztą bez ambicji unieważniania sformułowanych wyżej zarzutów.
Podejmijmy najpierw wątpliwość wyrażoną na końcu. Otóż sądzę, że nie należy martwić się tym, iż dialog, o którym mówimy, dzisiaj nie należy zapewne do tych debat publicznych, od których - żeby powiedzieć to metaforycznie - zależy zbawienie świata. Wśród wielu innych - niekoniecznie gigantycznych czy epokowych - przedsięwzięć, mających na celu budowanie wzajemnego zrozumienia i życzliwości między środowiskami, które są sobie wzajemnie obce (a niekiedy i wrogie), dialog wierzących z niewierzącymi z pewnością jest potrzebny i może przynieść sporo dobrego.
Wydaje się jednak, że trzeba wypełnić kilka warunków, żeby dialog ten miał sens i był czymś społecznie pożytecznym:
a) Nie ma prawdziwego dialogu tam, gdzie którejś z jego stron brak postawy dialogicznej, tzn. szacunku dla partnera, chęci zrozumienia go, rzetelnej gotowości do weryfikowania swoich i cudzych poglądów i argumentów, aktywnej troski o własną lojalność wobec drugiej strony, wewnętrznego lęku przed bezwiednym własnym manipulatorstwem. "Dialog bywa uniemożliwiony - pisał Jan Paweł II w dokumencie z 1 stycznia 1983, poświęconym dialogowi - poprzez powzięte z góry postanowienie nieustąpienia w niczym, przez odmowę słuchania, przez roszczenie sobie prawa do bycia samemu wyłączną miarą sprawiedliwości". W przypadku zaś, kiedy druga strona wykazuje ewidentne znamiona złej woli, czymś bliższym postawie prawdziwie dialogicznej będzie niepodejmowanie dialogu niż wchodzenie w dialog fałszywy. Samo jednak zauważenie jakichś braków w postawie dialogicznej u drugiej strony powinno raczej spowodować wspólny namysł nad doskonaleniem postawy dialogicznej, niż prowadzić do uchylenia się od dialogu.
b) Osobiście zgadzam się z Dostojewskim, że "istnieją rzeczy, o których nie tylko nie sposób mądrze mówić, lecz o których wszczynanie rozmowy jest już niemądre". Również w dialogu wierzących z niewierzącymi istnieją takie tematy, których podejmować się nie powinno, chociaż mogą mieć one wręcz głęboki sens w dialogu między jakimiś innymi grupami ludzkimi. Na przykład nie nadaje się do tego dialogu pytanie o dziewictwo Matki Najświętszej czy o transsubstancjację eucharystyczną. Są to wewnętrzne problemy wiary chrześcijańskiej i jako takie powinny być wyłączone z dialogu z niewierzącymi. Niewierzący, być może, też mają jakieś wewnętrzne problemy swojej postawy światopoglądowej, których nie chcieliby wprowadzać w swój dialog z wierzącymi.
c) Rzecz jasna, niewierzący może chcieć ze mną rozmawiać również na temat Eucharystii czy dziewictwa Matki Bożej. Jeśli jednak podejmę jego propozycję w taki sposób, żeby nie obrażało to mojej wiary, kończy się mój dialog z nim jako z niewierzącym, zaczyna się zaś rozmowa z nim jako z kimś szukającym wiary. Podobnie z drugiej strony: chrześcijanin pod wpływem kontaktów z niewierzącymi może się zachwiać w swojej wierze lub nawet od niej odejść. Każdemu człowiekowi może się zdarzyć utrata lub osłabienie swojej tożsamości duchowej. Wtedy jednak nie wolno mu kontynuować dialogu z pozycji swojej dawnej tożsamości, którą przecież utracił. Spróbuję wyrazić to poglądowo: jeżeli chrześcijanin w trakcie dialogu z niewierzącymi utracił swoją wiarę, to nawet gdy kulturowo nadal czuje się chrześcijaninem, nie wolno mu uczestniczyć w dotychczasowym dialogu, chyba że po stronie niewierzących. Generalnie jednak należy dążyć do tego, ażeby w związku z prowadzonym dialogiem z największą skrupulatnością szanować duchową tożsamość zarówno swoją, jak cudzą. Życie dostarcza tak wielu okazji zarówno do propagowania swoich wartości, jak do ich zrewidowania, że w dialogu czy to ekumenicznym, czy to wierzących z niewierzącymi warto starannie dbać o jak największy respekt dla swojej i cudzej przestrzeni światopoglądowej. I to jest trzeci warunek sensownego dialogu między przedstawicielami odmiennych postaw duchowych.
d) Celem bowiem tego dialogu jest przede wszystkim budowanie wzajemnego szacunku i życzliwości między środowiskami duchowymi, na ogół dość sobie obcymi, które w dającej się przewidzieć przyszłości są poniekąd skazane na życie obok siebie i wzajemne kontakty. Za tą gładką formułą: "budowanie wzajemnego szacunku i życzliwości" kryją się problemy nieraz bardzo bolesne. Myślę na przykład, że powinniśmy kiedyś - z całym samozaparciem, a zarazem w duchu takiej życzliwości, na jaką nas tylko stać - powiedzieć sobie wzajemnie, co najbardziej nas rani w stereotypach, jakie na temat każdej ze stron żywi druga strona. Ja jestem katolikiem i powiem dwa słowa z tej strony. Otóż nieraz czuję dosłownie fizyczny ból, kiedy na temat mojego Kościoła mówi się tak, jakby on był jakąś organizacją przestępczą albo matecznikiem irracjonalizmu i ciemnoty czy instytucją zajmującą się zniewalaniem dusz. Nie chodzi mi o wypowiedzi jakichś ekstremistów, których nie brakuje po obu stronach i trudno marzyć o ich zbiorowym nawróceniu. Wystarczy spojrzeć na szablony, jakimi mass media posługują się na co dzień w opisie naszego społeczeństwa. Przecież wszystko, co u nas powierzchowne, leniwe, nietolerancyjne, zapyziałe, zaściankowe, głupie, to dla wielu z nas "Polska parafialna" albo "Polska narodowo-katolicka". Moim zdaniem, są to szablony wyjątkowo niesprawiedliwe, wyjątkowo rozmijające się z rzeczywistością i dlatego szczególnie raniące.
e) My, katolicy, też na pewno ranimy innych i niech ktoś nam na to zwraca uwagę. Po prostu wszyscy po trosze jesteśmy ofiarami zjawiska, które tak genialnie - w swoim Ludzkim, arcyludzkim - opisał Fryderyk Nietzsche: "Ponieważ brak czasu do myślenia i spokoju w myśleniu, nie rozważa się już poglądów odmiennych: zadowalamy się tym, że ich nienawidzimy. Wskutek niesłychanego przyśpieszenia życia duch i oko przyzwyczajają się do połowicznego lub fałszywego widzenia oraz sądzenia, tak że stajemy się podobni do podróżnych, którzy poznają kraj i lud z okien wagonu". Ta uwaga Nietzschego ośmiela mnie do sformułowania piątego warunku dialogu z prawdziwego zdarzenia: nie bójmy się dialogu trudnego, w którym będziemy mówić sobie - byleby w szacunku dla prawdy i w duchu wzajemnej życzliwości - rzeczy trudne; dialogu, w którym droga do zgody prowadzi nieraz przez spór i wysiłek rzetelnego pogłębiania pewnych naszych poglądów i argumentów oraz odrzucania innych.
JACEK SALIJ OP, ur. 1942, wykładowca Uniwersytetu Stefana Wyszyńskiego, autor kilkudziesięciu książek. Ostatnio ukazał się tom rozmów, Świętowanie Pana Boga, które przeprowadzili z nim Alina Petrowa-Wasilewicz i Jacek Borkowicz.
|