Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
 Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579

 Konkurs na esej

 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 8/2003 (579)
  Ekonomia badań naukowych

Aleksander Wittlin,
Karol Życzkowski



   "Poszerzanie ludzkiej wiedzy, znajdowanie nowych form zatrudnienia oraz poprawa zdrowia obecnych i przyszłych pokoleń to najlepszy sposób, w jaki naród może zaprezentować światu wysoki poziom swojego rozwoju cywilizacyjnego. Dlatego też przodownictwo w dziedzinie nauki nie jest wyłącznie wartością hipotetyczną, ale ma również zasadnicze znaczenie dla narodu i jego polityki. Nie trzeba dodawać, że ma także wartość ekonomiczną". Słowa te niemiecki teolog, profesor uniwersytetu berlińskiego Adolf von Harnack zawarł sto lat temu w liście do cesarza Wilhelma II. Zaowocowały one wówczas, wraz z innymi staraniami podjętymi przez autora i jego kolegów, utworzeniem przez cesarza nowego towarzystwa naukowego, którego celem było prowadzenie badań podstawowych na najwyższym poziomie. Towarzystwo Cesarza Wilhelma, a od 1946 roku Towarzystwo Maxa Plancka dysponuje do dziś jedną z najlepszych na świecie sieci instytutów naukowych, skupiających między innymi kilkunastu laureatów Nagrody Nobla.
   Trzy lata temu w numerze "Znaku" poświęconym reformie szkół wyższych (Uniwersytet przed reanimacją, "Znak" 537) prof. Łukasz Turski przedstawił trafną ocenę kryzysu nauki w Polsce. Analizując stan zapaści, autor wskazał na zależność przyczynową między ogólnym poziomem wykształcenia a dynamiką wzrostu gospodarczego kraju, podkreślając w związku z tym fundamentalną rolę wybitnych uczonych i głównych placówek badawczych w procesie kształcenia studentów.
   Nie ulega wątpliwości, że obecny poziom gospodarczy Polski jest niski, a jego wzrost zastraszająco powolny. Na taki stan rzeczy złożyło się wiele przyczyn, nie tylko, a pewnie nawet nie przede wszystkim z kształceniem i nauką związanych. Autorom Uniwersytetu przed reanimacją i nam wydaje się natomiast oczywiste, że nie będzie możliwe zapewnienie Polsce odpowiadającego naszym aspiracjom miejsca w Europie bez szkolnictwa i badań naukowych na światowym poziomie.
   Czy można ustalić, gdzie leży "światowy poziom" oraz czy i jak daleko od niego odbiegamy? Ekonomia - a polityka i nasz sposób myślenia są w coraz większym stopniu zdominowane przez czynniki ekonomiczne - chętnie posługuje się ilościowymi kryteriami oceny. O ile jednak względnie łatwo jest obliczyć dynamikę PKB czy też wartość dodaną w wyniku opartego na myśli technicznej przetworzenia produktu, o tyle oszacowanie wartości wytworzonej wiedzy umyka prostym metodom. Jeszcze trudniejsza jest ilościowa ocena wyników pracy naukowców.
   Jak oceniać pracę poszczególnych naukowców, a jak całej placówki badawczej lub ośrodka naukowego? Jak określać stopień rozwoju całych dziedzin nauki w danym kraju? Jak dzielić pieniądze płynące z budżetu państwa na badania naukowe? Jak oceniać i porównywać ważność i aktualność poszczególnych dziedzin badań? Które z nich winny być finansowane w przeważającej części z budżetu państwa, a które głównie ze środków firm zainteresowanych korzystnymi inwestycjami? Czy i jak wprowadzać elementy "gospodarki rynkowej" do organizacji badań naukowych w Polsce? Czy wydatki na naukę należy traktować jako inwestycję, a jeśli tak, to jak mierzyć jej stopę zwrotu? Jak rozliczać naukowców z wykorzystania środków publicznych, które otrzymali z kieszeni podatnika? Czy pieniądze wydawane z kasy państwowej na badania naukowe są właściwie wykorzystane? Po co społeczeństwo ma łożyć na prowadzenie badań podstawowych? Czy publiczne fundusze powinny być używane na wspieranie nieudolnych prób "innowacyjnych" w pozostałym po realnym socjalizmie "zapleczu badawczym"?
   Powyższe pytania mają zasadnicze znaczenie dla wszystkich, którzy prowadzą badania naukowe w Polsce, i dla dysponentów przeznaczanych na nie pieniędzy, ale pośrednio dotyczą też każdego podatnika (zwłaszcza jeśli pieniądze te pochodzą ze środków publicznych). Problem oceny efektywności i jakości badań naukowych i naukowców jest tak stary jak nasza cywilizacja. Już samo to wskazuje, że jest to problem trudny. Wyniki prac naukowych wielokrotnie wyprzedzały swoją epokę, a historia badań naukowych to także historia niepowodzeń i błędnych teorii. Niestety, nie omijają nauki - na szczęście dość rzadkie - oszustwa i fałszerstwa.
   Z drugiej jednak strony wszystkie osiągnięcia naszej cywilizacji zawdzięczamy nauce. Zmniejszenie umieralności niemowląt, wzrost średniej długości i jakości życia, zwiększenie dostępu do informacji i rozrywki, a także wzrost ogólnej zamożności społeczeństwa to wyłącznie skutek rozwoju nauki. Dlatego pytanie o efektywność badań naukowych i wykładanych na nie środków jest pytaniem jak najbardziej aktualnym.
   Dopóki środowisko naukowe było niewielkie, ocenę "ważności" i aktualności tematyki badań naukowych określała zawodowa ciekawość zainteresowanych naukowców, a za wybitnych uważano tych uczonych, "których wybitni za takowych uważają". Wzrost liczebności środowiska skłaniał do podejmowania prób ilościowej oceny pracy naukowej. Mniej więcej od końca lat 70. wydajność pracy naukowców próbuje się mierzyć za pomocą tzw. danych bibliometrycznych.
   Bibliometria jest działem statystyki, który pozwala oceniać stan nauki i technologii na podstawie całkowitej produkcji piśmiennictwa naukowego. Dane bibliometryczne mogą być pomocne w procesie sterowania nauką pod warunkiem, że są właściwie rozumiane i umiejętnie wykorzystywane. Dotyczy to zwłaszcza liczby cytowań, czyli odnośników do artykułów naukowych, które pojawiły się w późniejszej literaturze przedmiotu.
   Amerykańska firma ISI w Filadelfii (http://www.isinet.com/isi/) jest jednym z największych na świecie dostawców danych i usług bibliometrycznych. ISI od kilkudziesięciu lat gromadzi informacje o opublikowanych na całym świecie artykułach naukowych i o umieszczanych w nich odnośnikach. Obecnie te informacje są dostępne dla prenumeratorów za pośrednictwem Internetu.
   Z biegiem czasu wykazy cytowań z pomocniczego materiału do pracy badawczej i danych dla badań bibliometrycznych stały się także przedmiotem zainteresowania administratorów nauki i szerszej opinii publicznej. W szczególności wynalazkiem ostatnich dziesięcioleci są swoiste listy rankingowe naukowców, sporządzane na podstawie liczby publikacji lub cytowań, na wzór rankingów tenisistów, gwiazd muzyki pop czy klubów piłki nożnej. Także polskie czasopisma zamieszczają od czasu do czasu takie rankingi uniwersytetów, dziedzin nauki czy też uczonych.
   Niestety żadna instytucja publiczna w Polsce nie dysponuje jeszcze systematycznym i pełnym dostępem do danych bibliometrycznych, takich jak wytwarzane przez ISI. Dotychczasowe analizy wyników polskiej nauki z konieczności opierały się więc na danych niepełnych, uzyskiwanych jednorazowo, w sposób amatorski, na podstawie dyskusyjnych i nie do końca jasnych kryteriów.
   Tygodnik "Wprost" (7 kwietnia 2002) opublikował artykuł o polskich uczonych wraz z zestawieniem, opracowanym przez krakowskiego farmakologa prof. Andrzeja Pilca, dotyczącym liczby -cytowań artykułów polskich naukowców. Było to już drugie zestawienie przygotowane przez tego autora (poprzednie zostało opublikowane przez "Wprost" sześć lat temu). Przedstawiona w kwietniu 2002 lista polskich uczonych, których prace znalazły szerszy rezonans w światowej literaturze przedmiotu, skłania do przeanalizowania podstawowych pytań dotyczących stanu i wydajności nauki w Polsce.
   Z danych prof. Pilca wynika, że trzej najczęściej cytowani polscy lekarze i farmakolodzy zebrali po około 15 tys. cytowań, podczas gdy analogiczne liczby dla fizyków i chemików wynoszą 6-7 tys., a dla matematyków czy przedstawicieli nauk technicznych jedynie 2-3 tys. Czy liczby te pozwalają na wyciągnięcie narzucającego się wniosku, że najlepsi polscy fizycy i chemicy są (średnio) dwa razy bardziej wydajni od matematyków oraz są dwa razy "słabsi" od przedstawicieli nauk medycznych? Z pewnością nie. Problem tkwi w używaniu liczb bezwzględnych, innymi słowy w braku porównania ich do wartości typowych w danej dziedzinie wiedzy. W ostatnich latach przeciętny artykuł z dziedzin biomedycznych zawierał znacznie więcej odnośników niż praca z fizyki, a ta z kolei powołuje się na więcej źródeł niż typowa praca matematyczna. Naukowiec zajmujący się biologią molekularną publikuje średnio więcej prac niż jego kolega matematyk. Dlatego też artykuł dotyczący kardiologii czy genetyki będzie, statystycznie rzecz biorąc, częściej cytowany niż artykuł na temat algebry liniowej.
   Bezwzględna liczba cytowań jest zmienną "ekstensywną", a takie dane nie najlepiej nadają się do mierzenia jakości. Aby móc właściwie porównywać liczby dotyczące różnych dziedzin wiedzy, należy też wziąć pod uwagę całkowitą liczbę artykułów ukazujących się na świecie w danej dziedzinie (lub liczbę naukowców, którzy ją uprawiają). Oceniając pozycję polskiej nauki na świecie, należałoby odnieść liczby przedstawione w opracowaniu prof. Pilca do światowej czołówki. Na przykład w fizyce najczęściej w ostatnim piętnastoleciu cytowani naukowcy zgromadzili ponad dwadzieścia tysięcy cytowań, czyli ponad trzykrotnie więcej niż najczęściej cytowani w tej dziedzinie Polacy.
   Oceniając dorobek pojedynczych naukowców, liczby ich publikacji oraz cytowań powinno się używać z dużą ostrożnością, a dane liczbowe uzyskane z baz ISI należy poddawać rzetelnemu opracowaniu merytorycznemu. Pomijając już nawet dość powszechne błędy, zwłaszcza w pisowni nazwisk i czasopism nieanglojęzycznych, luki w bazach danych i przypadkową zbieżność nazwisk autorów, analiza liczb cytowań pojedynczych naukowców nie jest prosta. Ze względów statystycznych łatwiej jest interpretować dane służące porównaniu całych uniwersytetów, poszczególnych dziedzin nauki lub całych krajów. Przyjrzyjmy się zatem, jak wygląda pozycja naszego kraju według danych instytutu ISI (zob. http://www.in-cites.com). Biorąc pod uwagę czasopisma naukowe opublikowane w latach 1991-2001, Polska zajmuje 19. miejsce na świecie pod względem liczby opublikowanych prac oraz 23. miejsce pod względem całkowitej liczby cytowań prac polskich autorów. O ile te pozycje nie są złe, to zatrważające są inne dane. W średniej liczbie cytowań na każdą opublikowaną pracę Polska zajmuje dopiero 82. miejsce w świecie! Statystyczna publikacja polskiego autora była następnie cytowana w literaturze zaledwie dwa razy, podczas gdy przeciętna praca autora z Austrii była cytowana 7,5 raza. To porównanie pozostawiamy bez komentarza.
   Podobnych wniosków dostarcza także lektura szczegółowych statystyk charakteryzujących szybko rozwijające się dziedziny nauki. W kategorii "Nanotechnologia" Polska zajmuje niezłe 15. miejsce pod względem całkowitej liczby opublikowanych prac, nieznacznie wyprzedzając Belgię i Szwecję. Ale już pod względem całkowitej liczby cytowań kraje te górują nad nami wyraźnie, gdyż prace naukowca z Belgii są cytowane przeciętnie ponad 7 razy, a prace uczonych z Polski tylko 2,5 raza (zob. tabela 1). Także dane dotyczące optoelektroniki i badań nad rakiem piersi (zob. tabele 2 i 3) nie skłaniają do optymizmu: w Polsce publikuje się stosunkowo dużo prac przeciętnych, które nie zostają później zauważone w światowej literaturze przedmiotu.


Dane ISI za lata 1991-2000.

Tabela 1: Nanotechnologia


Tabela 2: Optoelektronika


Tabela 3: Badania raka piersi


   Sześć lat temu szerokie światowe echo i żywe kontrowersje wywołał artykuł Naukowe bogactwo narodów opublikowany w amerykańskim czasopiśmie "Science" przez znanego brytyjskiego naukowca, profesora Roberta M. Maya, jednego z twórców nauki o chaosie. Wskazuje on, że potencjał i produkcja naukowa to współcześnie najważniejsze bogactwo narodów, gwarancja ich dobrobytu i dalszego rozwoju. Zastanawiając się, w których krajach środki przeznaczane na naukę są wykorzystywane najefektywniej, May uszeregował kraje świata według kosztów poniesionych na uzyskanie jednego cytowania i według całkowitej liczby cytowań na jednego obywatela danego kraju. Na czołowych pozycjach tych zestawień, obok takich potęg naukowych jak Stany Zjednoczone, Kanada i Wielka Brytania, znalazły się także Szwajcaria (na pierwszym miejscu z największą liczbą publikacji naukowych i cytowań na obywatela), Izrael, Szwecja, Dania, Kanada, Holandia i Finlandia. W krajach najefektywniej wydających pieniądze na naukę średni koszt jednego cytowania wynosi około 10 000 euro. W tym zestawieniu nieco gorzej wypadły Niemcy i Francja, co wywołało w tych krajach silny rezonans w środowiskach naukowych oraz dość szeroką dyskusję publiczną.
   Chociaż Polska nie została uwzględniona przez Maya, a jego ważki artykuł przeszedł w naszym kraju bez większego echa, kwestia efektywności wykorzystania środków przeznaczanych na badania naukowe z oczywistych względów powinna stać się u nas przedmiotem poważnej debaty. Analiza cytowanych danych ISI pozwala na stwierdzenie, że efektywność ta jest niewielka. Niezależnie od przyjętych kryteriów wskaźniki dotyczące Polski przedstawiają się niekorzystnie także w porównaniu z niektórymi krajami postkomunistycznymi (Węgry, Czechy, Estonia). Tej surowej, choć naszym zdaniem sprawiedliwej, oceny rezultatów polskiej nauki nie zmieniają osiągnięcia małej grupy wybitnych naukowców, których prace zyskały oddźwięk w literaturze światowej.
    Pomimo przeprowadzonej w Polsce przez ostatnie trzynaście lat transformacji ustrojowej spora część polskiej nauki pozostała w charakterystycznym dla minionego okresu systemie swoistej "gospodarki ekstensywnej". Produkuje względnie dużo niezbyt wartościowych publikacji, których później prawie nikt nie cytuje. Celem sporej części tych publikacji nie jest wytwarzanie wiedzy, lecz jedynie uzyskiwanie kolejnych stopni i tytułów w nadmiernie rozbudowanej hierarchicznej strukturze organizacji nauki. Do takiego stanu rzeczy przyczynia się w znacznym stopniu archaiczny i zbiurokratyzowany system oceny pracowników i placówek naukowych, przedkładający ilość nad jakość. W istocie nauka polska jest jedną z niewielu dziedzin życia, którym udało się w dużej mierze zachować strukturę organizacyjną i metody pracy przeniesione z czasów PRL.
   W ciągu ostatniej dekady maleje ułamek dochodu narodowego przeznaczanego w Polsce na badania naukowe. Pojawiają się wzajemne oskarżenia: politycy nie doceniają długofalowych korzyści płynących ze zwiększenia środków przeznaczonych na naukę, a naukowcy przyjmują postawę roszczeniową i winą za istniejący stan rzeczy obarczają wyłącznie rządzących. Trzeba jednak samokrytycznie przyznać, że środowisko naukowe zrobiło niewiele, aby unowocześnić zasady organizacji i finansowania badań naukowych. Kolejne próby reformowania nauki i związane z tym prace legislacyjne w istocie rzeczy utrwaliły istniejący status quo zamiast dążyć do poważnych i kompleksowych reform, pozwalających podnieść efektywność oraz dostosować struktury i organizację badań do warunków gospodarki rynkowej i globalnej konkurencji. Takie reformy są dziś niezbędne.
    Ekonomia nie dysponuje prostą odpowiedzią na pytanie, jaką część dochodu narodowego należy przeznaczać na naukę. W krajach rozwiniętych ułamek ten na ogół nie przekracza 3 procent. Należy jednak podkreślić, wbrew opiniom chętnie wygłaszanym przez polski establishment polityczny, że nauka nie jest luksusem zamożnych, lecz koniecznością ubogich. Historia wskazuje, że kraje startujące z gorszych pozycji wyjściowych, którym udało się dołączyć do światowej czołówki (kiedyś Holandia i kraje skandynawskie, a ostatnio Malezja i Tajlandia), przeznaczały na ten cel dwukrotnie większą część dochodu narodowego. Natomiast wedle oficjalnych statystyk na badania naukowe w Polsce przeznacza się obecnie zaledwie 0,36% produktu krajowego brutto.
    Nasze społeczeństwo ma wielkie, historycznie i kulturowo umotywowane aspiracje, których nie da się zaspokoić z powodu ciągle jeszcze zacofanej i mało wydajnej gospodarki oraz przestarzałej struktury zatrudnienia. Wbrew propozycjom licznych demagogów i cudotwórców nie ma dla Polski innej drogi rozwoju niż przez inwestowanie w szkolnictwo, naukę, nowoczesne gałęzie przemysłu i usług. Nie jest to droga łatwa ani szybka - a przez to nośna politycznie - ale za to pewna i sprawdzona. Cytowany na początku artykułu list profesora von Harnacka do cesarza Wilhelma II został napisany sto lat temu, ale w niczym nie stracił na aktualności i powinien nadal pozostać wskazówką dla polityków i prawodawców.

ALEKSANDER WITTLIN, wittlin@ifpan.edu.pl, dr, jest pracownikiem naukowym Instytutu Fizyki Polskiej Akademii Nauk.

KAROL ŻYCZKOWSKI, karol@cft.edu.pl, doc. dr hab., jest pracownikiem naukowym Centrum Fizyki Teoretycznej Polskiej Akademii Nauk oraz Instytutu Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Opinie wyrażone w artykule przedstawiają poglądy jedynie jego autorów, nie zaś instytucji, w których pracują.

2003 SIW Znak, Piotr Poniedziałek
Wykonanie baz danych oraz obsługa techniczna Verbanet s.c.