Niski, aksamitny głos Leonarda Cohena zna chyba każdy z nas. Starsza publiczność widziała na własne oczy, jak zmienia się jako artysta, a wśród młodszej także nie został całkiem zapomniany. Dźwięki utworów „I’m Your Man”, „Dance Me to the End of Love” czy „Hallelujah” znamy chyba wszyscy. Ale czy znamy człowieka, który stoi za tymi piosenkami? Okazuje się, że życiorysem Leonarda Cohena można byłoby obdzielić wiele osób. Piosenkarz przeżył co najmniej kilka żyć – był poetą, muzykiem, kochankiem, mnichem… Tak wiele jeszcze o nim nie wiemy. Jakie ciekawostki o Leonardzie Cohenie warto jednak poznać? Przedstawiamy kilka z nich. Wszystkie pochodzą z książki „Leonard Cohen. Świadek upadku aniołów”, z której znajdziecie jeszcze więcej informacji o tym wybitnym artyście. Dowiedz się, komu naprawdę wierny był Cohen i czy naprawdę spotkał się w Polsce z Lechem Wałęsą!
Najwierniejsza towarzyszka życia: maszyna do pisania
Cohen zdecydowanie nie był znany ze stałości w uczuciach. Jeśli komuś lub czemuś był w życiu wierny, była to z pewnością maszyna do pisania. Olivetti Lettera 22, bo taki model właśnie wybrał, cieszyła się dużą popularnością we Włoszech (gdzie jej projekt otrzymywał prestiżowe nagrody). Używali jej tacy twórcy jak Philip Roth, Günter Grass, Joan Didion czy Pier Paolo Pasolini. Leonard Cohen znalazł się w gronie właścicieli Lettery 22 w 1959 roku, kiedy to trafił do Londynu. Kupił ją za czterdzieści funtów, a towarzyszyła mu przez ponad dwadzieścia lat. Maszyna Cohena przeżyła wiele, jak choćby próby pisania pod wodą czy setki podróży. Artysta pozwolił jej odpocząć dopiero pod koniec lat 80.: wtedy zastąpił ją komputer Macintosh.
Poeta, muzyk… i szpieg? Co Leonard Cohen robił na Kubie?
Choć brzmi to jak element filmu sensacyjnego, zdarzyło się naprawdę! Cohen sam siebie określał jako „ostatniego turystę na Kubie” – zjawił się tam na miesiąc przez inwazją w Zatoce Świń. Przyjechał głównie po to, aby podążać śladami swojego ulubionego poety, Federico Garcii Lorki (naprawdę ulubionego: swojej córce dał na imię Lorca właśnie na jego cześć). Pragnął też przyjrzeć się tamtejszej rewolucji – bo do tej pory było to coś, co znał tylko w teorii. Na miejscu zaczął nosić się w stylu Fidela Castro – zapuścił brodę i chodził w strojach khaki. Czas miał spędzać na dyskusjach na temat ruchów rewolucyjnych i istocie lewicowości. Jak stwierdza na kartach biografii Cohena Christophe Lebold – nie był to zbyt mądry pomysł, bo inwazja amerykańska wisiała już w powietrzu. Poeta zostaje wzięty za amerykańskiego szpiega i aresztowany, ale udaje mu się załatwić sprawę bez awantury.
Czy Cohen został socjalistą? Finał kubańskiej historii
To nie koniec przygód Leonarda Cohena na Kubie – zastają go tam przecież wydarzenia w Zatoce Świń. Artysta, tak jak setki innych osób, usiłuje się wydostać z wyspy. Zostaje jednak znów aresztowany. Tym razem podejrzewa się go o sfałszowany paszport. Nie brakuje mu jednak szczęścia – ucieka milicjantom i udaje mu się dostać do samolotu lecącego do Miami. Stamtąd już łatwo mu trafić do rodzinnej Kanady. Wydarzenia te pokazały mu jedno: z pewnością nie urodził się, by zostać rewolucjonistą, a raczej tym, kim zwolennicy Fidela gardzili: burżuazyjnym poetą.
Mnich z dala od świateł reflektorów: Cohen i filozofia zen
Lata 90. były dla Leonarda Cohena ciekawym, ale też niełatwym czasem. Zmagał się wówczas z ciężką depresją. Jedynym, co mogło go uleczyć, było całkowite odcięcie się od wszystkiego. W 1994 roku porzucił więc dotychczasowe życie i znalazł się w Ośrodku Zen Rinzai-ji. Zgolił głowę, założył skromną, czarną szatę i poświęcił się medytacji. Nie było to dla niego zupełnie nowe środowisko: Cohen praktykował zen już od dawna. Od lat 70. pozostawał w kontakcie z przyszłym założycielem ośrodka u podnóża góry Baldy – Jōshū Sasakim. W 1996 roku muzyk został oficjalnie wyświęcony na buddyjskiego mnicha. Przyjął imię Jikan, co oznacza „cichy”, „spokojny”. Choć na co dzień doznawał wyciszenia i spokoju, jakich nie obserwował nigdy przedtem, po kilku latach opuścił progi ośrodka. Nie udało mu się tam pokonać depresji – uświadomił sobie, że mnisi rygor nie jest tym, co go uleczy. Czuł, że wykonana praca nie przynosi mu zbyt wiele pożytku. Filozofia zen została z nim jednak na długie lata i przez kolejne dekady inspirowała go w twórczości.
Dalsza część artykułu pod zdjęciem.

Prawie jak Broadway: Cohen jako twórca rock-opery
Brzmi to jak dość niespodziewany epizod w karierze muzyka folk-rockowego, a jednak zdarzył się naprawdę! Leonard Cohen faktycznie tworzył libretto do opery, która stanowiła dzieło jego przyjaciela Lewisa Fureya. Całość miała opierać się na historii ambitnego muzyka – Michaela. Michael doznaje w ciągu fabuły objawienia – trzy anielice ofiarowują mu sławę, pieniądze i uwielbienie. Bohater jednak po pewnym czasie życia w takim świecie niszczy go, gdyż wciąż czuje się niespełniony. Cohenowi brzmiało to dość znajomo, a do tego nie musiał kłopotać się wymyślaniem fabuły. Przelał więc wszystkie siły na ubranie akcji we właściwą formę. Zdecydował się na strofę spenserowską, dość oryginalny wybór, który, jak się okazuje, miał zadziałać całkiem dobrze. Ostatecznie dzieło ukazało się w 1985 roku jako film telewizyjny zatytułowany „Night Magic”. To zdecydowanie mniej znany fragment twórczości Cohena, ale według jego biografa, Christophe’a Lebolda, warto się z nim zapoznać. Lebold chwali jego produkcję, ciekawą muzykę i zauważa, jak dużo z życia samego Leonarda Cohena można zauważyć w niektórych ze scen.
Okradziony przez menedżerkę. Jak kradzież majątku… uratowała karierę Leonarda Cohena
W niewielu przypadkach możemy powiedzieć, że ogołocenie konta z pieniędzy ożywiło czyjąś karierę. A jednak tak stało się w przypadku Leonarda Cohena! Ale jak doszło do tej bolesnej kradzieży? Rzecz zaczyna się w późnych latach 90. – kiedy Cohen żyje życiem mnicha. Wtedy to jego przyjaciółka i managerka, Kelley Lynch, wraz z doradcami finansowymi, namówiła muzyka na sprzedaż praw autorskich koncernowi Sony Music. Operacja ta miała zabezpieczyć go na przyszłość i czas emerytury. Wszystko wyglądałoby w porządku, gdyby nie fakt, że transze płatności za prawa zostały zdeponowane w trzech różnych funduszach powierniczych, a nad jednym z nich prawie wyłączną władzę miała właśnie Kelley Lynch.
Lynch miała opiekować się majątkiem Cohena w czasie jego odosobnienia w ośrodku zen – artysta ufał jej całkowicie. Managerka zaczęła jednak czyścić konta gwiazdora i pozyskane pieniądze wydawać na własne cele. Prawdę poznała w 2004 roku córka Cohena, Lorca, którą zaalarmowano o tym, co dzieje się na kontach jej ojca. Szybko okazało się, że muzykowi pozostało jedynie sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów, które nie wystarczą mu nawet na opłacenie rachunków. Oszczędności życia zniknęły, a rozpoczęły się batalie sądowe. Ostatecznie Lynch uznano w 2006 roku za winną i skazano na wypłatę Cohenowi odszkodowania, na które nie było jej stać. Historia ciągnęła się więc przez kolejne lata.
Nowy początek dla wielkiego artysty
A jak ten incydent uratował karierę Leonarda Cohena? Cóż, gdy pieniądze się kończą, trzeba znów zacząć je zarabiać. Cohen musiał więc wyruszyć w wielką trasę koncertową – pierwszą od 15 lat. Trwała ona dwa lata, a muzyk odwiedził w jej trakcie między innymi Polskę. Podszedł do niej jako zupełnie inny artysta niż poprzednio, a koncerty zyskiwały aspekt niemal mistyczny. Gdy trasa się zakończyła, Cohen powrócił do studia, by pracować nad nowym albumem.
Na oku SB: czy Leonard Cohen naprawdę spotkał się z Wałęsą?
To jeden z najbardziej tajemniczych momentów kariery Leonarda Cohena! Niewielu wie, co naprawdę wydarzyło się w Warszawie w marcu 1985 roku. Mówi się, że organizator warszawskiego koncertu Cohena namówił artystę, by zaprosił na scenę samego Lecha Wałęsę. Cohen miał się w ten sposób stać ikoną polskiego podziemia. Piosenki, które wtedy wykonywał, miały poruszyć tłumy i samodzielnie burzyć mury reżimu.
Prawdziwa historia warszawskiego koncertu
W polskim wydaniu książki „Leonard Cohen. Świadek upadku aniołów” poznajemy jednak unikatową perspektywę osoby, która faktycznie była w Sali Kongresowej podczas tego konkretnego koncertu i może zaświadczyć o tym, co się zdarzyło. Tłumacz biografii, Filip Łobodziński, bo właśnie o nim tu mowa, stwierdza jasno: spotkanie z Wałęsą podczas koncertu nie wydarzyło się. Mało tego: było zwyczajnie niemożliwe! Lech Wałęsa po prostu nie mógł się wtedy pojawić w Warszawie. Publiczność zaś nie reagowała na Cohena jak na proroka i wyzwoliciela, a raczej jak na tylko i aż doskonałego muzyka. Wypowiedzi artysty podczas koncertu Łobodziński określił nie jako wywrotowe, a raczej „symetrystyczne”. Trzeba jednak przyznać, że zgromadzeni widzowie bawili się doskonale – występ przedłużył się o 40 minut bisów.
Jeszcze więcej o Cohenie: najnowsza biografia Leonarda Cohena na polskim rynku
Czy znaliście życie Leonarda Cohena od tej właśnie strony? Na pewno nie! O tych i podobnych historiach przeczytacie jeszcze więcej w książce „Leonard Cohen. Świadek upadku aniołów” Christophe’a Lebolda. W Polsce ukazała się w znakomitym tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, nakładem wydawnictwa Znak Literanova. To połączenie opowieści o życiu Cohena z interpretacją jego tekstów, nie tylko piosenek, ale też wierszy. Autor poświęca też wiele przestrzeni analizie brzmienia oraz historii powstania poszczególnych albumów artysty. Ta biografia stanowi niezwykłą okazję zbliżenia się do jego twórczości oraz niesamowitych epizodów z życiorysu. Książka będzie idealnym prezentem dla fana Leonarda Cohena, ale nie tylko dla niego. Zainteresuje się nią każdy, kogo pasjonują niejednoznaczne ikony, kulisy tworzenia wielkich dzieł muzyki oraz ciekawi ludzie, którzy zawsze mieli dużo do powiedzenia. Według nas jest to zdecydowanie najlepsza biografia Leonarda Cohena dostępna na naszym rynku. To tu dowiecie się więcej nie tylko na temat jego twórczości, ale też o romansie Cohena z Janis Joplin czy losach relacji muzyka z Marianne Ihlen Jensen. Przeczytacie też o tym, jak na poezję artysty wpłynęła grecka Hydra.
Nie tylko Cohen: te biografie gwiazd muzyki musisz przeczytać
Biografia Leonarda Cohena to nie jedyna opowieść ze świata muzyki, jaka czeka na Was na półkach Księgarni Znak. Tutaj spotykają się w jednym miejscu Ozzy Osbourne, Fryderyk Chopin, Kora i Freddie Mercury. W sekcji poświęconej biografiom na stronie księgarni znajdziecie jeszcze więcej historii wybitnych muzyków. Kiedy już przeczytacie książkę o Leonardzie Cohenie, w kolejce będą oczekiwać kolejne opowieści o niezapomnianych twórcach. Jeśli interesują Was w muzyce historie silnych, niebanalnych kobiet, koniecznie sięgnijcie po książkę „Kora i inne zwierzęta” Kamila Sipowicza. Z kolei dla fanów szalonych opowieści z trasy i życia legend heavy metalu idealny będzie tytuł „Ja, Ozzy. Autobiografia” stworzony przez prawdziwą ikonę – Ozzy’ego Osbourne’a. Wiedzę o Ozzym uzupełnicie też jego ostatnią książką zatytułowaną „Ostatnie namaszczenie”. Monumentalne, dwuczęściowe dzieło „Chopin” Alana Walkera to propozycja skierowana do miłośników nieco innego rozdziału historii muzyki.






Dodaj komentarz